Z pamiętnika perfekcjonistki

Maja Moller
data23.09.2017 09:42

(fot. shutterstock.com)

Jest super. Jest idealnie - do czasu. Bo w pewnej chwili, gdy pojawia się o jedno zadanie zbyt dużo, okazuje się, że jednak jestem nie super mamą, nie perfekcyjną panią domu, a zwyczajnym człowiekiem. W dodatku takim, którego potrafi wyprowadzić z równowagi jeden SMS albo rzucona przez męża neutralna uwaga...

 

To był dzień, w którym po raz kolejny udowodniłam sobie i światu, że potrafię. Umiem schować zmęczenie do kieszeni - poskładać je dokładnie i odłożyć na później, gdy będę mogła już okazać słabość. Umiem robić pięć rzeczy na raz, ogarniać odrabianie lekcji (o matko, skąd w zeszycie pojawiły się słowa "durzy bót"?!), poszukiwanie zagubionych klocków lego (zazwyczaj odnajdują się pod moją stopą) i gotowanie kilku dań jednocześnie, jak wczoraj, gdy spodziewaliśmy się znajomych. 

 

Nie daję się pokonać takim drobiazgom, jak rosnący bałagan i pojawiające się znikąd dziecięce marudzenia. Odkrywam nawet nowe rzeczy - na przykład to, że pieczona papryczka chilii również jest ostra i że nawet jeśli umyje się ręce, trzeba być odważnym, żeby odragniać nimi włosy, które wpadły do oka…

 

 

(fot. Chrześcijańska Mama) 

 

Jest super. Jest idealnie - do czasu. Bo w pewnej chwili, gdy pojawia się o jedno zadanie zbyt dużo, okazuje się, że jednak jestem nie super mamą, nie perfekcyjną panią domu, a zwyczajnym człowiekiem. W dodatku takim, którego potrafi wyprowadzić z równowagi jeden SMS albo rzucona przez męża neutralna uwaga.

 

Zamieniam się wtedy w równie perfekcyjnego jak wszystko, co próbuję zrobić mistrza ciętej riposty. I żałuję tego już kilka sekund później, gdy słyszę swoje słowa i dosłownie czuję, jak przez nie zagęszcza się domowa atmosfera.

 

Sprawdź, którym z 8 typów perfekcjonistów jesteś >>

 

Wtedy uświadamiam sobie, że bycie mistrzem ciętej riposty to żadna szuka. Przez długi czas wydawało mi się, że jest inaczej. Mieć odpowiedź na każdą zaczepkę - to wydawało mi się oznaką siły. Nie doprowadzać do sytuacji, w których ktoś mógłby mnie przegadać i mieć ostatnie zdanie. I napawać się iluzją pewności siebie, jaką się wtedy zyskuje.

 

Wygrana walka na słowa to żadna sztuka

 

To jednak żadna sztuka. Walczyć na słowa i wygrywać - to nic takiego. Przyjmować atak i rozbrajać rzucane w nas słowa, zamias okopywać się w swoich racjach i ranić- to dopiero wyzwanie. Wielką sztuką jest rozmawiać tak, żeby wynikało z tego dobro, a nie tylko mój dobrostan.

 

Jezus często proponuje odwrócenie porządku, jaki znamy, wprowadzając zupełnie inny: pierwsi mają być ostatnimi, a ci, którzy mają władzę, mają też służyć. Błogosławieni są nie ci, którzy w każdym sporze użyją najlepszych argumentów, lecz ci, którzy wprowadzają pokój. Również słowami.

 

A co z tymi, którzy dążą do perfekcji? Co z tymi, którzy przecież w dobrej wierze i bez złych zamiarów działają tak, alby wszystko układało się idealnie? Może tu też trzeba odwrócić porządek, jaki znamy i do którego się przywiązaliśmy? Zamiast robić wszystko na sto procent normy, pozwolić sobie na chwilę odpoczynku?

 

Zaakceptować to, że zamiast ciasta wychodzi czasem zakalec, że z porządku bardzo szybko robi się bałagan, że świat nie jest idealny i że nam do ideału daleko? Przyznać, że irytuje nas to, co irytować nie powinno, a wymuszony uśmiech sprawia, że nie możemy swobodnie oddychać. I że czasem nie wszystko potrafimy, że nam nie wyszło, że potrzebujemy pomocy.

 

Dzięki temu łatwiej będzie zobaczyć wokół siebie nie ludzi, którzy koniecznie muszą wpisać się w nasz idealny sposób patrzenia na świat, ale ludzi, którzy mają prawo do popełniania błędów. Wtedy łatwiej będzie o wyrozumiałość, a słowa pełne pokoju i zgody - na siebie i na innych - pojawią się w sposób naturalny.

 

I to dopiero brzmi jak prawdziwy ideał… 

 

Tekst ukazał pierwotnie na blogu chrześcijańska mama