Panowie do pomocy

Dziennik Polski Piotr Subik / slo
data31.05.2010 14:54

Początek był trudny, miałem wątpliwości, czy się sprawdzę, czy mi psychika wytrzyma
(fot. Ciorra Photography)

Pensjonariusze Schroniska dla Niepełnosprawnych w Radwanowicach i uczestnicy Warsztatu Terapii Zajęciowej w Trzebini nie mówią "więźniowie", ani "osadzeni"; dla nich to - od dobrych kilku lat - po prostu "panowie do pomocy".

 
Są wśród nich tacy, co tylko koszą trawę, pielęgnują drzewa, malują pokoje. Są też ci, co żyją z nimi blisko: prowadzą codzienną terapię, a nawet... pomagają w załatwianiu potrzeb fizjologicznych. Dotychczas większość nie miała styczności z niepełnosprawnymi; kojarzyli się im jednoznacznie: z osobami na wózkach i z zespołem Downa. Takich widać na ulicy. Nawet, jeśli patrzy się na nią zza krat.
 
Pomysł rzucił Zakład Karny w Trzebini, a Fundacja im. Brata Alberta z Radwanowic podchwyciła go nie bez powodu; właśnie kończyła się wydatna pomoc osób odbywających zastępczą służbę wojskową. Przez to ciągle były tyły: nie nadążano z odświeżaniem sal, usuwaniem usterek, utrzymaniem ogrodu i sadu. Więźniowie więc spadli fundacji z nieba; najpierw do prowadzonego przez nią Warsztatu Terapii Zajęciowej w Trzebini. Była jesień roku 2006; były też obawy.
 
- Miałam przed oczami stereotyp więźnia: mordercy, gwałciciela, złodzieja, po prostu bandyty. Jednak z terapeutami doszliśmy do wniosku, że skoro my walczymy ze stereotypami dotyczącymi osób niepełnosprawnych, to kto, jak nie my, powinien walczyć i z obiegowymi opiniami dotyczącymi więźniów - mówi wprost Katarzyna Szarzyńska, kierownik Warsztatu Terapii Zajęciowej w Trzebini, gdzie uczęszcza 30 dorosłych niepełnosprawnych intelektualnie.
 
Rok później osadzeni pojawili się pierwszy raz w Radwanowicach; znano już tam ich zaangażowanie w wolontariat. - Nie miałam żadnych wątpliwości, ale pracownicy - owszem. Bo więźniowie kojarzyli im się z dewiantami. Przekonywałam, że nic im nie grozi; byliśmy zdesperowani, bo pomoc była nam potrzebna. Potrzebne też były pensjonariuszom męskie autorytety, bo personel mamy ściśle kobiecy - przypomina sobie Barbara Latała, dyrektor Schroniska dla Niepełnosprawnych w Radwanowicach. Ma ono status domu pomocy społecznej, mieszka w nim ok. 80 osób upośledzonych intelektualnie w różnym stopniu.
 
Program readaptacji społecznej dla osadzonych, ten, który powiązała ich z fundacją, stworzył por. Tomasz Wacławek, wychowawca w dziale penitencjarnym ZK w Trzebini. Program zwie się "Szkarpa", nieprzypadkowo. - To element architektoniczny, inaczej przypora, wzmacniający konstrukcję budynku. I właśnie więźniowie są takimi szkarpami - tłumaczy mjr Jan Graboń, zastępca dyrektora ZK w Trzebini. Zaś por. Tomasz Wacławek, o celach programu, mówi tak: - Chodzi nam o rozbudzanie postaw empatycznych, kształtowanie prospołecznych zachowań wśród osadzonych.
 
Paweł, z zawodu mechanik samochodowy, przed czterdziestką; kiedyś usiadł za kierownicą, a potem wydmuchał 0,8 promila. Dostał dwa lata, ma 5 miesięcy do połowy odsiadki. Od grudnia ub. r. przyjeżdża pomagać niepełnosprawnym w Radwanowicach. Mówi: - Współczuć to zawsze im współczułem, ale na co dzień nie miałem z nimi do czynienia. Nie miałem pojęcia, jak trudno im żyć bez pomocy.
 
Podopiecznych ma różnych: kobiety i mężczyzn, także osoby na wózkach. To te trzeba sadzać na toalecie. Wspólnie też rysują, układają klocki, przesuwają pionki po planszy, bo grą to trudno nazwać; nie wszyscy są w stanie pojąć zasady.
 
Potem obiad: wozi się ich na stołówkę i przywozi z powrotem; kąpiel: niektórych trzeba namawiać, golenie: tak, by nikogo nie zaciąć, sprzątanie. Grają też w piłkę, właściwie rzucają do siebie; chodzą na spacery. Zależnie od dnia.
 
Paweł: - Początek był trudny, miałem wątpliwości, czy się sprawdzę, czy mi psychika wytrzyma. I na zaufanie trzeba było popracować - i terapeutów, i niepełnosprawnych. Udało się.
 
Teraz nawet żalą się mu; pytają, czemu ich to spotkało.
 
Z kolei Tomasz, lat 53, dostał 5,5 roku za spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym. Po alkoholu. - Wcześniej żyłem w spokoju, nie byłem nawet notowany. A tu nagle jeden wyskok, dwa i pół piwa, dziękujemy, jestem w więzieniu - mówi z żalem.
 
Pracował w poligrafii, ma żonę, dziecko. Ale gdy było małe nie potrafił mu nawet zmienić pieluchy; brało go na wymioty. Teraz podopiecznym zmienia pampersy, sadza na sedes, podmywa ich - i czuje się, jakby tych dzieci było dziesięcioro. Obrzydzenie minęło. Nie zamieniłby więc pracy na inną, choć alternatywę ma. Może powiedzieć: "Nie, dziękuję", iść np. jak inni więźniowie remontować budynki i sprzątać cmentarze żydowskie. Jednak daleko mu do tego; zżył się z mieszkańcami schroniska. Co dzień pytają: "Będzie pan jutro, panie Tomku?"; płaczą, gdy nie może przyjechać.
 
 
1 2