Nie przegapmy tych momentów, w których odkrywamy nasz kierunek

Marek Kamiński
data12.06.2019 09:00

(fot. Dariusz Kobucki / Studio Inigo)

"Jeżeli negatywne doświadczenia nas nie zatrzymają, w końcu natrafimy na swoją Północ. Zwykle nie dzieje się to od razu. Sam odkrywałem świat małymi krokami" - pisze Marek Kamiński.

 

Jeżeli negatywne doświadczenia nas nie zatrzymają,
w końcu natrafimy na swoją Północ.


Mamy cały wachlarz możliwości i wiele przykładów, które prowadzą nas w różnych kierunkach. Jak odnaleźć ten najwłaściwszy, trafić na swoją Północ i odkryć ją tak, jak ja to zrobiłem? Myślę, że kiedy natrafiamy w naszych poszukiwaniach na swój kierunek, osiągniemy harmonię, czyli coś, czego tak naprawdę szukamy, choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Możemy to nazwać również poczuciem spełnienia czy szczęściem. Doświadczamy tego uczucia tylko w pewnych momentach. Udało nam się czegoś dokonać, ominęło nas coś złego albo spotkało coś wyjątkowo dobrego - w takich chwilach jesteśmy szczęśliwi. Dostrzegamy to, gdy pozostajemy wystarczająco uważni i wsłuchujemy się w siebie. Dlatego ważne jest nie tylko obserwowanie świata, ale także zrozumienie, że stanowimy jego część i musimy poznać nas samych.


Warto poznać samego siebie także dlatego, że świat stale próbuje złapać nas na wędkę i pozbawić wolności. Życie konfrontuje nas z przykrymi zdarzeniami i zastawia kolejne pułapki. Uczą one odkrywania własnych możliwości, które najlepiej poznajemy, będąc w opresji i przezwyciężając trudy.

 

Bywałem w setkach hoteli na całym świecie. Są takie, w których kasyno widać już od wejścia. W tych miejscach nie istnieje dzień i noc, pomieszczenia są odizolowane od reszty budynku i prowadzi do nich specjalna śluza. Bardzo łatwo tam skręcić, a potem zapomnieć o świecie, który znajduje się na zewnątrz. I dać się złapać w pułapkę. Kiedyś menedżer hotelu zaprosił mnie do obejrzenia takiego miejsca. Wiele mnie to nauczyło.


Jeżeli negatywne doświadczenia nas nie zatrzymają, w końcu natrafimy na swoją Północ. Zwykle nie dzieje się to od razu. Sam odkrywałem świat małymi krokami. Najpierw było Maroko, które przez ślady hiszpańskiej przeszłości wydawało mi się podobne do poznanych wcześniej krajów Europy Zachodniej. Meksyk był już miejscem kompletnie obcym kulturowo. Zachłysnąłem się nim. To było jak przejście poza horyzont. Północ okazała się dopełnieniem wcześniejszych podróży i przekroczeniem wielu granic naraz. Nie było tam ludzi i wytworów cywilizacji, ale przestrzeń i natura bardzo silnie na mnie oddziaływały. Intuicja podpowiadała mi, że to coś najpełniej mojego.


Intuicja to wewnętrzny głos, któremu nie zawsze potrafimy zaufać. Nie znalazłem racjonalnych przesłanek, które pozwoliłyby powiedzieć: "To jest mój świat". Pierwsze spotkanie z Północą odbyło się na Spitsbergenie. Niczego jeszcze wówczas nie dokonałem, nie miałem wielkich planów ani polarnego przygotowania - niczego, co wskazywałoby, że powinienem tam wrócić. A jednak czułem, że to jest moje, że ta przestrzeń jest mi bliska. Zaufałem wewnętrznemu głosowi, chociaż myślę, że gdyby nie to, iż pisałem wtedy pamiętniki, pewnie bym o tym doświadczeniu zapomniał. Na Spitsbergenie spędziłem sporo czasu, to niezwykłe miejsce, ale ruszyłbym dalej i nie byłoby w moim życiu Północy.

 

Dziennik to materialny ślad naszej uważności, wsłuchiwania się w siebie. Pozwala odkryć, co jest naprawdę nasze. Pisząc, wsłuchiwałem się w swój wewnętrzny głos. Na ogół ludzie nie ufają intuicji. Bardziej wierzą temu, co mówią inni. Niektórzy twierdzą jedynie, że głos wewnętrzny ich przed czymś ostrzegł. Na co dzień nie przywiązujemy do tego większej wagi. Gdyby nie różne zdarzenia z mojego życia, podobne do poznania Północy, też bym pewnie tak postępował. Odkrycie Północy było jednak możliwe dzięki temu, że posłuchałem intuicji. To ona podpowiedziała mi na Spitsbergenie, kiedy po raz pierwszy znalazłem się w okolicach koła podbiegunowego, że to nie jest kolejne podróżnicze doświadczenie, takie jak pobyt w Meksyku.

 

To przestrzeń, w którą powinienem się zagłębić, pójść dalej. Tak odkryłem miejsce dla siebie. Przestałem nawet interesować się podróżami. Miałem wtedy szansę znów wybrać się do Meksyku, ale zrezygnowałem. Gdybym nie zaufał intuicji, zapomniał, że odkryłem swój kierunek, pewnie stałbym się turystą wędrującym od kraju do kraju, a nie tym, kim jestem - podróżnikiem, zdobywcą biegunów.

 

Miałem już wtedy firmę i choć nie pozwalała jeszcze na finansowanie dalekich podróży, mogłem zdecydować się choćby na rejs jachtem przez Atlantyk. W Niemczech, gdzie wtedy mieszkałem, istnieje bardzo rozwinięty system współpodróżowania. Jako członek załogi mogłem popłynąć nawet do Australii. A jednak wróciłem na Północ. To ważne, żebyśmy nie przegapili tych momentów w życiu, w których odkrywamy nasz własny kierunek. Na pewno w podjęciu decyzji pomógł mi przykład Nansena. Studiowałem też wtedy życiorys Ludwiga Wittgensteina, wybitnego filozofa, który w pewnym momencie porzucił wszystko i wyjechał do Norwegii, gdzie zbudował chatę i mieszkał zupełnie sam. Wydawało mi się to równie inspirujące jak jego książki. Norwegia kojarzyła mi się z Północą. Angielskie Norway to w końcu "droga na północ". Łączyło się to pewnie również z czytanymi w dzieciństwie książkami, które głęboko utkwiły w mojej podświadomości.


Tak zwróciłem się w stronę Północy. Pobyt na Spitsbergenie stał się punktem zwrotnym w moim życiu. Spotkałem tam ludzi, którzy poprowadzili mnie dalej, przede wszystkim Wojtka Moskala. Razem zostaliśmy pierwszymi polskimi zdobywcami bieguna północnego.

 

Tekst pochodzi z książki "Wyprawa".

 

Marek Kamiński - podróżnik i filozof, przedsiębiorca, mówca motywacyjny, autor książek. Jako pierwszy człowiek w historii zdobył oba bieguny Ziemi w jednym roku. Poprzednio opublikował "Idź swoją drogą"