4 powody kłótni z mężem. O nieporozumieniach bez sensu

Marta Barnert-Warzecha
data30.11.2018 07:03

(fot. shutterstock.com)

Taka sytuacja. Mąż wraca z pracy. Ledwo zdjął buty, a ja podekscytowana mówię, że zaczęłam czytać książkę o rozwoju emocjonalnym dzieci. Zaczynam opowiadać, a kiedy biorę oddech, on mówi: "Dobra, to ja idę po prysznic". No i wtedy się zaczyna. Moja mina wygląda zabójczo, a to dopiero początek...

 

Potem nastąpił prawdziwy wybuch w stylu: "Ja mówię do ciebie o czymś tak ważnym jak rozwój naszego potomstwa; inwestuję czas, żeby się czegoś dowiedzieć, a ty co? W ogóle mnie nie słuchasz. Kiedy ostatnio ty przeczytałeś cokolwiek na temat dzieci? Mógłbyś chociaż docenić to, że chcę nas edukować i zainteresować się trochę".

 

W tym artykule przeczytacie nie tylko o powodach małżeńskich kłótni, ale też o sposobach radzenia sobie z nimi.

 

Duży wykrzyknik. Foch. Idę do drugiego pokoju i udaję, że jestem bardzo zajęta, kiedy on wchodzi z małą na ręku. Jako, że w mądrej książce dowiedziałam się, że muszę rozsiewać dobre emocje wokół dziecka, uśmiechając się słodko do Leili, cedzę dalej przez zęby moje zarzuty pod adresem małżonka. Jest śmiesznie (chociaż wtedy tak tego nie widziałam).

 

Po tym jak już łaskawie pozwoliłam mu dojść do głosu, okazało się, że:

 

1) Wybrałam zły moment

 

Zamiast poczekać, aż trochę odsapnie i zrelaksuje się po długim dniu pracy, zbombardowałam go informacjami, oczekując, że odbędziemy satysfakcjonującą (dla mnie) konwersację na temat połączeń neurologicznych w mózgu niemowlaka. Ale przecież to, że ja miałam ochotę na ten temat rozmawiać, wcale nie oznacza, że on miał.

 

Albo że powinien mieć. Przypomniał mi, że było wiele momentów, kiedy on chciał o czymś porozmawiać, ale mi ciężko było aktywnie słuchać, bo akurat byłam pochłonięta czymś innym albo po prostu nie miałam do tego głowy.

 

Na początku naszego małżeństwa często mi się zdarzało wybierać zły moment do poważnych rozmów, co potem kończyło się na moim wielkim żalu pt. ‚ty nigdy nie mnie słuchasz’. Teraz (choć jak widać, zdarza mi się ciągle o tym zapominać), staram się zaczynać takie rozmowy, kiedy wiem, że mój mąż nie jest zmęczony, głodny albo pochłonięty czymś… Brzmi jak poradnik dla dobrych żon z 1950? Wcale nie.

 

To po prostu zdrowy rozsądek, szacunek do drugiej osoby i znajomość gatunku ludzkiego (czyt. męskiego). Przecież nie poszłabym do szefowej prosić o awans, kiedy akurat odbywa naradę z zarządem, prawda? Poczekałabym na odpowiedni moment, kiedy jest sama, nie je właśnie lunchu i jej sekretarka mówi, że ma dobry humor!

 

2) W emocjach, z góry założyłam najgorsze

 

To, że nie chciał na ten temat w danej chwili rozmawiać, wcale nie oznacza, że rozwój naszej córki go nie obchodzi. Jak już nie raz pisałam, należę do tej grupy szczęśliwych pań, które mówią szybciej niż ich głowa zdąży się zastanowić nad treścią wypowiedzi… Pracuję nad tym, jest już na pewno lepiej niż kiedyś, ale nie przychodzi mi to z łatwością. Od razu włączyłam w głowie alarm - on ma gdzieś to, co mówisz i ruszyłam do ataku, zamiast najpierw zadać sobie pytanie, dlaczego on tak zareagował?’ Albo jeszcze lepiej  - zadać jemu to pytanie! Proste, nie? Gdybym tak zrobiła, na spokojnie wyrażając swoje emocje i mówiąc mu, że jego reakcja trochę mnie zraniła - pewnie inaczej potoczyłaby się ta rozmowa.

 

Okazało się, że za reakcją mojego męża stał pewien powód. Kiedy już pozwoliłam mu go wyjawić, mogliśmy spokojnie porozmawiać i wyszła z tego całkiem ciekawa konwersacja.

 

Jeśli zawsze będę zakładać, że mój mąż wcale nie ma złych intencji, to o ile łatwiejsza i przyjemniejsza będzie nasza komunikacja! Gdyby się nad tym zastanowić, to T. najprawdopodobniej nie zaczyna ze mną rozmowy, myśląc sobie - muszę ją tym razem jakoś skrzywdzić! Być może rzucił coś, czego do końca nie przemyślał albo zrobił coś, bo myślał, że tak będzie dobrze… Ale jeśli w jego zachowaniu będę się zawsze doszukiwać dobra i dobrych intencji (np. tego, że chce się ze mną porozumieć, ale może nie potrafi znaleźć odpowiednich słów) - to ile razy unikniemy kłótni albo niepotrzebnego zranienia?

 

Jeśli w głowie i sercu będę cały czas mieć ten fakt, że celem mojego męża nie jest zranienie mnie - to nie będę wrogo reagować na jego słowa czy zachowania, które w jakiś sposób mnie dotykają. Mogę wtedy się zatrzymać i pomyśleć: OK, on przecież nie powiedział tego, żeby celowo mnie zranić, więc nie muszę reagować krzykiem ani płaczem. Mogę mu za to spokojnie uświadomić, że to co powiedział mnie dotknęło i spróbować o tym porozmawiać.

 

Niech każdy z was będzie szybki do słuchania, a powolny, jeśli chodzi o mówienie i wybuchanie gniewem. (Jakuba 1,19)

 

3) Moja reakcja była oparta na wcześniejszym zranieniu

 

Macie tak czasem, że coś bardzo małego może spowodować u was wielki wybuch, zupełnie nieadekwatny do zaistniałej sytuacji? Często dzieje się tak dlatego, że pewne słowo, zachowanie drugiej osoby, przywołuje nam na myśl jakąś starą sprawę - coś, co im już wybaczyliśmy, ale co nagle wraca do nas.

 

I ten cichy głos, który mówi nam: "widzisz, on znowu to robi. Nigdy się nie zmieni. Mam już tego dosyć’. Stop. Nie rób tego. Nie idź do kosza na śmieci i nie wyciągaj z niego starych brudów. Nawet w twoich myślach. To co było, było i nie powinniśmy patrzeć na naszego męża przez pryzmat wcześniejszych błędów - mimo, że to bardzo trudne.

 

Mimo, że bardzo kuszące, takie nastawienie tylko sprawi, że ciężej będzie nam obiektywnie spojrzeć na obecną sytuację i szybko z niej ‚wyjść’. Ja bym bardzo chciała, żeby T. traktował każde moje nowe ‚przewinienie’ jako coś, co się nigdy wcześniej nie wydarzyło. Wolałabym, żeby nie zapisywał sobie w głowie każdego mojego przykrego słowa, po to, żeby w odpowiednim momencie powiedzieć mi: ‚Mam cię dosyć, bo już 12 razy w tym miesiącu byłaś dla mnie niemiła’.

 

Jeśli bowiem wybaczycie innym ich zło, to i wam wybaczy wasz Ojciec w niebie. Lecz jeśli nie wybaczycie, i On wam nie wybaczy. (Mat 6:14-15)

 

4) Zapomniałam o łagodności

 

Łagodne podejście to coś, o co modlę się już o dłuższego czasu. W takich sytuacjach jak ta powyżej zdarza mi się wracać do starej siebie: tej naskakującej na męża kiedy tylko usłyszę coś, co jest nie po mojej myśli. Chcę być kobietą, która swoim sposobem bycia zaprasza.

 

Zaprasza do piękna, które uspokaja. Przynosi ulgę. Do odpoczynku. Do bliskości. Do piękna, które mówi, że wszystko będzie dobrze…

 

W końcu T. poprosił mnie, żebym dokończyła mój wywód. Zaczęłam więc przytaczać to, czego się dowiedziałam - jak ważny jest fizyczny dotyk, ciepło, akceptacja i pozytywne emocje, jakie roztaczamy wokół dziecka - i jaki wielki wpływ mają na jej rozwój emocjonalny i późniejsze dorosłe życie. Mój mąż wysłuchał spokojnie, po czym powiedział: "Nooo, czyli mamy ją po prostu kochać i dużo przytulać? Przecież to oczywiste". No i jak tu się dalej z takim kłócić?!

 

Tytuł i lead pochodzą od redakcji

Wpis pierwotnie pojawił się na blogu Żona&Mąż