Nie trzeba wstydzić się miłości

Julia Płaneta
data21.03.2017 11:18

(fot. shutterstock.com)

Co jest w życiu najważniejsze? Jak kochać i być kochanym? Co zrobić, jeśli ktoś nie chce przyjąć naszej miłości? Poznajcie odpowiedzi na pytania, które tak często nas interesują.

 

Kiedy zobaczyłam konkurs na napisanie książki razem z papieżem Franciszkiem, pomyślałam, że bardzo chciałabym spróbować. Nie chciałam rozmawiać z kimś obcym, dlatego postanowiłam odwiedzić... moją babcię. Przy kubku ciepłej herbaty, opowiedziała mi wieczorem o prawdziwej miłości, przyjaźni i o tym, co jest w życiu najwazniejsze.

 

Julia Płaneta: Bardzo często powtarzacie, że "za naszych czasów…". Jak było za waszych czasów w porównaniu do tych teraz? Jak ludzie siebie traktowali?

 

Maria Śmiałowska: Jeżeli żyje się już siedemdziesiąt parę lat, to były różne etapy tego traktowania siebie. Jedni traktowali siebie nawzajem z dużą solidarnością, pomagali sobie, byli życzliwi, a byli też i tacy, którzy patrzyli tylko na to, jak wykorzystać i oszukać kogoś. Wydaje mi się, że młodzież, na przykład studencka, była dużo weselsza i beztroska, dużo się widziało radości, śmiechu, trochę podobnej atmosfery jak podczas Światowych Dni Młodzieży w zeszłym roku.

 

Tak było zwłaszcza na juwenaliach czy innych tego typu wspólnych zabawach. Natomiast w tej chwili jest dużo więcej wrogości między ludźmi, nawet w mniejszym stopniu na ulicy, bo każdy raczej się boi na ulicy coś mówić czy w miejscach pracy.

 

 

A jak wyglądała kwestia przyjaźni? Miałaś takiego przyjaciela albo przyjaciółkę?

 

Nie miałam wielkiego grona przyjaciół. Miałam właściwie jedną kochaną przyjaciółkę od drugiej klasy szkoły podstawowej i do tej pory się przyjaźnimy, chociaż nie tak intensywnie się spotykamy. To jest długa i wierna przyjaźń przez całą szkołę podstawową, później liceum i studia, chociaż studiowałyśmy inne kierunki.

 

A co z przyjaźnią w małżeństwie?

 

Samo zauroczenie to za mało, pokazuje mi to zarówno obserwacja własnego życia, jak i obserwacja związków między ludźmi, w małżeństwach czy w parach,. Musi być przyjaźń i to głęboka. Wydaje mi się, że jest to dosyć ważna sprawa zarówno dawniej, jak i teraz. Nie widzę tu jakiejś takiej wielkiej różnicy.

 

Nie masz wrażenia, że teraz ludzie są o wiele dalej od siebie? Odgradzają się technologią, komputerami, telefonami. Ciągle pracują, nie mają czasu, żeby się spotkać.

 

Z jednej strony masz rację, jest mniej tych kontaktów. Ale z drugiej strony, jeżeli ktoś jest rzeczywiście zajęty i ludzie rozjeżdżają się po różnych częściach świata, to jest możliwość porozumiewania się przez Skype’a, co może w pewnym sensie przybliżać i ułatwiać utrzymanie głębokich więzi. Nie sądzę, żeby technologia była aż takim utrudnieniem. A z drugiej strony widzę ludzi na ulicy ze słuchawkami w uszach i dopiero trzeba potrząsnąć: "Hej, coś do ciebie mówię". Ludzie są na ogół życzliwi, zwłaszcza młodzi ludzie.

 

W takim razie, jak dbać o relacje?

 

Być szczerym, nie zawodzić, ale w swojej szczerości pamiętać, że nie zawsze to, co dla mnie jest czymś dobrym i wspaniałym, będzie takie samo dla drugiej osoby. Jest takie powiedzenie: "Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe". W relacjach powinien być mniejszy egoizm i wzajemna miłość. Zresztą to jest pięknie w chrześcijaństwie powiedziane, ale to niekoniecznie i nie tylko chrześcijaństwo może realizować. To siedzi w każdym człowieku.

 

>> Ty także możesz napisać książkę z papieżem Franciszkiem <<

 

Czym jest miłość w takim razie? Wracamy codziennie zmęczeni z pracy, nic nam się nie chce, a przed nami jeszcze obowiązki domowe, gdzie tutaj znaleźć czas na miłość?

 

Wczuć się w drugiego człowieka. Jeślibym już mówiła o takiej miłości partnerskiej lub małżeńskiej, to wydaje mi się, że bardzo ważne jest, żeby w takim związku nie było wzajemnej walki i rywalizacji. Przyjaźń patrzy na dobro tego drugiego. Ale "kochaj bliźniego swego jak siebie samego", więc siebie też trzeba kochać, nie można tak całkiem siebie oddawać temu drugiemu z pogwałceniem swojej suwerenności i swoich praw.

 

Zapytałabym jeszcze o męża, który zmarł już jakiś czas temu, jak myślisz, gdzie on teraz jest i czy pojawia ci się w jakiś sposób?

 

Teraz już nie, ale dawniej mi się śnił. Jak się go zapytałam: "Jak ci tam jest?", to mi odpowiedział: "Tak dobrze, że sobie nawet nie wyobrażacie". Na ostatnim spotkaniu powiedział mi, żebym się już tak nim nie zajmowała.

 

A modliłaś się o to, żeby się z nim spotkać, czy sam pojawił się w snach?

 

Właściwie nie modliłam się, ale bardzo chciałam go spotkać. Tym bardziej że wcześniej, jak zmarła moja mama, to też ją widywałam. Najpiękniejsze było to, że mi mąż powiedział, żebym się już nim nie zajmowała, i to, w jaki sposób rozmawialiśmy. Miał pogodną twarz, był szczęśliwy, choć nie aż tak prześwietlony szczęściem jak moja mama na ostatnim spotkaniu, ale mówił do mnie bez słów.

 

To było coś, czego nigdy nie doznałam w życiu. To mnie też skłania do wiary w to, że jednak jest coś po śmierci i jest nadzieja, że się wszyscy potem spotkamy. Chociaż czasem przychodzą też zwątpienia, człowiek sobie myśli: "Łudzisz się, to wszystko są fantasmagorie twojego umysłu", ale to niemożliwe, żeby się aż tak łudzić.

 

Jak sobie poradzić ze śmiercią tak bliskiej osoby?

 

Mąż zmarł bardzo wcześnie, miał 49 lat i właściwie tylko parę miesięcy chorował. Miał raka przełyku i żołądka. Wtedy nie mówiono pacjentom, że są w takim groźnym stanie. Mnie to powiedziano. Potem lekarz dodał, że ta operacja może być jedyną nadzieją na uratowanie. Namawiałam go do tej decyzji, a on nie za bardzo chciał.

 

W końcu powiedziałam mu, w jak ciężkim jest stanie. To, co mnie wstrząsnęło, to, że to on mi zaczął wtedy współczuć. Powiedział: "Czemu oni mi tego nie powiedzieli, tylko tobie?". W sytuacji krańcowej wyszedł z niego piękny człowiek.

 

Było bardzo ciężko. Myślę, że jedyne, co mi dawało napęd do życia, to, że jeszcze miałam dla kogo żyć. Były dzieci, potem wnuki. Jest taka pieśń, którą usłyszałam lata temu w mojej parafii: "Tak mnie skrusz, tak mnie złam, tak mnie wypal, Panie, byś został tylko Ty".

 

Zrozumiałam po tych stratach, których doznałam, że gdyby mi się żyło za szczęśliwie i żadnych strat by nie było, to może bym nie wiedziała, że Bóg jest mi tak bardzo potrzebny. Człowiek ma świadomość, że tak naprawdę jedyną pewną rzeczą jest Bóg. Na wszystkim się można zawieść: człowiek, którego się kocha, może odejść, może się odsunąć od nas i już nas nie chcieć kochać, a Bóg zawsze jest wierny, jedyne, co jest pewne, to jest oparcie w Bogu.

 

To o co chodzi w życiu? Co jest najważniejsze?

 

Kochać i być kochanym. Poczucie, że jest się kochanym i akceptowanym. Mam sobie do wyrzucenia na pewno wiele różnych momentów w życiu, kiedy byłam niedelikatna, kiedy uraziłam na przykład mojego tatę, kiedy nie podobały mi się jego uwagi i go strofowałam.

 

Dopiero potem, jak się zestarzałam i sama doświadczam podobnych sytuacji, to widzę, jak niedobrze postępowałam, że nie okazywałam miłości, nie dawałam komuś odczuć, jak go głęboko kocham. Nie trzeba się wstydzić tej miłości, ukrywać i udawać, że się jest obojętnym, dobrze jest podejść, przytulić, okazać bliskość fizyczną i duchową, empatię, pokazać, że się komuś współczuje, że chce się z kimś być.

 

A co, jeżeli ktoś tej miłości nie chce przyjąć? Często w rodzinach jest tak, że wzajemnie siebie ranimy. Ciężko jest wtedy okazywać miłość.

 

Może tak być, wtedy jest ciężko. Mogę tylko powiedzieć, jak ja próbuję sobie z tym radzić. Przebaczyć, kochać mimo wszystko, nawet jeżeli nie mamy okazji tego okazywać, pomodlić się i próbować sobie wyobrazić - jeżeli mamy kochać bliźniego, tak jak Bóg nas kocha, to jak Bóg nas kocha?

 

Jeśli przypomnę sobie Boga czekającego na syna marnotrawnego, to On nie chodził za nim, nie strofował, nie próbował ratować, tylko czekał. Czekał i kochał. Nie był skłonny do tego, żeby go krytykować, czy potępiać. Jak syn wrócił, to przyjął go bez wymówek. Ten syn przez całe lata odtrącał ojca, nie chciał go, poszedł sobie, gardził jego miłością, żył swoim życiem. No i właśnie, "tak mnie skrusz, tak mnie złam".

 

Pan Bóg musi człowieka trochę skruszyć, złamać, dać mu mocno w kość i dopiero wtedy coś się zobaczy. To jest trudne, bo nie zawsze potrafimy się modlić, ale przynajmniej myślmy o tym człowieku z życzliwością.

 

Czasami obserwuję takie zjawisko, że jak ktoś nas skrzywdzi, to chcielibyśmy sprawiedliwości. Żeby w jakiś sposób życie się zemściło na tej osobie krzywdzącej. Podświadomie życzymy jej, żeby poszła do piekła i doznała tam wiecznej kary. A czy Bóg naprawdę tego chce? Wydaje mi się, że nie. Bóg nie chce, żeby ktokolwiek, nawet najgorszy grzesznik, poszedł do piekła.

 

Powinniśmy się autentycznie cieszyć, gdy widzimy choćby odrobinę dobra u kogoś, kto nas skrzywdził, nawet jeśli to dobro jest dawane komuś innemu, a nie nam. Choćby o to możemy się modlić: o dobro dla osoby, która nas skrzywdziła. Wiem, że to nie jest łatwe. Łatwo się mówi teoretycznie, nieraz bywały altruistyczne sytuacje, że ktoś przebaczył na przykład zamordowanie własnego dziecka, częściej jednak chcemy sprawiedliwości. Ludzie za bardzo chcą sprawiedliwości, a nie miłosierdzia.