Czego nauczyła mnie droga do Santiago de Compostela?

Bartosz Płaszczyński
data24.07.2017 19:54

(fot. prywatne archiwum szlachetnej paczki)

Jak mawia ksiądz Jacek Stryczek - góra stoi i ona się nie zmienia. Ale jak człowiek na nią wejdzie, to on się zmieni. Na Camino zmieniasz się z każdym kilometrem, z każdym kolejnym odciskiem.

 

Pierwszy dzień i już jest bardzo trudno - "ściana płaczu", czyli 27 kilometrów cały czas pod górę przez Pireneje. Nigdy nie byłem tak spocony i zmęczony. Kiedy w końcu doszedłem na nocleg, miałem takie odciski, że myślałem, że dalej nie pójdę. To był przecież dopiero pierwszy dzień, a ja miałem do przejścia 900 kilometrów!

 

Nie ma, że się nie da

 

Wtedy przypomniały mi się słowa ks. Jacka Stryczka: "Miarą możliwości człowieka jest największe wyzwanie, jakiego się podjął i wygrał". To właśnie Paczka nauczyła mnie podejścia "nie ma, że się nie da". 

 

Można wszystko - załatwić tonę węgla w centrum Krakowa, wyremontować dom za darmo, przywrócić komuś radość i nadzieję. Przecież historycznego wyczynu dokonałem zanim wyruszyłem na Camino - jeszcze nikt w mojej firmie nie dostał tyle urlopu pod rząd.

 

Podjąć wyzwanie

 

- Na rozmowy rekrutacyjne przychodzą do mnie bardzo ciekawi młodzi ludzie, ale generalnie rzecz biorąc ich hobby, czyli to, co robią po pracy, polega raczej na inwestowaniu w siebie: jazda na koniu, gra w tenisa, pływanie, turystyka… - wspomina Piotr Rak, prezes firmy Polargos. - A tutaj młody człowiek napisał w CV, że swój wolny czas poświęca na aktywności społeczne. To jest coś niecodziennego.

 

Zamiast rozmawiać o wykształceniu i doświadczeniu zawodowym, Bartek przez 2 godziny opowiadał mi o swoich doświadczeniach w Szlachetnej Paczce. Robił to z taką pasją i zaangażowaniem, że zrozumiałem, że to właśnie takich ludzi potrzebuję: nie bojących się wyzwań, dla których nie ma rzeczy niemożliwych. A przede wszystkim - po prostu ludzkich.

 

Ja nie dam rady?

 

Kiedy pojechałem na Camino po raz pierwszy, wybrałem szlak francuski. Miałem przed sobą 900 kilometrów trasą św. Jakuba z Saint Jean Pied de Port w południowej Francji do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Wszyscy mówili, że nie dam rady, bo nie trenowałem, a trasa jest mordercza.

 

Pierwszego dnia, które na Camino Frances nazywane jest "ścianą płaczu", faktycznie miałem dość i zastanawiałem się czy nie porwałem się z motyką na słońce. Średnio miałem do przejścia 28 kilometrów w ciągu jednego dnia, a mnie kiedyś tak nogi poniosły, że pobiłem rekord i przeszedłem 48 kilometrów za jednym zamachem.

 

Nauczyć się latać

 

Na moje drugie Camino wybrałem szlak Primitivo, który uznawany jest za najbardziej wymagającą trasę ze wszystkich, trudniejszą nawet od szlaku francuskiego. Na Primitivo idzie się cały czas przez góry. W piątym dniu wędrówki wszedłem na szlak dawnych szpitali. Startowałem z 200 m n.p.m. i musiałem wspiąć się na wysokość 1200-1400 m n.p.m.

 

Pamiętam jedno bardzo trudne podejście - strasznie strome, prawie pionowe. Ruszyłem bardzo szybko, chciałem zaatakować ten szczyt i zdobyć go za jednym zamachem, nie zatrzymując się. I jestem już prawie na górze, czołgam się właściwie, ale czuje, że nie daję rady - nogi mi się trzęsą, uda pieką, nie mogę złapać oddechu.

 

Pamiętam co poczułem, kiedy postawiłem ostatni krok. Od razu usłyszałem w głowie słowa piosenki "I believe I can fly". Jeszcze chwilę wcześniej byłem wykończony, a nagle kiedy stanąłem na szczycie poczułem się wolny, jakbym mógł latać.

 

Być fighterem

 

Jak mawia ksiądz Jacek Stryczek, przywódca Szlachetnej Paczki - góra stoi i ona się nie zmienia. Ale jak człowiek na nią wejdzie, to on się zmieni. Na Camino zmieniasz się z każdym kilometrem, każdym kolejnym odciskiem. Dla mnie dużo cięższe było zejście ze szczytów, niż ich zdobywanie. Któregoś dnia schodziłem cały czas w dół, przez 6 kilometrów. Znów rozwaliłem sobie stopy - odciski popękały, zrobiły mi się rany, były całe zakrwawione. Jeden z napotkanych pielgrzymów był lekarzem i zaproponował, że opatrzy mi stopy:

- Przejść jeden dzień z takimi ranami to jak przejść całe Camino. Wiem, że jesteś "fighterem". To widać po tobie - zaciskasz zęby i po prostu idziesz dalej, nie poddajesz się. Ale czasami trzeba sobie odpuścić, zrobić dzień wolnego.

 

Umieć odpuścić

 

To była dla mnie największa lekcja na tym Camino - żeby odpuścić, wrzucić na luz. A ja przecież nigdy się nie poddaję, zawsze walczę do końca. Zrobiłem sobie dzień przerwy, nabrałem energii, dystansu. Choć nie było łatwo wstawać rano i patrzeć jak inni idą dalej. Przecież na tym polega Camino, że się idzie. Jedyne co trzeba zrobić to wstać rano i iść. Nie potrzeba ci niczego więcej, bo całą resztę dostaniesz na trasie - jedzenie, schronienie. Ty musisz po prostu iść.

 

I kiedy patrzysz jak wszyscy ruszają w dalszą drogę to zdajesz sobie sprawę, że Camino to nie tylko droga, Camino to życie.  I tak jak w życiu - czasem musisz się po prostu zatrzymać. To czas, aby wejść w głąb siebie i przyjrzeć się światu.

 

Patrzeć i dostrzegać

 

Kiedy byłem wolontariuszem Szlachetnej Paczki nauczyłem się, że prawdziwa bieda jest cicha, nie rzuca się w oczy. To może być twój sąsiad. Mijasz go codziennie na ulicy w drodze do sklepu albo na przystanek i nawet nie wiesz, jaką historię w sobie skrywa. Jedna z pierwszych rodzin, jaką odwiedziłem jako wolontariusz Paczki, mieszkała 3 kamienice od mojego domu. 3 kamienice dalej. Ale w swoim mieszkaniu nie mieli podłogi, wanna była zardzewiała, generalnie wyglądało to jak miejskie slumsy. Ale ci ludzie nie narzekali. Jedyne, czego potrzebowali, to trochę uwagi, chwili rozmowy.

 

I tak samo jest na Camino. Mówi się, że podczas tej drogi uczysz się dużo więcej niż w ciągu całego roku w swojego życia. Bo na Camino przyjmujesz bardzo dużo dobra. Ciągle ktoś podchodzi do ciebie, klepie po ramieniu i pyta "que tal?". I uczysz się, że nawet jak cię boli to nie narzekasz, tylko mówisz "muy bien" czyli bardzo dobrze. Camino to nie jest tylko droga. To są ci wszyscy ludzie, których spotykasz, te wszystkie twarze, ich historie. Najważniejsze jest spotkanie ze sobą i z drugim człowiekiem.

 

Przystajesz gdzieś po drodze na sok albo na zimne piwo, siadasz obok nieznajomego, zaczynacie rozmawiać. I nagle ktoś opowiada ci jak 13 lat temu lekarze zdiagnozowali u niego raka. Dawali mu maksymalnie 2 lata. On powiedział, że w takim razie wypisuje się ze szpitala, nie chce się leczyć, chce po prostu żyć. Powiedział sobie, że będzie jadł codziennie czosnek, pił kieliszek wina i będzie cieszył się życiem. Po paru latach poszedł do lekarza i się okazało, że rak zniknął. Na Camino poszedł, by celebrować dane mu drugi raz życie.

 

Doceniać

 

Po takiej rozmowie wstajesz i znów wyruszasz w drogę. Każdy krok znów sprawia ci potworny ból, ale myślisz o tym, jak bardzo się cieszysz, że możesz tu być. Zastanawiasz się nad swoim życiem. Zaczynasz dostrzegać, ile dobra spotyka cię nie tylko na trasie Camino, ale każdego dnia. Wystarczy tylko się na nie otworzyć.

 

Tak jak wtedy, kiedy jako student bardzo potrzebowałem pracy, bo kończyły mi się pieniądze. Miałem papiery ratownika, więc chciałem zahaczyć się na uczelnianym basenie. W sekretariacie dyrekcji ośrodka powiedziano mi, że nie szukają nowych pracowników. Wtedy w otwartych drzwiach gabinetu stanęła dyrektorka.

 

— Proszę, niech pan wejdzie do gabinetu - powiedziała, zapraszając mnie gestem do środka. - Co pana sprowadza?
— Jestem ratownikiem, szukam pracy.
— Co prawda nikogo teraz nie szukamy, ale ja dla pana coś znajdę.
— Ale podobno nie ma pracy.
— No nie ma, ale ja panu załatwię, powiedzmy, po znajomości.
— Ale… ja pani nie znam.
— Ale ja pana znam.
— Skąd?
— Bo ja z mężem robiłam Szlachetną Paczkę. I widziałam pana wczoraj w magazynie, był pan w takiej czerwonej koszulce wolontariusza.

 

*

Rozpoczęła się rekrutacja wolontariuszy SZLACHETNEJ PACZKI i AKADEMII PRZYSZŁOŚCI. Tylko tam, gdzie teraz znajdą się wolontariusze, Paczka i Akademia będą mogły dotrzeć do potrzebujących. Podejmij wyzwanie. Wejdź na www.superw.pl i zostań wolontariuszem Szlachetnej Paczki lub Akademii Przyszłości.