Największe marzenie za kratkami? Pójść na Camino

Julia Płaneta Julia Płaneta / Przemek Śliwiński
data08.11.2018 08:00

(fot. archiwum prywatne / Przemek Śliwiński)

- Siadamy, obok nas takie dwa "żuliki". Wypytują, co tutaj robimy. Piotrek mówił, że jest byłym więźniem, że idziemy w wędrówce. Mówimy, że w dużej mierze każdy z nas robi to dla siebie. I wtedy zaczęli nas przeklinać  - o wędrówce szlakiem św. Jakuba z więźniami opowiada jeden z przewodników.

 

Julia Płaneta: Jak dowiedziałeś się o projekcie Nowa Droga?

 

To był 2015 rok. Byłem w dziwnej sytuacji życiowej. Mało zleceń, przełomowy okres programowania i tak zobaczyłem ogłoszenie do projektu. Pomyślałem sobie "okej" i wysłałem dokumenty. Porozmawiałem z panią prezes i z kierownikiem wyprawy, chcieli mnie poznać. Szybko okazało się, że mają kogoś chętnego do wędrówki. Pamiętam, że spędziłem całą noc w pociągu, przyjechałem do Lublina z Wrocławia. Mieliśmy poznać chłopaka, a on nie przyjechał. Dzięki temu zdążyłem poznać całą kadrę projektu, dużo rozmawialiśmy. Tak naprawdę do poniedziałku rana spędziłem tutaj czas, to też było ważne. Podjąłem wtedy decyzję, żeby jednak nie odpuszczać i pójść.

 

Na czym ten projekt polega?

 

Projekt zachęca do udziału osoby, które przebywają w więzieniach, zakładach karnych lub śledczych. Muszą spełnić określone warunki: wiek do 25 lat, lżejsze przewinienia, dobra opinia psychologa. Są przygotowywani do tego wyjścia tak, że na wokandzie dostają informacje o tym, że jest taki projekt. Po wyjściu z więzienia są przygotowywani przez nas na życie "po". Wędrówka jest najbardziej spektakularnym elementem, potem po powrocie wynajem mieszkania albo pokoju, kursy zawodowe, nawet znalezienie miejsca pracy. Pierwszy więzień, z którym szedłem, Piotr, po dwóch tygodniach wędrówki otrzymał wiadomość o ofercie pracy w salonie samochodowym, więc już miał w zasadzie pracę.

 

(fot. archiwum prywatne / Przemek Śliwiński)

 

Czy to projekt także dla kobiet?

 

Są kobiety. Ostatnio jedna z opiekunek, Karolina, szła w zimie z dziewczyną. Są, ale ich jest ich stosunkowo niewiele.

 

To dla nich za trudne?

 

Tego nie powiem. To też zależy, z kim się idzie, jaki ma cel ta wyprawa. Można to przejść od odcinka do odcinka, kłaść się spać i tyle. Ja byłem z tymi osobami całą dobę i to od nas zależało, jak to będzie wyglądać. Czy to będzie przygoda, która nam zostanie na całe życie, która przygotuje ich na później czy to będzie po prostu odbębnienie, odfajkowanie, dotknięcie napisu Zgorzelec.

 

A to też się zdarzało?

 

Tak, zdarzało się. Nie ukrywam, że sam miałem dużą satysfakcję w momencie, w którym podjąłem tę decyzję. Każdy się mnie pytał: Gdzie jedziesz? Do Lublina? Gdzie to jest? Nikt z nich nie był w Lublinie. Dodatkowo, idziesz z więźniami, więc na pewno coś ci się stanie. Jasne, była obawa z mojej strony, ale jednak wiele moich zawodowych i prywatnych doświadczeń polega na tym, że próbuję odważnie podchodzić do tematu.

 

Ale oni rzeczywiście siedzieli w więzieniu.

 

W więzieniu może znaleźć się każdy. Do więzienia można trafić za alimenty, za pyskowanie, za wiele innych rzeczy, za niespłacane długi, więc rzeczywiście, nie wrzucam do jednego "wora" ludzi, że to są ci "źli". Czasami jesteśmy w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Czasem to zależy od ludzi. Co by było, gdybym dzisiaj poszedł w góry, spotkał mężczyznę, wywiązałaby się między nami bójka i zabiłbym go w obronie własnej? Pewnie poszedłbym do więzienia.

 

Pewnie tak.

 

No właśnie. A czy jestem złym człowiekiem? Nie wydaje mi się. Pracuję z niepełnosprawnymi, pomagam im w codziennym życiu, rozwijam ich coachingowo, więc nie wydaje mi się, żebym był złym człowiekiem, ale może być taka a nie inna okoliczność, która spowoduje, że znajdę się w więzieniu.

 

Co ci przyniosła droga? Co w tobie zmieniła?

 

Przede wszystkim dużo pokory. Nauczyła mnie doceniania małych rzeczy, na przykład tego, że w danym momencie mamy Wi-Fi. W trakcie tych wędrówek nocowałem w wielu różnych miejscach, poznałem różnych ludzi. Kiedyś przyjmowali nas księża w domu bez bieżącej wody. Po drodze spotkaliśmy się z serdecznością ludzi, którzy nas częstowali kawą, herbatą, posiłkiem. To wszystko sprawiało, że nie zwracało się uwagi na inne niedogodności.

 

A z drugiej strony okazuje się, że na co dzień wiele nie trzeba. Nie trzeba wiele, żeby być uśmiechniętym i szczęśliwym, naprawdę się cieszyć z tego, co się ma. Na pewno ważne były dwa momenty życia, w których poszedłem w tę wędrówkę. Pokazały mi, że mogę spokojnie opuścić dom na 30 dni i nic się nie stanie, świat się nie zawali. W drugiej wędrówce moja partnerka była w ciąży i będąc pod Opolem, dostałem telefon, że jest duże podejrzenie zespołu Downa. Było szybkie pytanie: czy mam wracać? Po krótkim przemyśleniu doszedłem do wniosku, że to nic nie zmieni, że nic nie zrobię. Podjęliśmy decyzję, że nie robimy więcej badań, zobaczymy, co będzie dalej, poczekamy. Dzisiaj mamy dziecko, z którym jesteśmy szczęśliwi, bardzo je kochamy.

 

Będąc wsparciem dla Piotra czy dla Kamila, widziałem, że te osoby są różne. Każdy z nich potrzebuje czegoś innego, więc zauważyłem, że jestem osobą bardzo elastyczną. Próbuję się dopasować zawsze do tego, co mam zrobić. To też jest ciężka codzienna praca. Po pierwszej wędrówce schudłem 11 kg, Piotrek był dużym mężczyzną i kiedy chciałem mieć święty spokój, oddawałem mu jedzenie. On jak był głodny, to był zły i wkurzający. Wolałem mniejsze zło w tym przypadku. Na początku drugiej wędrówki powiedziałem, że od nas będzie zależeć to, jak to wszystko będzie wyglądać: albo będziemy szli do celu albo będziemy chodzić do domów, jak jesteśmy głodni i pytać, czy nam coś dadzą. Brać, co nam dadzą, przecież to nie jest głupio prosić o pomoc.

 

Idziecie bez pieniędzy i bez noclegów?

 

Mamy budżet, ale wyobraź sobie sytuację, w której na przykład nie ma bankomatu. Ja wyszedłem w jedną i drugą wędrówkę z takim założeniem, że jestem równy dla Kamila i Piotra, nie mam więcej pieniędzy. Ja tak naprawdę nie wziąłem nic więcej. Chciałem być taki sam jak oni. Jedliśmy to samo, piliśmy to samo, spaliśmy w tych samych miejscach. Często pojawiało się pytanie: Które wolisz łóżko? I na przykład dzisiaj ja wybieram to. Traktowaliśmy się na równi, nie widzę innej opcji.

 

Zdarzały się różne sytuacje, na przykład okazało się, że przelew nie doszedł, ktoś straszy nas policją. Nieraz się pogubiliśmy, nie było pieniędzy, zasięg w telefonie był słaby, trzeba było inaczej planować. To też uczyło pewnych rzeczy i mnie i Piotra.

 

Czy zawsze się idzie tą samą trasą?

 

Nie, nigdy nie ma tej samej trasy, trasy się trochę zmieniają, podobnie noclegi. Ta sama droga na tych samych odcinkach nigdy nie będzie taka sama.

 

A gdzie nocowaliście?

 

U księży, w przedszkolach, w domach pielgrzyma, czasem w hostelach, prywatnych kwaterach. Pamiętam pierwszy nocleg z Piotrem, przyjęli nas prywatni ludzie, znajomi z kadry projektu. Siedzimy, jemy obiad z dzieciakami i nagle dzieciak pyta: "A co się je w więzieniu?" i już jest wesoło. Spaliśmy też bez bieżącej wody u najlepszego księdza w Polsce, który mieszka sam. Gotuje, sprząta, remontuje, jeździ traktorem - świetnie sobie radzi. Z Kamilem ugotowaliśmy mu obiad.

 

(fot. archiwum prywatne / Przemek Śliwiński)

 

A to nie generowało konfliktów? Niby jesteście na równi, ale tak naprawdę on wie, że ty tak normalnie zarabiasz, masz normalne życie, a on nie i nie wie, czy będzie miał.

 

Moją historię życiową opowiadam osobom, z którymi wyruszam. Oni wiedzą,  że mam za sobą przeszłość. Też byłem karany, nie siedziałem w więzieniu, ale miałem wyrok, spowodowałem wypadek, również byłem wielokrotnie bezrobotny. Nie jest tak, że dzisiaj mam wielkie pieniądze i jestem panem. Opowiadam im o tym. Oni to widzą, że nie każdy ma piękne życie, do tego trzeba dojść ciężką pracą. Po drodze poznają też bardzo wielu ludzi, którzy mają dużo, ale nie otwierają drzwi. A ci, którzy mają mało, robią nam jajecznicę z ostatniego jajka. Tak, mogą mieć roszczenia do wielu rzeczy. Mogą codziennie mieć roszczenia i skończyć z jednym wielkim roszczeniem, a mogą to wykorzystać inaczej. Na przygotowanie do życia.

 

A mają roszczenia?

 

Pewnie, że mają. Nie było ciepłego obiadu, a miał być. Wyruszając w drogę, mamy określone zasady. Jakie jest moje zadanie, obowiązki, ale też, co nam przysługuje. Teraz pytanie, czy będziemy krzyczeć, płakać, dzwonić do oddalonych o ponad 300 km ludzi? No i co? Przyjdą tu i dadzą ci to jedzenie? Czy po prostu będziesz kreatywny i spróbujesz coś zrobić? Ja starałem się z mniejszym lub większym skutkiem tłumaczyć, że mogą mieć pretensje, tylko co im to dzisiaj da. Były wyrzucane emocje, ale później pojawiało się docenienie.

 

Jaka była najlepsza historia?

 

Jedna? Nie da się. Na pewno nie. To, co wielokrotnie wszystkim opowiadam, co pozostanie mi w pamięci. To jest związane z wiarą w Boga, ale myślę, że przede wszystkim z wiarą w człowieka. W pierwszej wędrówce był taki odcinek, 43 km, bardzo długo. Po drodze idziemy do sklepu, kupujemy batony energetyczne, siadamy, obok nas takie dwa "żuliki". Wypytują, co tutaj robimy. To jeszcze nie był moment, kiedy Piotrek mówił, że jest byłym więźniem, on sam potem podjął decyzję. Mówimy, że idziemy w wędrówce, a oni pytają: "Po co to robicie?". W dużej mierze każdy z nas robi to dla siebie. "Nie robicie tego dla kogoś, dla fundacji jakiejś, dla jakiegoś chorego dziecka?" Nie, my to robimy dla siebie. I wtedy zaczęli nas przeklinać. Facet się zatoczył, prawie rozwalił sobie głowę. Pomogliśmy mu wstać, on nas odpychał, wyganiał. Na chwilę straciłem szacunek do samego siebie po tej akcji.

 

(fot. archiwum prywatne / Przemek Śliwiński)

 

Było wiele fajnych historii, czasem dzwonił do mnie kierownik wyprawy i mówił: "Tutaj nie ma noclegu, tam też nie, tu nie ma szans", nie mamy gdzie spać. Nagle okazuje się, że moja znajoma jest w okolicy i może nam pomóc. W jednej miejscowości tak mnie bolała noga, że kiedy uklęknąłem do komunii, to nie mogłem wstać, ksiądz mi pomógł.

 

A co było najtrudniejsze?

 

Rutyna i codzienność. Codziennie patrzyło się na nogi. Codziennie widziało się tę samą twarz. Dawaliśmy sobie oddech, czasem szliśmy w ciszy cały dzień. Codzienność, którą przez te wszystkie dziwne historie staraliśmy się urozmaicać, bo inaczej byśmy zwariowali. To było trudne. Przejść codziennie trzydzieści parę kilometrów i pierwsze co zrobić, to wziąć prysznic. Nie chciało się, później trzeba było coś zjeść, wyprać rzeczy. Codzienność tych rytuałów. Trzeba to było robić na śmiechy, czyli wykorzystało się na przykład kijki do chodzenia jako wieszaki. Trzeba było urozmaicać tę codzienność.

 

Jak przygotowywałeś się do roli opiekuna? Na czym ona polega?

 

Moim zadaniem jest przede wszystkim bezpiecznie doprowadzić tę osobę z Lublina do Zgorzelca, do punktu B, ale też wypracowywać umiejętności społeczne, pomagać w tym, aby ta osoba przede wszystkim wiedziała, czego chce, a czego nie chce. Byłem odpowiedzialny za planowanie trasy i kolejnych noclegów. Pamiętam, jak raz Piotrkowi rano w jego urodziny oddałem mapę i powiedziałem "Ty prowadzisz". Szliśmy w dwumetrowej kukurydzy, wpław przez rzekę, zgubiliśmy się totalnie. Piotrek do mnie zadzwonił po dwóch miesiącach i powiedział, że to były jedne z najlepszych urodzin w jego życiu, bo mógł sam o czymś decydować.

 

Tej roli nie da się jednoznacznie określić, bo szedłem z bardzo różnymi osobami. Kamil mi powiedział, że chciałby zdobyć pewność siebie. Podziękował mi i powiedział, że to ma, tuż przed końcem wędrówki. Z kolei Piotr nie do końca wiedział, czego chce, mówił coś o słomianym zapale. Różni bywają. Jedni chcą przejść, bo chcą jak najszybciej wrócić do domu, trzeba im to umożliwić, więc nie można określić jednoznacznej roli.

 

Każdy może zostać opiekunem czy trzeba spełnić określone warunki?

 

Trzeba spełnić określone warunki. Odpowiedni wiek i doświadczenie. Jednym z naszych weteranów jest Jacek, który żyje z chodzenia, jest pielgrzymem. On nie ma nic wspólnego z psychologią. Nieraz są to historycy, nauczyciele, trzeba mieć jednak miesiąc wolnego.

 

Jak się dogadywałeś z podopiecznymi?

 

Najśmieszniejsze jest to, że często przyjeżdżamy z drugiego końca Polski i wyruszamy w miesięczną wędrówkę z obcym człowiekiem. Dogadywaliśmy się bardzo różnie, były sytuacje, gdzie się po prostu zgubiliśmy, były pretensje, trzeba było wziąć mapę i prowadzić. Ja jestem osobą otwartą i to też jest warunek. To nie jest proste, żeby spędzić z kimś tyle czasu, przejść tyle kilometrów i nie zwariować w międzyczasie. Towarzysząc tej osobie w wędrówce, przygotować ją do życia. To też trzeba mieć pewnego rodzaju umiejętności. Czasem trzeba zacisnąć zęby, czasem trzeba być bardziej asertywnym, a czasem trzeba podejść z uśmiechem i dystansem do siebie. Mnie ten czas nauczył dużo dystansu do siebie, do świata.

 

A nie traktowali cię jak wroga, bo ich kontrolujesz, tego nie mogą, tamtego nie mogą?

 

Każdy z nas, opiekunów, ma swój styl. Oczywiście, był pewien regulamin. Kiedy twój podopieczny idzie środkiem ulicy, rozmawia przez telefon i gestykuluje, to wiadomo, że to jest niebezpieczne. I teraz tak: albo mu zabronisz tego i on znowu dostanie zakaz, albo doprowadzisz, tak jak ja, do sytuacji bardzo niebezpiecznej, że on powie: "Ja już więcej nie będę dzwonił". Chcę, żeby to oni sami podejmowali decyzje. Chcę, żebyśmy obydwoje tworzyli tę wędrówkę. Nie może być tak, że ja mówię to możesz, tego nie możesz. Ta osoba wyszła z więzienia i tam miała to samo. Ja mam takie podejście, ale może być inne, które też przyniesie efekt. Nie wszyscy się z moim podejściem zgadzają.

 

Jak masz urlop, to czemu nie pojechać na Hawaje? Poświęcasz swój wolny czas.

 

Trzydzieści dni to były z mojej strony dwie niesamowite przygody. Teraz tak, jedziesz na Hawaje, wrzucisz zdjęcia na Facebooka, pochwalisz się, okej, ale ja wolę to. To mnie bardziej kręci. Dla mnie te dwie wędrówki to coś, co mi zostanie na całe życie, pamiętam każdy dzień, tyle niesamowitych sytuacji, ja tam dałem 100% z siebie. Dzisiaj rozmawiamy, a ja mam wrażenie jakby to było wczoraj, tak głęboko tego typu rzeczy siedzą. Wyobraź sobie, że oni byli w więzieniu jakiś czas, co oni przeszli.

 

Oni o tym mówią?

 

Tak, Kamil bardzo otwarcie o tym rozmawia.

 

A czy są tacy, którzy przerywają drogę i nie idą dalej? 10 dni i koniec?

 

Nie słyszałem o tym, ja miałem duży komfort, że szedłem w świetnych warunkach pogodowych. Pierwsza wędrówka - zero deszczu, miałem dość słońca. Jak padało, to wieczorem. Druga wędrówka - po prostu bajka. Jedna maj-czerwiec, druga wrzesień, więc teoretycznie mógł być deszcz, ale nie było, inni szli w bardzo różnych warunkach. Ja mam o czym opowiadać, ale również dzięki temu, że miałem niesamowitą pogodę i mogłem sobie na pewne rzeczy pozwolić. Mogłem wyjść o ósmej, dziewiątej, dziesiątej i dojść o dwudziestej.

 

Czy wędrówki są też w zimie?

 

Bywały też, one są trudniejsze pod względem fizycznym. 

 

Czy zaczynacie od mszy? Macie opiekę duszpasterską?

 

Wielokrotnie zadawano mi pytanie, co z wiarą w Boga w kontekście tej całej wędrówki. Idę jako pielgrzym, mam paszport pielgrzyma, wierzę w Boga, zawsze na pierwszym miejscu będzie drugi człowiek. Nie zmuszałem nikogo, żebyśmy poszli na Mszę świętą, ale ksiądz zawsze błogosławi pary wychodzące. Po drodze spotykaliśmy różnych księży. Jedni odmawiali noclegu, inni oddawali ostatnie jedzenie. Nie mieliśmy stałej opieki duszpasterskiej.

 

(fot. archiwum prywatne / Przemek Śliwiński)

 

A czy podczas wędrówki w rozmowach pojawiały się wątki związane z wiarą?

 

Pojawiały się, dlatego że kościoły były naszymi punktami odniesienia, kościoły i sklepy. Kościół nieraz oznaczał nocleg, przynosił ulgę. Ja nie przymuszałem nikogo do uczestnictwa w mszach świętych, na początku nawet nie chcieli wchodzić do kościoła, potem staraliśmy się zaczynać albo kończyć dzień od mszy świętej.

 

Ale pewnie było czasem tak, że ty szedłeś na mszę a on nie? Mogliście się tak rozdzielać?

 

Jasne, to jest nawet wskazane, żeby trochę odpocząć od siebie. Dla mnie chyba najlepszy nocleg i najlepsze miejsce to wtedy, kiedy ksiądz po nas przyjechał. Dojeżdżamy na miejsce, a tam oczko wodne, drugie, trzecie, w środku pralki, zmywarki, dostajesz jedzenie pod nos, otwierają ci kuchnię, pokazują domki, mówią, że tu biskupi przyjeżdżają, poszliśmy na mszę i wtedy Kamil czytał na niej Pismo Święte. 

 

(fot. archiwum prywatne / Przemek Śliwiński)

 

Utrzymujesz z nimi kontakt?

 

Tak, utrzymuję, ale przyjaźń to za duże słowo, kontaktujemy się od czasu do czasu. Kiedy poszedłem na kolejną wędrówkę, Piotrek dał mi plecak, który miał w naszej drodze.

 

Będziesz się jeszcze wybierał na wędrówkę?

 

Teraz te wędrówki są dwutygodniowe i ta koncepcja mnie nie przekonuje. Chętnie bym się jeszcze przeszedł w taką długą wędrówkę, dały mi bardzo dużo.

 

Czyli idziesz dla siebie?

 

Tak, idę przede wszystkim dla siebie.

 

To po co druga osoba?

 

Bo jestem towarzyski i otwarty. Podczas pierwszej wędrówki pamiętam dosłownie dwa dni ciszy, a tak to cały czas gadaliśmy, i ja to lubię. Dzisiaj wiem, że nie potrzebuję i nie chcę trzydziestu dni samemu.

 

Co jest najważniejsze w takiej wędrówce? Co byś poradził osobie, która chce spróbować?

 

Bądź odważna w każdym względzie. Jeśli ktoś ci da coś do picia albo coś do jedzenia, czego nie znasz, wypij albo zjedz to. To może być jedyny posiłek w ciągu dnia. Wiesz co jest w takich warunkach niesamowicie istotne? Nieprzewidywalność. Masz zaklepany nocleg, dzwoniłaś, masz pieniądze, ale nagle pieniądze zgubiłaś, na miejscu noclegowym nie ma miejsc. Bądź odważna pod każdym względem, jeśli będzie możliwość wyboru trasy, to idź za tym, to twoja decyzja. Sama ta droga to jest podejmowanie decyzji. Druga rada to: doświadczaj na maksa. Nie bój się doświadczać.

 

Więcej o projekcie Nowa Droga możecie dowiedzieć się TUTAJ.

 

Przemek Śliwińskicertyfikowany coach, asystent osób z niepełnosprawnościami, trener aktywności. Od kilku lat wspiera, aktywizuje i motywuje osoby wykluczone społecznie. Miłośnik gór i gotowania. Autor nowatorskiego projektu "4 dni do celu", prowadzi stronę Przemek Śliwiński - Coach, Trener Mentalny

 

Julia Płaneta - dziennikarka i redaktorka portalu DEON.pl, prowadzi bloga wybieramymilosc.pl