Swoi Go nie przyjęli

Krzysztof Dyrek SJ
data18.12.2013 16:46

(fot. PK/DEON.pl)

Swoi nie przyjęli Jezusa, bo nie tak sobie Go wyobrażali. Przyszedł w momencie niewłaściwym, nie w tym czasie, w jakim spodziewali się Go.

 

"Swoi"

           

Wydaje nam się, że chcemy, by Jezus był przyjęty z miłością i czuł się dobrze wśród nas. A jednak w Prologu do swojej Ewangelii św. Jan stwierdza, że Jezus-Słowo nie został przyjęty przez ludzi, że ludzie bardziej umiłowali ciemność, niż światło przyniesione przez Niego światu.

           

Najsmutniejsze w tym tekście jest stwierdzenie, że Jezusa nie przyjęli swoi, że swoi Go odrzucili, Nim wzgardzili. Właśnie oni zamknęli przed nim swoje domy, rodziny i serca. Swoi, a więc bliscy, ci, po których mógłby się spodziewać i oczekiwać przyjęcia. Przecież to właśnie oni na Niego czekali i pragnęli Jego przyjścia. Swoi, o których mówi Ewangelista to: Izrael, mieszkańcy Betlejem i Nazaretu.

           

Swoi nie przyjęli Jezusa, bo nie tak sobie Go wyobrażali. Przyszedł w momencie niewłaściwym, nie w tym czasie, w jakim spodziewali się Go. Byli zajęci innymi sprawami, ważniejszymi niż Jezus. Jego przyjście raczej im przeszkadzało i odrywało od tego, co w ich oczach było ważniejsze. Dlatego Go odrzucili, zamknęli się przed Nim, choć w ciemnościach ich życia i spraw jawił się, jako światło i życie.

 

"Swój"

           

Ewangelista Jan, mówiąc, że Jezusa swoi nie przyjęli, daje nam do zrozumienia jeszcze jedną rację, dlaczego tak się właśnie stało. Swoi Go nie przyjęli, choć Go oczekiwali, bo pragnęli uczynić Go swoim, czyli podporządkować sobie i dostosować do swoich oczekiwań i pragnień. Chcieli, by był na ich miarę i na miarę ich pragnień i oczekiwań.

 

A On przychodzi inaczej, jako Bóg dla człowieka, niezauważony, słaby, pozwala się odrzucić, sobą wzgardzić. Nikomu nie zagraża, sam jest słaby, można Go skrzywdzić; to pokorny Bóg, zdany na człowieka; Jego los jest w naszych rękach.

           

Swój jest znany, już nas nie zadziwi i nie zaskoczy. O nim wszystko wiemy. Ma być jak wszyscy. Nie może odbiegać od norm, zwyczajów. Nie może się różnić.  Powinien zawsze spełniać nasze oczekiwania i do nich się dostosować. Swój nie może nas przerastać, ma być jak my, ma być zawsze swój.

           

Jezus jest swój, jest nasz, ale inaczej. Zawsze idzie dalej. Nie daje się zamknąć w ramach naszych wyobrażeń, oczekiwań i pragnień. To my, Jego samego i Jego naukę, mamy przyjąć, uczynić swoją i dostosować do niej nasze życie, a nie odwrotnie. Jezus jest swój, nasz, ale nigdy nie będzie do końca nasz. To my mamy stawać się Jego.

           

Wszelkie sposoby "oswojenia Jezusa", uczynienia Go swoim, na naszą modłę i miarę, zawsze zakończą się rozminięciem z Nim i w konsekwencji nie przyjęciem Go. Dlatego tak często Jezus jest odrzucany, wzgardzony, nieprzyjęty, nie tylko przez świat, ale także przez swoich, do których ciągle przychodzi, a więc również przeze mnie i przez Ciebie.

 

"Nowi swoi"

           

Powstaje nowa grupa "swoich" wokół Jezusa: Maryja, Józef, pasterze, mędrcy, którzy przyjęli Słowo i Słowo dało im moc. To ludzie nieważni, biedni, odrzuceni, pokorni, ufni. Oni Go spotkali, odnaleźli, rozpoznali. Dla nich liczą się inne wartości. Są to inni ludzie, bo takimi czyni ich Jezus i na taką drogę ich zaprasza. Sam nią szedł.

 

Dla Maryi, Józefa, pasterzy, mędrców,  nieważne były ich pragnienia, plany. Liczyły się tylko Boże. Nieważne, że były trudne, niezrozumiane, że musieli wszystko rozpoczynać od początku, że wszystko im burzył, że ich budził, że musieli wszystko zostawiać, chodzić innymi drogami, w centrum stawiać inne plany, nie swoje, ale Jego. Umieli wszystko zostawić, stracić, poprzestawiać, bo tak chciał On. Tracili trochę, nieraz wiele, by zyskać wszystko, ale inaczej. Wokół była ciemność, tak ludzka i boska i ludzie inaczej myślący, pragnący, czym innym żyjący. A oni szli, prowadzeni Bożym duchem, światłem, kierując się nie ludzką mądrością, ale tą Bożą. Nie stawiali Mu warunków, nie wyznaczali miejsc i czasu spotkania i dróg jakimi ma przyjść, chodzić i jakimi będzie ich prowadził.

 

Byli wolni i dyspozycyjni, by iść, tam gdzie On jest, czeka i chce się z nimi spotkać. Jeśli chciał się z nimi spotkać w stajni, to szli, by Go spotkać. Jeśli chciał się objawić w nocy, nieważne; najważniejsze, że jest, czeka. Jeśli wybrał liche Betlejem, dom chleba, tak idą, by dać, a nie otrzymywać. Najważniejszy jest On i bycie z Nim i przy Nim niezależnie od warunków, dat, miejsc. Każde jest dobre, właściwe. To On je takim czyni.

 

Tacy ludzie od Narodzenia będą bliscy Jezusowi. Oni są ważni i potrzebni Jezusowi. To On ich oswaja, a nie oni Jego. Oni czują, rozumieją Jezusa, oni Go ukochają, za Nim pójdą. Oni inaczej myślą, pragną niż świat wokół nich, coś innego się liczy, co innego jest ważne. Na takich ludzi będzie Jezus stawiał i na nich będzie opierał swoją przyszłość. Takich ludzi jest ciągle mało wokół Jezusa. 

 

Kończąc kontemplację o Narodzeniu (EE 116) św. Ignacy zachęca, patrzeć na Jezusa, który podejmuje trud, żyje w ubóstwie, przyjmie krzywdy, zniewagi i krzyż. Wszystko dla mnie. Przyjmuje  inne wartości, niż można się było spodziewać i oczekiwać. Staje się wzorem i wytycza drogę, którą kroczy od samego początku, od momentu przyjścia na ziemię. Jest to początek drogi Jezusa i pierwszych uczniów, którzy stanęli przy Jego żłóbku w Betlejem.

 

Przez tajemnicę Narodzenia Jezus przynosi i realizuje inne wartości niż te proponowane przez świat i bliskie tym dawnym "swoim": pokora, ubóstwo, prostota, zwyczajność, wolność, dyspozycyjność. Jest to inny cel życia, coś innego jest dla nich ważne.

 

Ode mnie, od moich wyborów, decyzji zależy jaką droga będę szedł, jakim "swoim" dla Jezusa będę. Czy ja Go będę oswajał, czy On mnie. Czego chcę?

 

 

Krzysztof Dyrek SJ - rekolekcjonista w Centrum Duchowości im. św. Ignacego Loyoli w Częstochowie