Samotnym ojcom wciąż się nie ufa. "Nikt mi nie wierzył, że nie zagłodzę dziecka"

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data23.06.2019 15:00

(fot. depositphotos.com)

"Pewnego dnia dzieci przyniosły do domu zestaw do pielęgnacji paznokci dla dzieci. Zuzia powiedziała, że to od rodziców jednego dziecka z grupy, bo nie mają mamy. Takich sytuacji było coraz więcej" - mówi Krzysztof. Bartosz i Marek również musieli udowadniać, że nie robią dzieciom krzywdy.

 

W całej swojej karierze nie napotkałam problemu, aby osoby, które miały być bohaterami mojego tekstu, nie chciały mówić. Pewnie, zdarzało się, że moi rozmówcy prosili o to, by zmienić ich imiona czy niektóre szczegóły dotyczące ich życia - zwłaszcza gdy chodziło o tematy związane z życiem rodzinnym lub seksualnością. Jednak do tej pory zawsze, po moim sumiennym zapewnieniu, że pozostaną anonimowi, zgadzali się podzielić swoimi opowieściami - niekiedy bardzo intymnymi, o których do tej pory nie słyszał nikt. Nie sądziłam, że to właśnie przygotowanie tekstu o życiu samotnych ojców w Polsce skonfrontuje mnie z tym niezwykle trudnym dla osoby piszącej wyzwaniem - niechęci bohaterów do mówienia o sobie i swojej codzienności.

 

Mężczyźni, do których kontakt dostałam od znajomych i "znajomych znajomych", wykazali początkowo sporą podejrzliwość, a później grzecznie odmówili wypowiedzi. Bohaterowie, których historie udało mi się jednak "pozyskać", zdecydowali się porozmawiać ze mną tuż przed tym, jak miałam napisać do redakcji DEON, że bardzo przepraszam, ale tekstu nie będzie. Co więcej, pierwszy raz zdarzyło mi się, aby któryś z rozmówców kilkukrotnie upewniał się, że pozwolę mu przeczytać i zautoryzować tekst przed wysłaniem go do publikacji.

 

Po zapoznaniu się z historiami tych ojców, zaczynam lepiej rozumieć tę nieufność.

 

Krzysztof, 50 lat, tata Zuzi i Antka: Nie użalam się, chociaż czasami mam dosyć

 

U mnie było jasne, że będę z dziećmi sam po rozstaniu. Moja była partnerka zupełnie nie garnęła się do tego zadania. Pod tym względem było na przekór stereotypom. Jej matka, brat, ale też moja rodzina: wszyscy byli przychylni temu rozwiązaniu. Pieniędzy mam dosyć, a moja praca pozwala mi mimo wszystko sporo czasu spędzić z dzieciakami. J. się nimi interesowała (nadal to po części robi), ale jednak ja wziąłem na siebie opiekę. I było dobrze do czasu przedszkola. Kiedyś Zuza i Antek przynieśli do domu zestaw do pielęgnacji paznokci dla dzieci. Zapytałem, skąd to mają, bo czasami panie rozdają tego typu rzeczy jako prezenty od jakiejś tam firmy. Ale Zuza powiedziała, że to od jednego dziecka z ich grupy, a właściwie od jego rodziców, bo nie mają mamy. Później takich sytuacji było coraz więcej.

 

Czułem się jak egzemplarz w zoo. Wszyscy czuli się w obowiązku mi doradzać, pytać, czy daję sobie radę. Kiedy Zuza miała zawroty głowy na początku szkoły, pedagog wzięła mnie na rozmowę, zapytała, czy dzieci jedzą coś gotowanego, bo jak coś, to istnieją instytucje, do których mógłbym się zgłosić po pomoc. A ja dobrze gotuję i lubię to robić. Później usłyszałem, że to może ze stresu, że dzieciom brak jest macierzyńskiego wsparcia. Wychowawczyni zostawiła mnie kiedyś po zebraniu i powiedziała, że jakbym potrzebował pomocy, to ona może kogoś znaleźć. To naprawdę nie było miłe, to pokazywało, że nikt mi nie ufa. Dlatego nie lubię mówić o mojej sytuacji na zewnątrz. Kiedy matka powie "mam kłopot z dzieckiem" wszyscy jej mówią, żeby odpoczęła, wyluzowała. Kiedy ojciec tak powie, to ludzie odbierają to jako potwierdzenie, że on się nie nadaje. Dlatego nie użalam się, chociaż czasami mam dosyć - ale to jak każdy rodzic, a nie taki, który nie kocha swoich dzieci. Czasami każdy rodzic jest zmęczony i nie wie co dalej. Ty tak nie masz?

 

Bartosz, 34 lata, tata Hani: To mężczyźni, ojcowie, są w Polsce dyskryminowani

 

Zastanawiałem się czy z Tobą rozmawiać, bo będę musiał napisać nieprzyzwoite rzeczy o mojej byłej żonie. Ale skoro mówisz, że będę anonimowy… To była moja wielka miłość. Poznaliśmy się w liceum, szybki ślub, ale z ciążą się wstrzymywaliśmy. Kiedy okazało się, że Hania będzie z nami, ja byłem szczęśliwy, ona - nie. Bała się utraty wolności. Ja trochę też, nie wiedziałem, czy będziemy mogli dalej żyć spontanicznie i raczej na wesoło, ale ona przeżywała to bardziej. Przejmowała się kilogramami, które jej przybywały, tym, że jej palce puchną (nie puchły). W końcu powiedziała jasno, że ona nie chce tego dziecka. Po porodzie była dobrą matką, na szczęście. Ale między nami zaczęło się psuć, warczeliśmy na siebie. Dużo się działo, ona była zupełnie niedorosła. Nie chcę ci tu pisać o wszystkim, ale rozwiedliśmy się w gniewie. Wiedziałem, że sąd przyzna jej opiekę, bo to Polska, mimo że ona się nie nadawała do tego i wcale w rozmowach ze mną sam na sam nie zaprzeczała temu, że nie o dziecko chodzi, tylko zemstę. Ale zamieszkałem bardzo blisko. I ona wtedy sparowała się z innym mężczyzną - może się z nim… jak jeszcze byliśmy małżeństwem.

 

Dla Hani miejsca już w tym cudownym nowym życiu nie starczyło. Więc zamieszkała praktycznie na stałe ze mną. Chciałem wyrobić paszport - potrzebna zgoda matki. Leczenie dermatologiczne - zgoda matki. Zgoda obojga rodziców. Wszyscy mnie pouczali. Patrzyli na mnie jak na nieudacznika, osobę, co miała fanaberię zająć się dzieckiem. Kiedy Hania w zerówce miała narysować pocztówkę z wakacji, narysowała siebie na plaży i mnie w kąpielówkach, bo lato spędziliśmy w Łebie. Musiałem przyjść do szkoły, tłumaczyć sytuację, dlaczego to narysowała. Zapytałem, czy gdyby obok narysowała kobietę w opalaczach, to też musiałbym się tłumaczyć. Pani przeprosiła, ale powiedziała, że oni muszą być czujni. Tego nie rozumiem - mężczyzna jest dla dziecka zagrożeniem, a kobieta zawsze jest OK? Przecież to moja była żona właściwie porzuciła Hanię. Nie wierzę w patriarchat. To mężczyźni, ojcowie, są w Polsce dyskryminowani. O ich prawa trzeba walczyć.

 

Marek, 61 lat, tata Szymona: Teściowa czyhała na każdy mój błąd

 

Zostałem z Szymkiem sam, kiedy żona zmarła na skutek długiej choroby. Dziś mój syn jest już dorosłym mężczyzną i myślę, że niedługo może postarać się o własne dziecko. Życzę mu, żeby się to udało jak najszybciej. Ja ojcem zostałem późno - byłem grubo po trzydziestce, podobnie jak M. Pomimo tego, co mówili kuzyni i znajome, udało się niemal od razu. I niedługo po porodzie żona zaczęła się źle czuć. Wiele osób uważało, że to anemia, to jest częste po ciąży i po porodzie. Ale czuła się coraz gorzej, nie mogła jeść, budziła się z niepokojem. Pielęgniarka, która pobierała jej krew, powiedziała, że powinniśmy chyba pójść do psychiatry. Zlała to. Potem okazało się, że choroba jest już na tyle zaawansowana, że można tylko wydłużać życie żony, ale nie je ratować, nie można było zdusić choroby w zarodku. Nie chcę mówić o jej umieraniu i śmierci - nie byłem na to przygotowany. Ale wiedziałem, że teraz będę musiał zająć się Szymkiem, to było oczywiste - miał dwoje rodziców, teraz został tylko tata, ale przecież byłem z nim od pierwszych dni, zajmowałem się wszystkim, co się z nim wiązało. Najgorsze słowa powiedziała moja teściowa, że po tym tygodniu [kiedy był pogrzeb - przyp. red.] ona urządzi Szymkowi pokój u siebie w domu. Nie spodziewałem się tego po niej, bo mieliśmy raczej dobry kontakt. Byłem tatą, a ona powiedziała mi… ona była przekonana, że dziecko zamieszka z nią, jej mężem i drugą córką! Wszyscy tak uważali, jakby to było naturalne. To ja byłem tatą, nikt nie wierzył, że jako samotny ojciec nie zagłodzę dziecka, będę umiał się nim zająć, nie wyrządzę mu krzywdy. Dzień po pogrzebie była scysja - tak, o to. Tuż po śmierci mojej ukochanej. Obiecałem sobie, że Szymkowi niczego nie zabraknie - jeździłem z nim na gimnastykę korekcyjną, odrabiałem lekcje. Dbałem jak mogłem najlepiej, a i tak moja teściowa czyhała na każdy mój błąd, w pogotowiu, żeby zabrać mi dziecko.

 

Kiedyś była awantura o ciocię. Moja szwagierka przyszła do mnie, żeby odebrać paczkę, ale już wtedy nie mieszkała z matką, więc ona nie wiedziała, że przyszła. I na obiedzie u babci Szymek powiedział, że była u nas ciocia, a moja teściowa zaczęła krzyczeć, że sprowadzam baby, ona zabiera dziecko, nie będzie na to przyzwalała. Krzyczała tak przy dziecku. Potem jak szwagierka powiedziała, że to była ona, teściowa wylewnie przeprosiła, ale długo jeszcze pytała Szymonka, czy do taty nie przychodzi jakaś pani. Czułem się obserwowany. W przychodni często padały pytania, jak daję sobie radę, "a gdzie mamusia?". A ja chciałem tylko żyć jak normalny rodzic z synem. Nie związałem się później z żadną kobietą. Nie, nie myślę, żeby chodziło o moją teściową, ale może ona też nabiła mi do głowy, że nie powinienem tego robić ze względu na dziecko. Ja sam jednak nie chciałem szukać Szymkowi rezerwowej matki. To by mogło oznaczać, że przegrałem.

 

Zaufajmy ojcom

 

Choć nasza kultura się zmienia i coraz więcej mężczyzn jest zaangażowanych w wychowanie dzieci - także tych bardzo małych - kompetencje wychowawcze samotnych ojców wciąż bywają kwestionowane. Tymczasem rodzic - niezależnie od płci - może wytworzyć z dzieckiem wspaniałą, satysfakcjonującą więź. Ojcowie, którzy wychowują swoje dzieci bez partnerek, nie potrzebują tego, aby ich pouczać lub wyręczać w opiece nad dzieckiem (bądź dziećmi). Udzielanie dobrych rad jest wskazane wtedy, gdy ojciec sam o nie poprosi. Tym, czego ojcom w tej sytuacji potrzeba najbardziej jest zaufanie - skoro są dorosłymi ludźmi, to z pewnością dadzą sobie radę z zaspokojeniem potrzeb potomka. Podejrzliwość i nieustanne "zatroskanie" o rodzinę, która jest tworzona przez tatę i dzieci, może doprowadzić zwątpienia ojca we własne możliwości albo do wycofania z życia społecznego. Warto więc zaufać ojcom dla dobra ich dzieci.

 

*Imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione na prośbę i za zgodą ojców.

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog, absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego (spec. psychologia zdrowia i kliniczna), czynny psychoterapeuta pracujący w nurcie systemowym, w trakcie szkolenia w Ośrodku Szkoleń Systemowych w Krakowie, trener umiejętności społecznych I stopnia. Na co dzień pracuje z pacjentami indywidualnymi, parami i rodzinami oraz prowadzi szkolenia i warsztaty dla dzieci, nauczycieli i rodziców. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl