Krótka sukienka w kościele. Nie wypada?

Szum z Nieba Kama
data20.04.2017 15:00

(fot. shutterstock.com)

W 2005 r. trafiłam do wspólnoty Mocni w Duchu. Byłam po I Tygodniu rekolekcji ignacjańskich. Wybrałam Jezusa - czyli też wspólnotę. Ale nie ukrywam, że przyjście do niej nie było dla mnie łatwą decyzją.

 

Motywacja była jednak silna: nie chciałam stracić owoców rekolekcji, a te były WIELKIE. Jednak pierwszy rok spotkań modlitewnych był dla mnie istną mordęgą!

 

Ludzie jacyś dziwni, rozegzaltowani, "święci". Ręce ciągle mieli w górze, a ja tego kompletnie nie czułam. Siedziałam gdzieś na końcu sali. Słyszałam w sercu: "Tylko się nie wywyższaj, bądź pokorna. Uważaj na strój, żeby nikomu nie przeszkadzać w modlitwie". Przez rok chodziłam na spotkania modlitewne z brudną głową i w czarnym, zmechaconym polarze. W końcu miałam się nie wywyższać… Chciałam iść za Jezusem. Trochę było mi smutno, że muszę wyglądać jak "bida". No ale skoro Pan Jezus tego ode mnie chce, to się zgadzam.

 

<<Jak się ubrać na Mszę świętą?>>

 

Na II Tygodniu rekolekcji ignacjańskich coś we mnie pękło. Podczas spowiedzi wyryczałam się kapłanowi, że chciałabym chodzić w spódniczkach, a nie mogę. Zdziwienie było duże.

 

Moje też, gdy wyjaśnił mi, że jednak mogę. Opowiedział mi też anegdotę o św. Ignacym - był taki moment w jego życiu, że chciał być tak blisko Boga, że przestał się myć i obcinać paznokcie. W końcu jego spowiednik uświadomił mu, że musi się umyć i zacząć dbać o siebie, bo śmierdzi i odstrasza w ten sposób ludzi. Odetchnęłam!


Nastąpił etap numer dwa. Zaczęłam nosić spódniczki i sukienki, ale we wspólnocie panowała moda, żeby nosić sukienkę lub spódniczkę na spodnie. Broń Boże samą! Oczywiście przejęłam tę modę, nie do końca ją rozumiejąc czy z nią się zgadzając. Znowu poszłam za myślą, żeby nie przeszkadzać innym w posłudze, skoro sama posługuję.

 

Pamiętam, jak mnie wbiło w ziemię zdanie pewnego księdza, że nie będzie posługiwał z dziewczynami, którym spódniczki kończą się przed kolanami! Zgłupiałam… Zaczęłam zadawać sobie i Bogu pytanie: jak ja powinnam wyglądać jako chrześcijanka? Czy mogę się ubierać ładnie, elegancko, modnie? Tak żeby mój mąż czuł, że ma piękną żonę? I czy to jest w ogóle dobre? Czy mogę chodzić na basen w kostiumie, skoro de facto to jest tylko taki "grubszy stanik"? Moje poszukiwania trochę trwały.

 

Ostatnio kupiłam sobie sukienkę. Naprawdę piękną - czarną w różowe kwiaty. Kiedy ją zobaczyłam na wystawie, krzyczała: KUP MNIE! A że kosztowała 40 zł, to krzyczała dwa razy głośniej.

 

Wiele osób podchodziło do mnie i mówiło, że pięknie w niej wyglądam. W pewnym momencie zrobiło mi się głupio, że wszyscy tak się zachwycają. Obawiałam się próżności. Tłumaczyłam się każdemu z osobna, że to była promocja.

 

<<3 modowe porady papieża Franciszka>>

 

W końcu z pomocą przyszedł mi o. Remi - w jednej z konferencji ostatniego Forum Charyzmatycznego zadał pytanie: "Czy chrześcijanin może być bogaty i ładnie wyglądać?". Odpowiedź brzmi: "Jestem dzieckiem Króla, więc jako księżniczka mam prawo, i wręcz obowiązek, wyglądać super!".

 

Powinnam więc dbać się o siebie i swój wygląd. Jeśli mnie na to stać, to mogę kupić sukienkę za 100, 200 czy nawet 1000 zł. To nie jest grzech. Jeśli chcemy innym pokazać Kościół żywy, prawdziwy i "dla ludzi" - to potrzeba, żebyśmy swoją postawą wewnętrzną i zewnętrzną zachęcili do niego.

 

Jeśli będę śmierdzieć, to nikt do takiego Kościoła nie przyjdzie. Jeśli będę wyglądać jak "bida", to mogę nie być wiarygodnym świadkiem tego, że Bóg jest dobry i błogosławi mi w życiu.


Dla mnie w ubieraniu się chodzi przede wszystkim o postawę serca. Posługa na scenie nie jest najlepszym miejscem na obcisłe legginsy ze stringami - żeby stojący za mną koledzy gitarzyści mogli się skupić na akordach. Nie oznacza to jednak, że mam nosić worek i przysłowiowy moherowy beret (bez obrazy), żeby moja kobiecość i piękno skutecznie pod nimi zniknęły.


W moim odkrywaniu własnego piękna bardzo mi pomaga mój mąż. Może ty też podpytaj swojego męża?