Cerował popsute światy

Joanna Podsadecka
data28.03.2017 07:00

(fot. Damian Kramski)

Pamiętam momenty, gdy spodziewał się wznowy. I radość, że Mu przywiozłam marynowane rydze. Przede wszystkim jednak to Jego łapczywe chwytanie dobrych chwil - pisze Joanna Podsadecka.

 

Luty i marzec spędziłam w Sopocie, z Janem i Jego troskliwą rodziną. Przez kilka pierwszych tygodni nagrywaliśmy rozmowę do naszej nowej książki, na którą umówiliśmy się dawno temu. Tak bardzo chciał nią jeszcze komuś pomóc... Na kilka kolejnych zostałam, bo nie potrafiłam wyjechać, widząc, że Przyjaciel z dnia na dzień traci siły. Nie mogłam zrobić wiele. Jedynie znaleźć do rozmowy temat, który Go zainspiruje albo rozbawi, włączyć utwór, którego do tej pory nie znał, przeczytać coś ciekawego, zrobić wędzonego pstrąga ze szpinakiem, fetą i orzechami czy zupę z prawdziwków. Być. Uczył, że obecność się liczy.

 

Zrobił dla nas tak wiele, zróbmy coś dla Niego

 

W ostatnim czasie Jego żarty były specyficzne. Na pytanie, czy chce się przekręcić (na łóżku), odpowiadał: "Nie, jeszcze się nie chcę przekręcić. Jeszcze długo nie". Kiedy tata pomagał Mu wysiąść z samochodu, zauważał: "Gdy prosi: »wyciągnij już nogi« - brzmi to dosyć dwuznacznie". O ojcu zresztą lubił opowiadać publicznie. Nie dziwi mnie to. Cudowniejszego chyba nie mógł sobie wymarzyć.

 

Wiosną i latem zeszłego roku pracowaliśmy z Janem nad jego wcześniejszą książką - "Grunt pod nogami". Nie tylko w Sopocie, ale i w Pucku - w hospicjum, które zbudował z miłości do tych, którzy straszliwie cierpią. Słyszałam młodą kobietę mówiącą: "Tu jest jak w domu. Nie chcę stąd wychodzić!" Ona już wiedziała, dlaczego akurat to hospicjum dostaje nagrody dla najlepszego w kraju. Zrobił dla nas tak wiele, zróbmy coś dla Niego - nie zapomnijmy o Puckim Hospicjum pw. św. Ojca Pio. Jan żył na pełnej petardzie, wciąż myśląc o nim.

 

Mistyka w prozie dnia codziennego

 

Pamiętam momenty, gdy spodziewał się wznowy. Ale też radość, że znów Mu przywiozłam marynowane rydze. I ten lokalu na Kaszubach, do którego mnie zabrał na najlepszego tatara z łososia, jakiego w życiu jadłam... Przede wszystkim jednak pamiętam to Jego łapczywe chwytanie dobrych chwil, uważność, poczucie humoru i porażającą wrażliwość na cudzą krzywdę. Gdy tylko mógł, cerował cudze popsute światy.

 

Tyle scen przemyka mi przed oczami... Chyba nie potrafię dziś wybrać tej najważniejszej.

 

Pokochały Go miliony Polaków. Każdy pewnie z innego powodu. Miał dar mówienia o trudnych sprawach prostym językiem. Był odważny. Narzucał takie tempo, że trudno Mu było dotrzymać kroku. Wiedział, że ma mało czasu. Na wszystko, co osiągnął, zapracował sam. Miał pod górkę. Nie tylko ze względów zdrowotnych. Hierarchowie Kościoła, który kochał, niczego Mu nie ułatwiali.

 

Był taki dzień (wtedy już widziałam, że choroba Jana postępuje), kiedy wyszłam na plażę, nad którą wisiały czarne chmury, i zaczęłam się z Panem Bogiem targować o Niego. Nagle chmury się rozproszyły, niebo stało się niebieskie, pojawiła się na nim tęcza. Nie wiem, co znaczyła w tamtym momencie i czy znaczyła w ogóle, ale przechowuję ten obraz w pamięci. "Mistyki należy szukać w prozie dnia codziennego. Pan Bóg jest bardzo delikatny, trzeba go czytać uważnie" - twierdził Jan.

 

Nie znam takich słów, które wyraziłyby moją wdzięczność za to, że był. W niewiele rzeczy wierzę tak mocno jak w to, że jest teraz bardzo szczęśliwy. I że już nigdy nie będzie miał pod górkę.

 

Jeszcze kilka słów od Niego:
 

"Myślę dzisiaj: Janie, wiele rzeczy ci się udało. Całe życie ci mówiono: »inteligentny, ale leń«, a pokonałeś to lenistwo. Zrobiłem jakiś śmieszny doktorat (każdy by potrafił), specjalizację z bioetyki, habilitację przerwała mi choroba. Uczciwie byłem wikariuszem. Uczyłem w szkole z wielką pasją - najpierw w zawodówce, potem w dobrych liceach, w których chciałem się wzbijać na szczyty erudycji. Zawsze pisałem uczniom na tablicy numer telefonu do siebie i mówiłem: »Skorzystajcie, jak będziecie w trudnej sytuacji« (no dobra, przyznam się. Mówiłem: »Jak będziecie naprawdę w czarnej dupie«). Zdarzało się, że telefon w środku nocy zadzwonił. Zresztą i dziś się to zdarza.

 

Przykładałem się do wykładania na uczelni. Zbudowałem jedno z najlepszych hospicjów w Polsce. Co ja mówię! Ja? Zbudowaliśmy! To ciężka praca wielu ludzi. Ale może Pan Bóg chce mi pokazać, że to wszystko jest nieważne? Może chce mi pokazać, że to, czym mógłbym się szczycić, to, na co pracowałem przez długie lata, że to są śmieci? A coś, co uważałem za straszną porażkę - chorobę, powinienem uznać za sukces? Może to coś najważniejszego, co miało mi się w życiu przydarzyć? Bo otworzyło mnie na rzeczywistości, których będąc w innej sytuacji, nigdy bym nie dostrzegł? 
Wiecie, jak mi to trudno powiedzieć? Wciąż we mnie walczą różne siły…

 

Bo, moi państwo, ja się wcale nie cieszę z tego glejaka, nie mówię z czułością: mój glejaczku kochany, rozwijaj się. Nie. To jest kawał biologicznego świństwa. Ale może Pan Bóg chce mnie ogołocić? Może chce mi powiedzieć: Jan, najistotniejsze, byś pokazał ludziom, że ważne jest zbawienie, że ważna jest relacja ze Mną, ważna jest miłość, uczciwość i bliskość. Może…".

 

 

Joanna Podsadecka to redaktorka wielu książek, m.in. "Grunt pod nogami" oraz "Abonent chwilowo nieosiągalny" - wydanych przez Wydawnictwo WAM. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej oraz latynoamerykanistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dziennikarka i publicystka współpracująca m.in. z Wirtualną Polską. Autorka zbioru wywiadów poświęconych Jerzemu Turowiczowi pt. "Gen ryzyka w sobie miał…" (PWN 2012) oraz współautorka monografii "Krąg Turowicza" (Fundacja Świat Ma Sens, 2012). Aktualnie pracuje nad ostatnim wywiadem-rzeką z ks. Janem Kaczkowskim.