Bóg odpowiedział mi przez radio

WAM ks. Jan Kaczkowski
data11.02.2017 09:31

(fot. Damian Kramski)

Tamtego dnia, po usłyszeniu wiadomości o wznowie, wszedłem pod prysznic i w radiu usłyszałem piosenkę. To była delikatna odpowiedź Pana Boga na moją modlitwę - pisał ksiądz Kaczkowski.

 

Gdybym chciał państwem manipulować, to nagnałbym do kościoła mnóstwo chorych ludzi i powiedział: "Zamknijcie oczy. Jest wśród was osoba chora na kręgosłup [statystycznie by się znalazła]. Teraz czujesz ciepło [ktoś by poczuł ciepło], itd". Takie działania mogą być manipulacją. Nie przeczę, że w Kościele działają charyzmaty uzdrawiania, prorokowania, przemawiania. Ale, na litość Boską, nie na zawołanie, we wspólnocie x, y czy z.

 

O wiele bliższa jest mi postawa kobiety chorej na krwotok, która dotknęła frędzli płaszcza Chrystusa. Bo ją uzdrowiła jej wiara - Jezus jej to powiedział. I chyba o to chodzi w chorowaniu. Powołam się na własne doświadczenie. Na początku choroby popełniłem pewien błąd, ale przecież też mam prawo się rozwijać i dojrzewać jako ksiądz. Mówiłem: "Panie Boże, jestem otwarty na cud", ale nie do końca w ten cud wierzyłem. Pewnego dnia zrozumiałem na nowo fragment Ewangelii: "Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam". Wtedy uznałem, że jestem bezczelny, jedynie deklarując otwartość. Zacząłem więc kołatać, prosić. Ale przysięgam - bez przywiązania do efektu. Co to oznacza? Że mam nadzieję, ale wyrobiłem w sobie taką przestrzeń wolności, że nie będę zawiedziony, jeśli cud się nie dokona albo jeśli dokona się zupełnie inaczej, niż bym sobie wyobrażał.

 

Kolejna wznowa

 

Miałem dwa momenty w życiu, kiedy musiałem z wielkim wysiłkiem intelektualnym i duchowym powiedzieć: "Panie Boże, całkowicie zgadzam się z panowaniem Twojej woli". Pierwszy: gdy nie chciano mnie wyświęcić na księdza i decyzja o tym wisiała na włosku. Klęczę w kaplicy w seminarium przed Najświętszym Sakramentem, na górze ważą się moje losy, wielcy tego świata dyskutują — święcić czy nie święcić, będzie ośmieszeniem kapłaństwa czy nie? A ja wpatrzony w Najświętszy Sakrament, przekonany na poziomie pewności moralnej, że jestem powołany... Pewność moralna to jest coś innego niż pewność scjentystyczna, że mogę, na przykład, tej chłodnej ambony dotknąć. Pewność moralną wyrabiamy sobie w serduchu, w sumieniu. Jesteśmy przeświadczeni, że to jest nasza droga. Kiedy mnie wyświęcili, taką pewność miałem. Teraz, dzięki Bogu, nadal ją mam. Cały czas to bycie księdzem jest dla mnie sednem życia. Ale wracając do głównego wątku: wtedy wpatrując się w Chrystusa w Eucharystii, smuciłem się i mówiłem "Panie Boże, nie mam wpływu na to, co wymyślą, całkowicie poddaję się panowaniu Twojej woli". Wiedziałem, że jeżeli mnie nie wyświęcą, to nie założę swojego Kościoła, nie obrażę się, nie będę tupał na Boga, nie pójdę do Palikota (wtedy jeszcze Palikota w życiu publicznym nie było).

 

Druga próba przyszła, gdy dowiedziałem się o którejś tam wznowie. Bo w tej chorobie jest tak: raz lepiej, raz gorzej, potem jest wznowa, potem trochę reemisji, jakieś działania medyczne. Kiedy jesienią zeszłego roku zdiagnozowano u mnie kolejną wznowę, byłem smutny, ale się jakoś potwornie nie załamałem. Pamięta się każdy moment po usłyszeniu takiej informacji. Wsiadam w Krakowie do jakiejś śmierdzącej taksówki i myślę: "Całkowicie zgadzam się z panowaniem Twojej woli". Wszystko jedno, czy to życie będzie trwało trzy, cztery miesiące czy pół roku. Jak widzicie, od jesieni do dzisiaj upłynęło już więcej czasu. Tamtego dnia, po usłyszeniu niepomyślnej wiadomości, wszedłem pod prysznic i w radiu usłyszałem piosenkę zespołu Raz Dwa Trzy: "I żyłem tak, jak chciałem żyć. I byłem tym, kim chciałem być". Dla mnie to była delikatna odpowiedź Pana Boga na tę moją modlitwę, że poddaję się Jego panowaniu. On mi odpowiedział przez radio. Możecie powiedzieć, że wariat ze mnie, ale tak to odczytuję. Mistyki należy szukać w prozie dnia codziennego. Pan Bóg jest bardzo delikatny, trzeba go czytać uważnie.

 

 

Pełzający cud

 

To, co się dzieje w tej mojej bańce, w mojej głowie, uważam za cud pełzający. Dokładnie taki, jakiego doświadczyła kobieta uleczona przez Chrystusa z krwotoku. Można powiedzieć, że pełzniemy sobie we trójkę: Pan Bóg, glejak i ja. I oby jak najdalej. Cieszę się z tego pełzającego cudu. Dlaczego? Ponieważ gdyby Pan Bóg potrzebował cudu spektakularnego dla zbawienia mojego, innych ludzi lub — jak to się ładnie w dawnym języku mówiło — ku pożytkowi Kościoła świętego, to On by go dokonał. Widać taki spektakularny cud jest Mu niepotrzebny na razie. Może jutro się obudzę i okaże się, że jestem wolny od choroby. Bardzo się ucieszę. Ale Pan Bóg działa poprzez naturę, stworzył ją i bardzo rzadko łamie jej prawa. Może uda się tak spokojnie, normalnie, medycznie wyzdrowieć? A może nie? To już Jego wola. Najważniejsze już się dokonało — dostrzegłem, że wraz z chorobą nic się nie skończyło, a wiele rzeczy się zaczęło. To, co najpiękniejsze, to, co cudowne, dzieje się bardzo intymnie. Uświadamia to uzdrowienie kobiety z krwotoku, o którym wiedziała tylko ona i Chrystus. 

 

Być może to, że zostałem księdzem, że ileś lat pracowałem w szkole, że zrobiłem doktorat i specjalizację z bioetyki, nawet to, że wybudowałem hospicjum i że je prowadzę, nie było tak istotne jak to, że zachorowałem. "Moc w słabości się doskonali". Skoro św. Paweł w swojej słabości zobaczył wartość, to może ja wtedy, kiedy będę już nieprzytomny, będę w stanie otworzyć innych na jakiś ważny wymiar? Może moja bezbronność, której do tej pory tak się bałem, okaże się pięknem, które będę mógł innym ofiarować? Może ktoś będzie miał szansę uszanować we mnie, nieprzytomnym księdzu Janie Kaczkowskim, bo tak się przeważnie kończy glejak, człowieczeństwo? I otworzę go w ten sposób na dobro. Będzie mógł też w swojej wolności tym moim człowieczeństwem pogardzić. Wolna wola. To jest jedna z moich lekcji dojrzewania.

 

Pochwaliłem się rozwojem duchowym, a teraz chciałbym państwa zachęcić do życia na pełnej petardzie. W każdym wymiarze. Żebyście się nie załamywali, czerpali z tego życia obficie. W liście Pawłowym mamy fragment: "Nie o to bowiem idzie, aby sprawić ulgę innym, a sobie udręczenie, lecz aby była równość. Nie miał za wiele ten, kto miał dużo. I nie miał za mało ten, który miał niewiele". Co to oznacza? Że kiedy służymy naszym braciom, nie powinniśmy być cierpiętnikami, ze skwaszoną miną. 

 

*

 

Książka księdza Jana Kaczkowskiego "Grunt pod nogami" została bestsellerem Empiku 2016.

 

- Ktoś powie, że w tej kategorii triumfuje ktoś, kogo nie ma z nami, ale właśnie jest. Jest dzięki temu, co napisał, co zrobił, a przede wszystkim dzięki temu, kim był. Człowiek, który żył na pełnej petardzie - ksiądz Jan Kaczkowski, "Grunt pod nogami" - powiedział Piotr Kraśko, tuż przed wręczeniem statuetki. 

 

Tutaj obejrzycie relację z Gali.