Cicha akceptacja przemocy

Szymon Żyśko Szymon Żyśko
data30.03.2017 09:00

(fot. shutterstock.com)

Ta historia pokazuje jak łatwo jest manipulować naszymi emocjami. Dwugłos, jaki się pojawił uczy młodych, że są bezkarni - a społeczeństwo jednocześnie oswaja z myślą, że "klaps to nie problem". W perspektywie czasu wyhodujemy sobie pokolenie, które przemoc będzie uważało za jeden z argumentów w dialogu.

 

Jeden z łódzkich dzienników podał informację, że ksiądz uderzył ucznia podczas rekolekcji. Rodzice zgłosili sprawę na policję. Ludzie w sieci są podzieleni w tej sprawie. Tak jak w wielu innych sprawach zauważają tylko dwa kolory - biały i czarny. Ksiądz za swoje zachowanie przeprosił, ale to dla jednych i drugich nie ma znaczenia. Strony sporu zatraciły gdzieś zdrowy rozsądek.

 

Strona pierwsza: oskarżyciele. Słusznie oburzeni zachowaniem księdza, ale zatrzymani w czasie. Nie widzą nic poza samym zdarzeniem, skupieni na krzywdzie, jakiej doznało dziecko. Już zapowiadają, że ksiądz będzie winny odejściu z Kościoła chłopca, jego rodziny, połowy szkoły, osiedla i miasta. W tych komentarzach Kościół jest siedliskiem wszelkiego zła. Tam, gdzie występuje konflikt na linii duchowny - osoba małoletnia, od razu wyciągany jest temat pedofilii, znęcania w bursach prowadzonych przez zakonników i wszelkie inne podobne sprawy. Wykorzystują chłopaka do walki o swoje poglądy.

 

Strona druga: obrońcy. Podkreślają fakt, że zaszła reakcja łańcuchowa. Spotkać można wiele komentarzy, że chłopakowi "po prostu się należało". Bardziej radykalne i bezczelne komentarze wymieniają, kto jeszcze powinien "oberwać" za ten stan rzeczy, zaczynając od dyrekcji szkoły, a kończąc na rodzicach małoletniego. Panuje święte oburzenie, bo jak to matka mogła podać księdza do prokuratury? Wiele osób tęskni za dawnym wychowaniem w szkołach, według którego rodzice powinni jeszcze raz ukarać syna w podobny sposób. Większość ludzi z tej grupy deklaruje się jako katolicy.

 

Wielka szkoda, że mało kto, na czele z mediami, zadaje sobie trud przemyślenia całej sprawy i wybrania trzeciej drogi - rozsądku. Z tej sytuacji płynie dla nas wszystkich ważna lekcja o życiu społecznym.

 

Żaden ksiądz nie ma prawa uderzyć dziecka, tak jak nikt nie ma tego prawa, nawet rodzic. Nie ma żadnego prawa pozwalającego stosować kary cielesne wobec kogokolwiek. Kapłan jako osoba wykształcona (pedagog, teolog) powinien przyjąć dojrzalszą postawę. Jako duszpasterz mierzy się z różnymi trudnymi sytuacjami, które nie powinny wyprowadzać go z równowagi, a nawet gdy tak się dzieje, to bacznie obserwując swoje zachowanie, powinien im przeciwdziałać. Jest wiele metod wychowawczych, które w danej chwili mógł zastosować. Ten konkretny ksiądz przeprosił. I dobrze, że przeprosił - a co za tym idzie - przyjął swoją winę.

 

Ta sprawa pokazuje jednak jeszcze jeden obraz przemian, jakie zaszły w naszym społeczeństwie. To raczej pewna diagnoza ogólna niż odniesienie do wydarzeń z Łodzi. Pamiętam głupoty, jakie chodziły nam po głowie, gdy mieliśmy po kilkanaście lat. Wydaje się jednak, że z każdym kolejnym pokoleniem jest gorzej. Świadkiem tego bywam choćby w komunikacji miejskiej.

 

Skąd to się bierze? Niestety argumenty otrzymują najczęściej we własnym domu wraz z pewną śmiałością. Dzieci słuchają, jak rodzice negatywnie odnoszą się do świata, ludzi, Kościoła i duchowieństwa, w jaki sposób mówi o nich telewizja, obserwują pewną pogardę dorosłych, którymi sami chcą się stać jak najszybciej. Do tego dochodzi jeszcze presja środowiska, żeby być akceptowanym w grupie. Zapalnik otrzymują najczęściej do ręki w domach, ale detonacja jest już efektem życia w grupie rówieśników.

 

Nie wiem, jak było w tym konkretnym przypadku, bo znam tylko relację "naocznych, anonimowych" świadków. Podobno młodzież zachowywała się jak "bydło". To obraźliwe określenie opisuje zapewne brak kontroli i moralnych hamulców nastolatków. Szacunek należy się każdemu człowiekowi, niezależnie od tego, co myśli i kim jest np. księdzem. I pewnym zasadom wyznawanym przez każde cywilizowane społeczeństwo. To nie jest kwestia wiary i tego, czy zgadzamy się z kimś, a zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

 

Ta historia jest dla mnie jedynie pretekstem, by pokazać, jak łatwo manipulować naszymi emocjami. Jak katolik może opowiadać się za jakąkolwiek przemocą i usprawiedliwiać jej użycie? Jak ludzie mogą być tak ślepi, by nie zauważać problemu agresji i braku szacunku wśród młodzieży? Taki dwugłos wychodzi na jaw przy każdej podobnej sytuacji i uczymy młodych, że są bezkarni - a jednocześnie społeczeństwo oswajamy z myślą, że "klaps to nie problem". W perspektywie czasu wyhodujemy sobie pokolenie, które przemoc będzie uważało za jeden z argumentów dialogu.

 

Ogrom komentarzy przywołujących wszelkie przypadki przemocy i pedofilii w Kościele jest nadużyciem wobec tej sprawy, ale dają mi do myślenia w innej ważnej kwestii. To, w jaki sposób Kościół rozwiązuje i bada przestępstwa duchownych, jest niewystarczające, budzi w ludziach niepokój i brak zaufania. Procesy są prowadzone zbyt wolno, raczej sprawiają wrażenie oswajania ludzi z tymi tragediami i wyciszania ich niż poczucie sprawiedliwości. Będę to powtarzał do znudzenia - nadszedł czas na rozliczenie Kościoła ze zła, jakie popełniają jego wierni, uwolnienia od tych grzechów. W zasadzie jesteśmy już spóźnieni z tym. Pokora i rozeznanie, na które tak często powołują się hierarchowie, powinny objawić się w oczyszczeniu, a tego nie zrobimy bez przyjęcia winy. Jeżeli Ewangelia, w którą wierzymy, jest prawdziwa, to nie mamy się czego obawiać. To nie będzie koniec Kościoła, ale jego odrodzenie w Duchu Bożym. Inaczej te sprawy będą ciągnęły się za nami przez wieki, będą wyciągane przy każdym innym konflikcie, nie pozwolą głosić Ewangelii. W efekcie nie tyle my tracimy na wiarygodności, co sam Bóg. Początek laicyzacji ma swoje źródło w Kościele.

 

Natomiast wszyscy, którzy wieszczą liczne odejścia z Kościoła przez tę sytuację, niech mają odwagę przyznać, że czekali na taki argument. Kościół nie jest produktem, nie można o nim myśleć "płacę, więc wymagam". Kościół to my i musimy go zmieniać od środka, wpływać na duszpasterzy. Protesty i odejścia mogą zmusić Kościół do myślenia o problemie, ale go nie rozwiążą, bo trzeba ludzkich rąk, by przeprowadzić proces przemiany. Nie próbujmy ukarać Boga za ludzkie błędy.

 

Uczestnikom tego zajścia szczerze współczuję i życzę, by rozwiązali tę sprawę z wzajemnym szacunkiem. Cała reszta niech weźmie na wstrzymanie i prosi Ducha Świętego o dar roztropności.

 

Szymon Żyśko - redaktor DEON.pl, grafik, prowadzi autorskiego bloga "Pudełko NIC"