Skrzydła Biafry

Wzrastanie Andrzej Solak / slo
data26.07.2011 12:16

Jan Zumbach, ps. Kaczor Donald - podpułkownik dyplomowany pilot Wojska Polskiego, as myśliwski Polskich Sił Powietrznych na obczyźnie. Zasłużony pilot Dywizjonu 303.
(fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, Sygnatura: 37-703-2 / Wikimedia Commons)

Z rykiem silników bombowiec rwał ku ziemi. Wymalowana na nosie samolotu rozwarta paszcza rekina była niczym zwiastun śmierci. Przed oczami pilota ukazał się pas startowy nigeryjskiego lotniska wojskowego w Makurdi. Widać było sylwetki uziemionych samolotów, podrywający się do lotu helikopter, figurki uciekających w popłochu ludzi...


Atakująca maszyna bluznęła serią z karabinu maszynowego. Zaraz potem w rozgrzaną afrykańskim słońcem płytę lotniska uderzyły bomby.


Teraz pędzący samolot poderwał się ku niebu, zatoczył krąg nad lotniskiem. Załoga przez chwilę obserwowała efekty nalotu. Na dole płomienie pochłaniały wraki dwóch samolotów transportowych i samochodu-cysterny. Z rozbitego helikoptera ludzie wynosili ciało wyższego oficera; potem okazało się, że był to szef sztabu nigeryjskich sił zbrojnych.


Bombowiec, który dokonał tego spustoszenia, własność Biafrańskich Sił Powietrznych, zawrócił do bazy. Na pokładzie maszyny wybuchł entuzjazm. Murzyńska załoga okrzykami i śpiewem świętowała udany nalot. Tylko biały pilot siedzący za sterami maszyny zachował spokój. W swoim burzliwym życiu już wielokrotnie zaglądał śmierci w oczy. Pochodził z dalekiej Europy, teraz wąchał proch w trzeciej już wojnie.

 

Drogi do wolności


Rok wcześniej przed opisywanymi tu wypadkami, latem 1966 r., Nigeria zaczęła spływać krwią. Muzułmańska i pogańska większość z plemion Hausa, Fulani i Joruba rzuciła się mordować chrześcijan, głównie katolików, z plemienia Ibo. W kilka tygodni zabito trzydzieści tysięcy ludzi!


Miliony ocalałych Ibów zgromadziło się na swych ojczystych terenach we wschodniej Nigerii. Powołali własne państwo - Biafrę.


Nigeryjski rząd federalny rzucił przeciw powstańcom ogromną armię. Uzbrojona przez Brytyjczyków, Sowietów i Egipcjan, wspierana przez cudzoziemskich instruktorów i najemników, ruszyła zdławić afrykańskich chrześcijan.


Ibowie stawili zacięty opór, jednak byli bezsilni zwłaszcza wobec ataków lotnictwa pustoszącego ich ziemie. Postanowili stworzyć własne siły powietrzne. Oprócz sprzętu potrzeba było również wyszkolonych pilotów...

 

Kamikaze Brown


Naprawdę nazywał się Jan Zumbach. Był Polakiem ze szwajcarskim paszportem. W 1940 r. walczył w Bitwie o Anglię, w sławnym Dywizjonie 303. Arkady Fiedler napisał o nim: "Był to chłop na schwał i żołnierz nieulękły".


Do końca wojny Zumbachowi uznano zestrzelenie 13 samolotów niemieckich na pewno i 5 prawdopodobnie, co dało mu piąte miejsce na liście polskich asów myśliwskich. Został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, czterokrotnie Krzyżem Walecznych, dwukrotnie brytyjskim Zaszczytnym Krzyżem Lotniczym.


Demobilizacja wyrzuciła takich jak on wojennych bohaterów na bruk. Nie powrócił do Polski rządzonej przez komunistów; wybrał dolę emigranta. Imał się różnych zajęć, nieraz sprzecznych z prawem. Jako pilot maszyny transportowej szmuglował papierosy, złoto, diamenty...


W końcu ktoś przypomniał sobie o jego wojskowych kwalifikacjach. W afrykańskim Kongo zbuntowana prowincja Katanga ogłosiła niepodległość i rozpoczęła werbunek najemnych żołnierzy, w tym lotników. Zumbach skrzyknął grupę Polaków. Przez szereg miesięcy walczyli dla obcej sprawy. Niepodległość Katangi załamała się pod naporem kongiskiej armii i oddziałów ONZ. Polscy piloci ratowali się ucieczką. Zumbach próbował ułożyć sobie życie, jednak niespokojny duch wciąż ciągnął go na szlak nowych przygód.


W 1967 r. zaoferował swe usługi Biafrańczykom. Występował pod pseudonimem "Mister Brown". Po serii brawurowych akcji stał się znany jako "Kamikaze Brown". Pilotowany przez niego bombowiec z biało-czerwoną paszczą rekina na nosie przez szereg miesięcy był jedynym (!) samolotem bojowym Biafry. Opisane na wstępie bombardowanie bazy nigeryjskich sił powietrznych w Makurdi (10 lipca 1967 r.) uznaje się za jeden z największych wyczynów Zumbacha pod afrykańskim niebem.

 

Zagłada


A tymczasem ofensywa wojsk federalnych przeciw Biafrze nie ustawała. Masowe masakry, takie jak wymordowanie trzystu chrześcijan w katedrze w Onitscha w marcu 1968 r., były zapowiedzią, co czeka lud Ibo po ponownym "zjednoczeniu".


Wkrótce nigeryjski rząd posłużył się najstraszniejszą bronią - głodem. Wprowadzono ścisłą blokadę Biafry. Niedługo potem na terenach objętych insurekcją nastąpiła prawdziwa katastrofa humanitarna. Na całym świecie z niedowierzaniem oglądano fotografie ludzi zdeformowanych głodem, żywych szkieletów oczekujących na nieubłaganą śmierć. Szacowano, że każdego dnia głód i choroby zabijały po 1000 dzieci.


Tu i tam odezwały się nieśmiałe głosy protestu, przebąkiwano coś o "tragicznych wydarzeniach w Biafrze", składano wyrazy ubolewania... Wypowiadano mnóstwo niepotrzebnych słów, z których nie wynikało nic. Jedynym argumentem jaki uznawał nigeryjski reżim, była brutalna siła.

 

Jesus Christ Airlines


Nieubłagana machina głodowego terroru pracowała bez chwili wytchnienia. Ofiary liczono w setkach tysięcy. Z pomocą mordowanym pospieszył Kościół katolicki, również niektóre wspólnoty protestanckie. Przeprowadzone zbiórki pieniędzy dały świetne efekty, dramat Biafry otwierał serca i portfele dobrych ludzi. Problemem było, jak dostarczyć tę pomoc, wobec ścisłej blokady?


Aż pojawił się pomysł, który przeszedł do historii pod żartobliwą nazwą, nadaną mu przez uczestnika tej niezwykłej eskapady: Jesus Christ Airlines - Linie Lotnicze Jezusa Chrystusa.


Przez dwa lata, niemal co noc z lotniska na Wyspach Świętego Tomasza (będących wówczas we władaniu salazarowskiej Portugalii), podrywały się do lotu ciężkie samoloty transportowe, wyładowane żywnością i lekami.

 

Przemykały pod osłoną nocy, na małej wysokości, usiłując uniknąć spotkania z nigeryjskimi myśliwcami, narażone na ostrzał z ziemi. Podchodziły do lądowania na prymitywnych lądowiskach w Biafrze, właściwie niewielkich poletkach wykarczowanych w dżungli. Oświetlenie "pasa startowego" włączano na zaledwie kilka sekund, aby uniknąć bombardowania. Jeżeli pilotowi udało się posadzić bezpiecznie maszynę na ziemi, obsługa lotniska miała 20 minut na rozładunek.


Rezultaty tej "wielkiej improwizacji" były imponujące: 5314 lotów, 60.000 ton dostarczonego zaopatrzenia, rzesza ocalonych od śmierci. Samoloty niosące pomoc zdobiło wyraziste logo - dwie ryby, jeden z najstarszych symboli chrześcijaństwa.


Piloci wykonujący te niebezpieczne misje kierowali się różnymi motywami. Latali dla idei, chcąc pomóc ludziom dotkniętym nieszczęściem, bądź z potrzeby przeżycia niebezpiecznej przygody, albo też dla pieniędzy. Jednak podczas lotu ryzykowali jednakowo. Dwudziestu pięciu zapłaciło życiem za pomoc udzieloną Biafrze.


Frederick Forsyth, sławny angielski pisarz, wówczas korespondent wojenny BBC (szybko wyrzucono go z pracy za "brak obiektywizmu", bo bez ogródek piętnował zbrodnie popełnione na Biafrańczykach) lapidarnie podsumował misje chrystusowych lotników:
"Były szalone, nielegalne i wspaniałe!"

 

Eskadra von Rosena


Chyba najbarwniejszą postacią wśród podniebnych herosów Biafry był hrabia Carl Gustaf Ericsson von Rosen. Szwedzki arystokrata i poszukiwacz przygód, w młodości podjął pracę lotnika-akrobaty w jednym z modnych wówczas "latających cyrków".


Już w 1935 r. zobaczył okrucieństwo wojny - jako pilot maszyny transportowej Czerwonego Krzyża latał z dostawami żywności i leków do Abisynii, zmagającej się z inwazją faszystowskich Włoch. Gdy cztery lata później Sowieci napadli Finlandię, hrabia von Rosen z własnej szkatuły ufundował Finom trzy samoloty wojskowe; na jednym z nich osobiście wziął udział w walkach. Potem przez szereg lat służył w cywilnym lotnictwie holenderskim, następnie w siłach powietrznych cesarza Etiopii. Dowiedziawszy się od misjonarzy o losie nieszczęsnych Biafrańczyków, ruszył im z odsieczą.


Początkowo, jak w Abisynii, latał wyłącznie z pomocą humanitarną. Jednak widząc efekty masowych bombardowań skupisk ludności cywilnej dokonywanych przez lotnictwo federalne, postanowił zrobić coś więcej.


Von Rosen chciał zakupić dla Biafry prawdziwe odrzutowce bojowe, jednak uniemożliwiło mu to międzynarodowe embargo na dostawy broni. Pan hrabia nabył więc w swej ojczyźnie pięć małych samolotów treningowych i przerzucił je do Afryki. Tutaj zainstalowano im pod skrzydłami wyrzutnie niekierowanych pocisków rakietowych 68 mm, przekształcając niewinne awionetki w improwizowane samoloty szturmowe. Te "pchły von Rosena" okazały się niezwykle kąśliwe. Pilotowane przez szwedzkich ochotników i Ibów przeprowadziły szereg zaskakujących, śmiałych ataków przeciw nigeryjskim lotniskom, niszcząc wrogie odrzutowce, helikoptery, ciężarówki wojskowe i inne obiekty. Jak obliczono, połowa z 400 rakiet wystrzelonych przez "pchły" trafiła bezpośrednio w cele, co było bardzo dobrym rezultatem.

 

Zapomniane ludobójstwo


Biafra upadła w 1970 r., po trzech latach secesji. Nikt nie wie, ilu jej mieszkańców zapłaciło życiem za marzenie o wolności. Na pewno ponad milion, być może dwa miliony, niektórzy upierają się nawet przy trzech milionach zabitych. Była to jedna z najstraszniejszych wojen, porównywalna ogromem cierpień i grozy do krwawych konfliktów w Korei i Wietnamie - a mimo to zupełnie zapomniana.


Biafrańczycy ginęli w samotności. Nie pospieszyły im z pomocą kontyngenty wojsk ONZ. Wielkie mocarstwa nie wsparły ich swymi dywizjami. Na świecie nie powstawały muzea biafrańskiego holokaustu; nie uczy się o nim na lekcjach historii.


Świat ubolewał, ale nawet nie kiwnął palcem. Ważniejsze były układy polityczne i nigeryjska ropa. Jeszcze można usłyszeć zarzut, że kościelna pomoc humanitarna "tylko przedłużyła wojnę i przez to zwiększyła cierpienia ludności"; że "kamikaze" Jan Zumbach rzekomo "zhańbił godność polskiego oficera", walcząc jako najemny żołnierz. Świat pełen jest wygadanych mądrali, którzy w obliczu zła nie robią nic, za to pełni są pretensji wobec tych, którzy robią cokolwiek.


Bo prawda jest taka, że tylko garść ludzi próbowała powstrzymać to ludobójstwo - ideowi wolontariusze i płatni najemnicy, misjonarze i lekarze, angielski pisarz, szwedzki arystokrata i polski przemytnik.


Dla umierających biafrańskich dzieci każda lądująca maszyna transportowa Jesus Christ Airlines była wybawieniem. A unoszący się na niebie samotny bombowiec z biało-czerwoną paszczą rekina, albo maleńka szturmowa "pchła" szwedzkiego hrabiego wlewały nadzieję w serca umęczonych ludzi, skazanych na zagładę przy obojętności sytego świata.

 

www.krzyzowiec.prv.pl