Jak nie zrobić jaj z Wielkanocy (5 podpowiedzi)

Maja Moller
data15.04.2017 19:08

(fot. shutterstock.com)

Zobaczyłam niedawno w telewizji reklamę jednego z filmów dla dzieci - "Zając Max ratuje Wielkanoc". Już sam tytuł wzbudził we mnie sprzeciw, o jaki bym siebie nie podejrzewała, bo rzadko jestem wojującą katoliczką. Tym razem jednak ze smutkiem pomyślałam, że z Wielkanocą może stać się to samo, co ze świętami Bożego Narodzenia...

 

Kiedy byłam małą dziewczynką,wiedziałam że prezenty przynosi Gwiazdor, czyli ktoś z czerwonym kubraczku, z ogromnym workiem pełnym podarunków. Na tym moja wiedza się kończyła. Moje dzieci natomiast znają opowieści o biegunie północnym, elfach- pomocnikach świętego Mikołaja i reniferach, które mają konkretne imiona. Mitologia się rozrosła (pewnie również dlatego, że przejęliśmy ją w dużej mierze z krajów anglosaskich, a Dziadek Mróż przeszedł na emeryturę).

 

Czy chcę, żeby to samo stało się z Wielkanocą? Zdecydowanie NIE. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie świeckiego świata bez Bożego Narodzenia i naprawdę bardzo lubię cały ten klimat - zapach pierniczków, choinki z czerwonymi dekoracjami i świąteczne piosenki. Jestem za to w stanie wyobrazić sobie świecki świat bez Wielkanocy, bo równie dobrze można w tym czasie świętować pierwszy dzień wiosny albo święto pierwszych przebiśniegów. Jeśli Wielkanoc ma oznaczać tylko tyle, że ktoś - jak zając Max - rezygnuje z aspiracji, by być członkiem miejskiego gangu (sic! bajka dla dzieci!), bo odkrywa bajkową krainę wielkanocną - to ja bardzo proszę: nie idźmy tą drogą. Zostawmy Wielkanoc taką, jaka jest, albo raczej jaka być powinna.

 

To nie zając Max ratuje Wielkanoc. To Jezus uratował - i Wielkanoc, i cały świat. Mnie osobiście uratował. Wiem, że nie każdy musi w to wierzyć  i szanuję to. Nie wychodzę  manifestować tego na ulicę, nie pukam do drzwi domów, rozkazując wieszać krzyż na ścianach i nikomu nie każę świętować tej WIELKIEJ NOCY. Mam jednak takie marzenie, żeby to święto było tym, czym jest - świętem zwycięstwa Życia nad śmiercią. Mam takie marzenie, żeby to była naprawdę albo Wielka Noc z Jezusem Chrystusem w roli głównej - albo nic. Jeśli to ma być tylko święto pisanek, zajączków i "wielkanocnej magii", to nie nazywajmy tego Wielkanocą…

 

To moje marzenia - a konkrety? Co zrobić, żeby nadchodzące dni były czymś więcej, niż tylko wsparciem przemysłu drobiowego i jajczarskiego w Polsce? I jak sprawić, żeby nasze dzieci wiedziały, kto tak naprawdę "uratował Wielkanoc"?

 

Mam kilka pomysłów:

 

1. Plan minimum


Jestem prawie pewna, że nie zdążę umyć okien i wyprać firanek. Wiem za to, że muszę nadgonić prasowanie - z tej prostej przyczyny, że dzieci muszą mieć co na siebie włożyć. Oczywiście mogłabym spróbować zrobić wszystko, tak żeby dom lśnił czystością. Doba ma jednak tylko 24 godziny, a ja w przedświątecznym zabieganiu chciałabym znaleźć czas nie tylko na sprzątanie i gotowanie, ale również na BYCIE z innymi. Dlatego stawiam na plan minimum i zrobienie tego, co uważam za konieczne.

 

2. Nie wszystko musi się udać

 

Przygotowując w zeszłym roku ciasto, w Wielką Sobotę stanęłam w kuchni przed całą górą przeróżnych składników, po czym zaczęłam czytać przepis: "Poprzedniego dnia przygotować …". Jak to poprzedniego dnia?? Jak to wczoraj, skoro mamy już dzisiaj i ciasto ma być gotowe na już??.. Pamiętam, że mimo wszystko zrobiłam to ciasto, a jednak zupełnie nie pamiętam, jak smakowało. Okazało się, że nie to było najważniejsze. Może w takim razie warto nieco odpuścić? Przesolona sałatka to nie koniec świata, za to skwaszona mina może skutecznie przeszkodzić w doświadczaniu świątecznej radości.

 

3. Zrób coś z dziećmi

 

Moja córka niedawno zaskoczyła mnie, spontanicznie dziękując i wymieniając różne domowe atrakcje, które staram się organizować dzieciom. Pieczemy razem ciasteczka, wykonujemy ozdoby, zorganizowaliśmy kiedyś nawet domowe laboratorium. Kilka dni temu zasialiśmy rzeżuchę, a przed nami wspólne ozdabianie mazurków i robienie pisanek. Wspólne spędzanie czasu oznacza jednak również inne czynności - dzieci chętnie pomogą w domowych porządkach, jeśli tylko odpowiednio się je zmotywuje oraz wytłumaczy, że skoro chcemy wspólnie świętować, to odbrze by było również wspólnie przygotować to świętowanie. A poza tym zawody w ścieraniu półeczek na czas i dokładność to dobra zabawa :) Wspólne sprzątanie to jednak oczywiście tylko zewnętrzne przygotowania. Doceniam jednak ich wagę, bo pomagają dzieciom doświadczyć tego, że rodzina dzieli ze sobą nie tylko chwile pełne radości, jak szukanie słodyczy, które przyniósł zajączek, ale również trud, który je poprzedza.

 

4. Podziel się wiarą

 

Wspólnie spędzany czas może być okazją do tego, żeby opowiedzieć o tym, co jest najważniejsze w świętowaniu Wielkanocy. Myślę że jeśli opowiadamy o tym prostymi słowami, naturalnie i od serca, do dzieci trafia to dużo bardziej, niż na szkolnej katechezie (z całym szacunkiem i sympatią do tej ostatniej). Podziel się wiarą, opowiedz o tym, co dla Ciebie ważne. I w miarę możliwości - zabierz dzieci do kościoła nie tylko na święcenie pokarmów. W wielu miejscach liturgia Triduum Paschalnego sprawowana jest nie tylko dla dorosłych, ale też specjalnie dla dzieci (w Gdańsku np. u jezuitów, w Warszawie więcej szczegółów tu). To dobra okazja, żeby pokazać wyjatkowość i piękno tego czasu oraz żeby nieco przesunąć akcenty - zajączek jest ważny (bo przecież czekolada to pierwsza miłość większości dzieci), ale jest Ktoś ważniejszy… :)

 

5. Zwolnij

 

Ostatnie dni były dla mnie wyjatkowo intensywne, wiem więc jak łatwo jest powiedzieć: "zwolnij", a jak trudno zastosować się do tej rady w życiu. Bardzo chciałabym jednak pobiec  za Jezusem tak jak Maria Magdalena po odkryciu pustego grobu (J 20,2). Chcę pobiec, ale dopiero wtedy, gdy nocne czuwanie przerwie okrzyk radości: że prawdziwie zmartwychwstał! Żeby to było możliwe, muszę jednak najpierw zatrzymać się, żeby nie przegapić tego, co najważniejsze. Udział w liturgii Triduum Paschalnego to najlepsza pomoc - nawet jeśli przez większość dnia zajmują mnie obowiązki, to jest czas, kiedy mogę skupić się na Tajemnicy Miłości i doświadczyć tego, że ona wciąż się dzieje, że nie dotyczy tylko przeszłości. Przez cały rok czekam na słowa, które usłyszę wieczorem: "On to w dzień przed męką za zbawienie nasze i całego świata, to jest dzisiaj, wziął chleb w swoje święte i czcigodne ręce…"

 

Zwolnij, bo On przychodzi dzisiaj - i to niezaleźnie od daty w kalendarzu. Przychodzi dzisiaj i tutaj, w kościele i gdy mieszasz świąteczny żurek w kuchni, w swoim Słowie, ale i w każdym spotkaniu z drugim człowiekiem. Niech nadchodzące dni pomagają to odkrywać. Niech przyniosą doświadczene bycia ukochanym i uratowanym - z Miłości. Tego życzę bardzo!

 

Wpis pierwotnie ukazał się na blogu chrześcijańska mama