Michał Koterski: wierzę, że Bóg poukładał to lepiej ode mnie

Wydawnictwo ZNAK Krzysztof Skórzyński / Michał Koterski
data02.07.2019 09:00

(fot. youtube.com/ Małgorzata Hutek)

"Pamiętam, że do narodzin syna nie czułem w ogóle lęku. Ale kiedy się urodził, lęk się pojawił" - znany aktor opowiada o wyjściu z nałogu i zmianie, jaka dokonała się w jego życiu, gdy został tatą.

 

Krzysztof Skórzyński: Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? Takie, które chowasz gdzieś w najgłębszej pamięci.

 

Michał Koterski: Pierwsze? Nasze wspólne wyjazdy. Jeździliśmy do Zakopanego albo do Dębek. Słynne Dębki, jeszcze wtedy tam nic nie było, tylko jedna restauracja i kawiarnia na poddaszu. W sumie, kurczę, sama wieś. I pamiętam, że tam jeździliśmy w  takiej ekipie: jeździł Paweł Królikowski, jeszcze z małym Antkiem, który srał w pieluchy, i Mirosław Baka, Boguś Linda, Janek Jankowski. Takie mam wspomnienia. Uwielbiałem przebywać z nimi do późna w nocy i słuchać ich rozmów o filmie. Ale może też o pasji, jaką mieli do aktorstwa. Wtedy się inaczej do tego podchodziło.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Michał Koterski (@misiekkoterski)

 

Aktor był bogiem, nie?

 

Tak, a teraz wydaje mi się, że podejście jest bardziej komercyjne i, co tu będziemy ukrywać, forsa przeważa. A wtedy było coś niesamowitego w tym, jak oni opowiadali o tych rolach, filmach… Paweł Królikowski grał wtedy jakąś słynną rolę boksera. Do dziś dokładnie pamiętam te rozmowy.  Miałem ze dwanaście lat. Uwielbiałem z nimi siedzieć i uwielbiałem jeździć do ZAiKS-u, do Zakopanego, bo tam też nieraz siedzieliśmy przy stole czy z Budką Suflera, czy z Anną Seniuk. W telewizji leciał Czterdziestolatek. Dla mnie to był świat raczej nie tych nazwisk aktorskich, tylko postaci, które ci aktorzy odgrywali. Dokładnie o tym mówimy: ja dziś się obrażam, że krzyczą za mną "Kaśka" albo "Jak tatuś zrobi dzióbek, to nie ma chuja we wsi", a sam tych ludzi przez ten pryzmat postrzegałem. No, bo tak to jest. Tak to zapada w pamięć. Takich chcemy ich znać.

 

A powiedz mi, Michał… Ja, zanim się urodził Antek, mój  pierwszy syn, miałem cholerny stres związany z tym, czy sprostam. Czy będę dobrym ojcem, czy zwyczajnie to udźwignę.

 

Słuchaj, to ja ci powiem tak: marzyłem o dziecku i w ogóle o wielkiej miłości na całe życie. Wytrzeźwiałem i zrobiłem ze sobą porządek. Podstawą terapii jest to, żeby w pierwszych latach nie wchodzić w związki. Dzisiaj już to rozumiem.

 

Bo jesteś toksyczny?

 

Tak. A poza tym związek to jest zawsze jakaś chemia na początku.  Czyli kolejne zmiany świadomości. A chodziło o to, żeby najpierw zrobić ze sobą porządek. Pracować nad sobą. A nie żeby się odurzać. Bo nie trzeba się odurzać. Można się odurzać pracoholizmem, można seksem, można… nie wiem… hazardem, żarciem, cukrem, różnego rodzaju kompulsjami. Ale chodzi o to, żeby właśnie pozostać w czystości i gdzieś siebie w tym poukładać. I ja się cieszę, że moją kobietę poznałem dopiero po dwóch latach mojego trzeźwienia. I tak stosunkowo wcześnie. Ale już na tyle byłem odbudowany i na tyle miałem pragnienie miłości, bycia z kimś, że dojrzałem do tego, żeby się kimś zająć, zaopiekować. Dość skupiania się na sobie. Były też marzenia, żeby mieć dziecko. No, bo nie ukrywam, co roku stawiam taki tort, jakby to były moje urodziny. Ja to liczę jako nowe życie.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Michał Koterski (@misiekkoterski)

 

Życie w trzeźwości.

 

Na pierwszej rocznicy trzeźwości życzyłem sobie, żeby już nigdy w życiu nie sięgnąć po żadne środki zmieniające świadomość, żeby nie wróciła ta obsesja, ta choroba. Tak pokochałem swoje życie na trzeźwo. A przy drugiej wymarzyłem sobie i sobie życzyłem, żebym spotkał kobietę swojego życia. I żeby urodził mi się syn. Warto zdmuchiwać świeczki! Czwartego grudnia mam rocznicę trzeźwości. Trzydziestego pierwszego, w sylwestra, poznałem moją kobietę. Czyli w sumie cztery tygodnie po torcie. A trzy tygodnie później okazało się, że ona jest w ciąży. (śmiech)

 

Pięknie!

 

Nie, no trzy tygodnie to jednak nie. Bo w lutym się dowiedzieliśmy, że jest w ciąży. Ale po trzech tygodniach było, co tu będę ukrywał, pierwsze zbliżenie, jak się potem okazało - najważniejszy moment w moim życiu. Moment, który zmienił wszystko. Bo już nie ma powrotu. I to była cudowna decyzja. Chyba że… ręka Boga.

 

Byłeś szczęśliwy, kiedy się dowiedziałeś?

 

Bardzo. Pamiętam, że prowadziłem imprezę dla dzieci z porażeniem. Teraz jestem w to w ogóle bardzo zaangażowany, jeżdżę do tego ośrodka. Lubię te dzieci.

 

Najbardziej kochane dzieciaki na świecie, nie?

 

Tak. Wtedy, kurczę, jeszcze nie byłem ojcem, a już miałem potrzebę, żeby je przytulić. Zresztą one, nawet te autystyczne, łapią cię za rączkę tak mocno, że czujesz, iż jest w tym uczucie. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Gdy poznałem Marcelę, mieliśmy lecieć do Seulu. W lutym któregoś dnia dowiedzieliśmy się, że na następny dzień prowadzę tę imprezę. Miałem znowu poprowadzić dla nich licytację i wrócić wieczorem.

 

Nie uciekaj w anegdoty. Co poczuliście, co ty poczułeś, gdy dowiedziałeś się, że będziesz ojcem?

 

Akurat moja Marcela rano robiła badania, bo miała podejrzenia, że może być w ciąży. Wieczorem miały być wyniki na platformie internetowej. Dostałem po licytacji wielki bukiet kwiatów. I jak jechałem z tym bukietem, to miałem takie przeczucie, jakbym wiedział, co ona  powie: że  jest w ciąży. I gdy otworzyłem drzwi, to ona stała za nimi ze łzami w oczach. Łzy jej leciały i mówi, że jest w ciąży.  A ja z tym bukietem. Wierzę więc, że Bóg to poukładał lepiej ode mnie. Że ja bym sobie tego lepiej nie wymyślił. Moja Marcela bardzo była przestraszona. Ja się nie dziwię, bo się nie znaliśmy długo. Dziecko to jest jednak wielka odpowiedzialność.

 

Łączy na całe życie.

 

Nie mieliśmy jednak ani chwili zwątpienia, ani jednej rozmowy, czy usunąć, czy to nie za wcześnie. W ogóle. Raczej to były takie rozmowy typowo lękowe, jak to będzie. Marcela bardzo się bała.

 

Tego, że już nic nie będzie tak jak kiedyś?

 

Chyba najbardziej tego, czy ja dam jej poczucie bezpieczeństwa, bo jeszcze mnie na tyle nie znała. I w sumie, tak naprawdę… W uniesieniu było fajnie, ale jako mężczyzna…

 

…nie miałeś okazji się sprawdzić.

 

Właśnie. To był więc typowy lęk kobiety. Ja sobie do dziś nie mogę wyobrazić, jak kobieta może sama sobie dać radę z dzieckiem. To jest niemożliwe.


Jest mnóstwo kobiet, które muszą sobie same radzić.  Dla mnie to bohaterki. Dałbym im zbiorową Nagrodę Nobla!

 

To jest zawód, jest praca dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie ma odpoczynku. Nie ma tak, że sobie wracasz z pracy i się prześpisz. Musisz być cały czas na stand-by. Zresztą sam to dobrze wiesz. I co tu dużo ukrywać…

 

Większość tych zadań spada na kobietę.

 

Ja się nie bałem w ogóle. Byłem w euforii, byłem szczęśliwy, że Marcela jest w ciąży i że to z nią będę miał dziecko. Wiedziałem, że ją kocham, i już byliśmy po zaręczynach. Bo to nie było tak, że się zaręczyliśmy z powodu ciąży. Zaręczyłem się z nią przed tym. I ona się zgodziła, że zostanie moją żoną. No, troszkę Frycek pokrzyżował nam plany, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Pamiętam, że do narodzin syna nie czułem w ogóle lęku. Ale kiedy się urodził, to się ten lęk pojawił. U obydwojga nas się wzmocnił. Czy damy radę z obsługą dziecka. Jak, co, gdzie…? To był taki lęk, że kurczę…

 

W pierwszym momencie potrafi paraliżować, wiem.

 

I jeszcze mieliśmy pretensje za tę nieczułość w szpitalu, że pani nim tak przewraca. Kurwa, no to jest człowiek… Wiesz, o co chodzi.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Michał Koterski (@misiekkoterski)

 

Oczywiście. Chcesz ratować swoje dziecko (śmiech).

 

Tak, ale słuchaj. Jak już wyszliśmy z małym ze szpitala, to się pojawił taki ogromny lęk, że nas zabijał. Chcieliśmy być perfekcyjni we wszystkim. W noszeniu. Kłóciliśmy się. Ja mówiłem, że ja dobrze, ona, że ona dobrze. Potem poszliśmy do fizjoterapeuty, a ten powiedział, że oboje źle nosimy i że trzeba inaczej nosić. Pogodził nas na szczęście, bo inaczej to by było z którejś strony: "A nie mówiłem, że źle?". Pierwsze trzy miesiące to był koszmar. Przez tę naszą niewiedzę i nieumiejętność, przez nasz perfekcjonizm i przez to, że każde chciało lepiej i każde samo. Przerzucaliśmy na siebie te lęki. Obwinialiśmy się nawzajem: tego nie zrobiłaś albo tamtego.

 

Ale to jest normalne. Nie  znam rodziców, którzy przez to nie przeszli. Nie wierzę w perfekcyjnych rodziców, przygotowanych do rodzicielstwa w stu procentach. Dzisiaj się z tego śmiejesz, prawda?

 

Tak. Dzisiaj się śmieję, ale powiem ci - gdyby nie to, że jestem obstawiony fajnymi ludźmi, bardzo ciekawymi, bardzo mądrymi i szczerymi, na których zawsze mogę liczyć, to różnie mogło być. Nie wiem, czy ten związek by przetrwał, i mówię to z ręką na sercu.

 

Byliście rozbici?

 

Nikt nie jest na to przygotowany. Ja się nie dziwię, że duży procent związków rozpada się w ciągu pierwszych trzech lat. Bo jeśli nie masz wsparcia, kogoś, kto ci wytłumaczy, pomoże, to wzajemne obwinianie się, kłótnie urastają do takiej rangi, że robi się koszmar. I my w tym uczestniczyliśmy. Pojechaliśmy do przyjaciela, zakonnika, kapucyna mniejszego w Zakroczymiu. Tam jest Ośrodek Apostolstwa Trzeźwości. Przyjechaliśmy i ja do niego mówię: "Adam, kurwa…". On pyta, co się z nami dzieje. Odpowiadamy, że chcielibyśmy jak najlepiej, ale wciąż się kłócimy, bo chcemy być perfekcyjni. On na to: "Słuchajcie, to was zabije. Możecie być tylko wystarczająco dobrzy. Jeśli będziecie udawać przed dzieckiem, że jesteście perfekcyjni, i nie będziecie pokazywać swoich błędów, i nie dacie sobie prawa do błędu, to wasze dziecko też nigdy sobie nie da tego prawa".

 

Bardzo prawdziwe.

 

"I zrobicie mu ogromną krzywdę". Po tamtej rozmowie długo dyskutowaliśmy. Odpuściliśmy i zaczęliśmy sobie dawać przyzwolenie, że czegoś nie wiemy, że czegoś nie umiemy, że coś Marcela robi lepiej, a coś innego ja lepiej, że ja coś gorzej, że ona coś gorzej, że się uzupełniamy. I tak te role się ułożyły, no i dzisiaj to już jest raj. Ale początki były bardzo trudne.

 

Kiedy dałeś Marceli poczucie, że jesteś odpowiedzialnym facetem, który -  sorry, że powiem zupełnie wprost - nie tylko zrobił jej dziecko, ale także zapewnia bezpieczeństwo i może z nią spędzić resztę życia? Bo to jest dla kobiety kluczowe.

 

Kurde, do dzisiaj nie mam takiego przekonania. Przez całe życie cierpiałem, gdy byłem w związkach, bo wydawało mi się, że kocham i że skoro tak kocham, to jak ona mi mogła zrobić to a to albo dlaczego się rozstaliśmy. I dopiero niedawno dotarło do mnie, że istotą miłości nie jest to, czy ja myślę albo czuję, że ją kocham, tylko czy ona czuje się kochana. Unikam stawiania sobie pomnika, że jestem fajnym ojcem. Ocenę wystawi mi za jakiś czas mój syn. Ja mógłbym powiedzieć: jestem superojcem, ale co z tego, jak on będzie czuł inaczej, że słaby byłem?

 

A ty podsumowujesz ojcostwo swojego taty?

 

Dziś mogę mu wystawić bardzo dobrą ocenę. Mimo wszystkich zawiłości, mimo różnych wzlotów i upadków na dziś wystawiam mu dobrą ocenę, bo łączy nas przyjaźń. Wczoraj, na świętego Walentego, dostałem od jednego ze znajomych zakonników taki filmik - czym jest miłość. I że właśnie na końcu miłości jest przyjaźń. Nie można tego mylić. To właśnie przyjaźń jest najważniejsza. Co z tego, że będę kochał kogoś, z kimś się kochał, jeśli będziemy się wykańczać. Ta miłość będzie toksyczna, jeśli nie ma przyjaźni. Jeśli nie mogę przyjść do mojej kobiety i powiedzieć jej: kurwa, dzisiaj jest do dupy, dzisiaj się chujowo czuję, albo: słuchaj, kurczę, mam lęki, że nie będziemy mieli za co żyć, mimo że nie ma podstaw do tego, ale miewam i tak. Jeśli nie ma dzielenia się swoimi słabościami, no to co to jest za życie? Albo już w  ogóle toksyczna miłość polegająca na wzbudzaniu w sobie zazdrości i wyniszczaniu się. To nie jest miłość. To jest jakaś choroba.

 

Zabijanie się. Wiesz, jaki mi doszedł lęk  po  tym, jak się urodziło moje pierwsze dziecko? Właśnie czy dam radę utrzymać rodzinę. Nie bałem się o to wcześniej. Wcześniej z żoną mogliśmy mieć pięć złotych na koncie, a i tak mieliśmy poczucie, że jakoś to ogarniemy. Jeżeli nie będziemy mieli na jedzenie, to do którychś  rodziców pojedziemy albo ktoś nas nakarmi.

 

To ja mam to samo. Mam to do dziś. Cały czas ten lęk wraca. Jeśli nie mam jakichś pieniędzy odłożonych, to jest mi bardzo trudno. Ale to podobno jest tak uwarunkowane. Moja kobieta tego nie ma. Ona się nie przejmuje. Ona mówi: "Słuchaj, mamy rodziców. Damy sobie radę! Jak nie będziemy mieli pieniędzy, to się będziemy martwić. Po co  ty się martwisz na przyszłość?".

 

A ty?

 

A ja liczę, obliczam. Tyle a tyle wydam. Mam określony budżet i zakładam, że w tylu się na pewno zmieszczę. A tu okazuje się, że popłynęliśmy tak, że wyzerowałem totalnie konta. Wszystko poszło na remont. No i teraz jestem w gorszej formie psychicznej. Więcej liczę i moja kobieta się śmieje: "O, znowu się zacznie. Będzie oszczędzanie". Bo ja zawsze przychodzę z analizą i mówię, że będziemy oszczędzać i co teraz zrobimy. Nie da się zakląć tej rzeczywistości.

 

Jak ma nie być pieniędzy, to wiesz, że ich nie będzie. Jak będą, to będą. Mam kolegów aktorów, wierzących, którzy mi mówią: "Słuchaj, mój ojciec zawsze mi opowiadał, że jak były dzieci, to Pan Bóg dał kasę".

 

Jak Pan Bóg dał dziecko, to Pan Bóg da pieniądze na dziecko. Znam to.

 

No i wiesz, jak mam lepsze dni, to w to wierzę. Bo generalnie jestem człowiekiem wierzącym i chcę powierzyć swoje życie woli Boga. Jeśli wierzę w to, że On jest dobry i się mną opiekuje, to dlaczego miałby mi krzywdę zrobić? Ale jak mam gorsze dni, to Bóg idzie w odstawkę i robię analizę wszystkich rachunków. No, tak facet ma. Choć to chyba jest też kwestia jakiejś odpowiedzialności. Co ja powiem dzieciom, że nie ma co jeść? Albo kobiecie, że nie mamy na pampersy czy na coś innego? To jednak wisi na mojej głowie. Ona się zajmuje czymś innym, moja odpowiedzialność jest inna.

 

Nauczyłeś się jakiejś nowej miłości w momencie, kiedy pojawiło się dziecko? Jakiegoś innego rodzaju miłości?

 

Kurczę, nie wiem. Dużo osób mówi o innym rodzaju miłości. Czasami siedzimy z Marcelą i gadamy, i wyznam ci, nie możemy uwierzyć, że mamy dziecko. Naprawdę. Nie wiem, jak opisać to poczucie. Myślę, że ta miłość się dopiero wiąże, buduje. Na początku, jak ten mały ludzik się pojawił, to było niesamowite uczucie.

 

Nierealne?

 

Marcela miała cesarkę, ale mieliśmy fajną panią doktor, która wzięła mnie na salę operacyjną, a rodziliśmy przy Madalińskiego. Gdy się tam dowiedzieli, że to moje dziecko, to przysłali studentów, przyszedł ordynator.

 

Zaraz się urodzi dziecko Koterskiego!

 

Z piętnaście osób stało, jakby nie wiem kto się rodził. No, jakby Chrystus miał przyjść na świat. Tam była cała stajenka wypełniona. I pani doktor mówi: "Słuchaj, wezmę cię tam, tylko pamiętaj o jednym, żebyś mi nie zrobił numeru, bo będziesz za parawanikiem. Ja cię poproszę, kiedy będziesz mógł wziąć dziecko. Ale jak je wyciągną, to nie wyskakuj, żeby robić zdjęcia. Bo miałam jednego kretyna, co wyskoczył, jak tylko wyjęli dziecko, zobaczył rozcięty brzuch i zemdlał. I musieli go reanimować". Mówię: "Dobrze". Ale pamiętam do dziś ten płacz synka. Gdy mi go doktor dała zawiniętego, to powiem, że nie ma takiej substancji…

 

Nie ma drugiego takiego uczucia?

 

Nie ma takiej, kurwa, substancji. To jest takie uniesienie, można powiedzieć - narkotycznej euforii, że trzy dni mogłem nie spać.

 

Byłeś na haju?

 

No, nie do porównania z niczym. A potem, kiedy to opadło, to przyszła rzeczywistość, świadomość i te lęki o wszystko. Moja kobieta od razu ma tę miłość. A ja się chyba w moim synu zakochuję stopniowo.

 

 

Wywiad jest fragmentem książki "Świat na głowie. Rozmowy z ojcami o największym wyzwaniu życia"