Kilka pytań na temat celibatu

Konrad Sawicki
data21.05.2013 09:00

Konrad Sawicki

W ostatnich tygodniach z kliku różnych źródeł usłyszałem dwie bliźniaczo do siebie podobne historie o proboszczach. Jak gminna wieść niesie obydwaj księża wdali się w romanse z mężatkami. Dowiedzieli się o tym jednak mężowie i postanowili załatwić sprawę po męsku. Jeden z duchownych trafił do szpitala. Po zdarzeniach przez jakiś czas nie wychodzili do ołtarza, bo ślady samosądu były mocno widoczne.

 

Pytanie o wierność

 

Opowieści tego rodzaju, jak wiadomo, są świetnym tematem do rozmów przy grillu czy też u cioci na imieninach. Przy takich okazjach często pojawia się problem samotności księży i ktoś w końcu stawia pytanie: może nie byłoby takich gorszących sytuacji, gdyby zniesiony został obowiązkowy celibat?

 

Na to konkretne pytanie trudno jest odpowiedzieć jednoznacznie. Jak zwykle wszystko zależy od człowieka. Jednemu może i rzeczywiście stabilna relacja z jedną kobietą by wystarczyła i odwiodła od innych pokus. Jednak na przykładzie tych dwóch wspomnianych księży można by zadać i inne pytanie: jeśli nie potrafią dochować wierności jednemu ślubowi (celibatowi), a nawet przyczyniają się do rozbicia innych małżeństw, to czy wierni by byli przysiędze małżeńskiej i jednej żonie? Można mieć wątpliwości.

 

Z krajów Europy Zachodniej docierają do nas wieści innego rodzaju. Słyszałem o tym we Francji, czytałem też o takich przypadkach z Hiszpanii. Otóż podobno coraz częstszą praktyką jest omijanie celibatu przez zasiedzenie... Niektórzy księża żyją oficjalnie z kobietami i nierzadko mają dzieci, co przez parafian jest tolerowane, a przez biskupa przemilczane. Bowiem biskupi wielu tamtejszych diecezji mają jedynie taki wybór: ksiądz z kobietą albo żaden.

 

Kleryk w poszukiwaniu żony

 

Ale może się też zdarzyć, że w katolickiej parafii na przykład w Anglii pracuje duchowny, który ma żonę oraz dzieci i wcale nie jest w konflikcie z prawem kanonicznym ani własnym sumieniem. Przecież w 2009 roku Benedykt XVI zezwolił księżom anglikańskim (pojedynczo i we wspólnotach) przechodzić do Kościoła rzymskokatolickiego. Są oni na nowo wyświęcani i jeśli mają rodziny, mogą otrzymać dyspensę od celibatu. Teoretycznie, gdyby taki ksiądz trafił jakimś przypadkiem do Polski i jeśli biskup zgodziłby się go przyjąć, to chyba zanim wysłałby go do jakiejś parafii musiałby zapytać parafian, czy zgadzają się na to, by utrzymywali nie tylko duszpasterza ale i jego rodzinę.

 

Zastanawiam się, czy gorliwi orędownicy zniesienia celibatu byliby również gorliwymi zwolennikami opłacania na przykład kursu prawa jazdy córki proboszcza. Podejrzewam, że wielu z nich, zamartwiając się samotnością księdza, nie zdaje sobie sprawy z takich praktycznych konsekwencji ewentualnej zmiany.

 

A gdyby tak pójść w ślady prawosławnych? Mnisi się nie żenią, a księża diecezjalni, jeśli chcą, to mogą. Niby sensownie, można wybierać. Trzeba jednak pamiętać o innym problemie, który ten system powoduje. Zetknąłem się z nim na studiach teologicznych. Na jeden z wykładów przychodził grekokatolik z Ukrainy. Skończył praktycznie naukę w seminarium i - jak sam wszystkim opowiadał - biskup dał mu rok na znalezienie żony. No bo tamtejsi księża (tak jak i prawosławni) owszem mogą mieć żony, ale w związek muszą wstąpić przed święceniami kapłańskimi. Po święceniach już nie można. W konsekwencji okres formacji kapłańskiej często pokrywa się z okresem poszukiwania życiowej partnerki.

 

Od kiedy obowiązuje celibat?

 

Bp Grzegorz Ryś, historyk z wykształcenia, w 2002 roku (jeszcze zanim został biskupem) napisał historyczną monografię zatytułowaną po prostu "Celibat". Bazując na źródłach kościelnych zakwestionował dość popularną dziś tezę mówiącą, iż w Kościele taki celibat, jaki my dziś znamy, funkcjonuje już od czasów starożytnych. To nieprawda. Owszem, pojawia się temat wstrzemięźliwości księży - właściwie od Synodu w Elvirze (305-306). Ale przez długie wieki rozumiany jest w ten sposób, że od żonatych mężczyzn od momentu święceń kapłańskich oczekuje się powstrzymania od aktów seksualnych. Po święceniach mogli oni nadal mieszkać z żonami. Jednocześnie wielu mężczyzn dobrowolnie rezygnowało z małżeństwa i przyjmowało święcenia ze świadomością, że z własnej woli wyrzekają się życia małżeńskiego. Obydwie drogi były dopuszczalne.

 

Od XI i XII wieku na Zachodzie faktycznie próbowano zawęzić rozumienie celibatu. Ale w praktyce różnie to wyglądało w różnych Kościołach lokalnych. Dopiero Sobór Trydencki w 1563 roku w formie anatematyzmu (pod karą ekskomuniki) zdefiniował kategoryczny obowiązek celibatu w całym Kościele rzymsko-katolickim. Bp Ryś pisze jednak, że wcale nie to miało decydujący wpływ na faktyczną zmianę. To reforma kształcenia duchowieństwa wraz z obowiązkowym wprowadzeniem seminariów (zapoczątkowana również w Trydencie) sprawiła, że kolejne pokolenia księży zaczynały rozumieć ideę celibatu i rzeczywiście ją respektować. Ta zmiana świadomości kleru trwała przez następne 200-300 lat.

 

Bp Ryś dowodzi, że celibat taki, jak znamy dziś, z pewnością nie jest wpisany w naturę kapłaństwa od samego jego początku. Natomiast wpisana w nią jest z pewnością wstrzemięźliwość seksualna. Z tego również wynika, że dziś, w XXI wieku, można swobodnie dyskutować nad naturą celibatu. I zadawać pytania o to czy potrzebujemy kolejnej jego reformy czy też może nie.

 

 

 

Po co nam celibat? - Kościół chce celibatariusza, by mieć poczucie, że jest choćby jeden człowiek oddany mu całkowicie - tak, jak mąż jest oddany żonie. Bo relacja księdza do Kościoła jest relacją oblubieńczą. Rozmowa z biskupem Grzegorzem Rysiem, przeczytaj więcej