Kobiety na traktory, czyli jak być żoną i pozostać kobietą

Maja Moller
data02.09.2018 08:00

(fot. shutterstock.com)

Jestem żoną. Jestem czyjąś kobietą życia. Będąc w związku łatwo wpaść w pewne pułapki i wcielić się w konkretne role, wynikajace z naszego charakteru - pisze Maja Moller.

 

Gdy na dziewczynę zawołają: żono!
Już ją żywcem pogrzebano!
Wyrzeka się przyjaciół, ojca, matki, brata,
Nawet… słowem, całego wyrzeka się świata.
(Adam Mickiewicz, Dziady)

 

Chciałam zaprosić Was dzisiaj do wspólnej refleksji na temat tego, co oznacza wejście w życiową rolę żony (i matki) i w jaki sposób wpływa to na naszą kobiecość.

 

Wyjście za mąż to przełomowe wydarzenie, które na wpływ zarówno na to, w jaki sposób my definiujemy i postrzegamy siebie, jak również wiąże się z określonymi oczekiwaniami otoczenia, w którym nagle pojawia się chociażby teściowa. Ja sama również jestem już tylko kobietą z określonym imieniem i nazwiskiem - ba! przecież również samo nazwisko często się zmienia! Nie jestem tylko studentką, pracownikiem, przyjaciółką. Jestem żoną. Jestem czyjąś kobietą życia.

 

No właśnie - co to znaczy być kobietą? Alicja Majewska śpiewa:

 

"Gdzieś wyjeżdżać niespodzianie, coś porzucać bezpowrotnie,
łamać serca twardym panom, pewną siebie być okropnie…
Może muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń?
Być kobietą w każdym calu kiedyś przecież zostać muszę!"

 

Żeby chociaż częściowo odpowiedzieć sobie na pytanie dotyczące naszej kobiecości - musimy zacząć od skupienia się na mężczyźnie. Musimy zacząć od relacji, która dla każdej z kobiet jest jedną z najważniejszych, nawet jeśli czasem chcemy temu zaprzeczać. Jest to relacja z ojcem. Każda z nas jest przede wszystkim córką, albo musi umieć być córką, zanim nauczy się być kobietą. Ogromną rolę w naszym kobiecym życiu odgrywa akceptacja przez ojca.

 

W życiu bywa z tym różnie. Odkąd sama jestem rodzicem, wiem jeszcze lepiej jak prawdziwe są słowa o tym, że nie ma ludzi idealnych. Nasi rodzice nie byli idealni. Nikt zresztą nie wchodzi w rolę matki czy ojca perfekcyjnie - nie rodzimy się rodzicami, stajemy się nimi. Popełniamy błędy. Każda z nas doświadczyła pewnie w jakimś stopniu konsekwencji tego, co było nie do końca dobrą relacją z ojcem. Bywają trudne sytuacje, w których ojciec jest nieobecny albo niezainteresowany dzieckiem. Zdarzają się też sytuacje z pozoru bliskie ideału, na przykład takie, w których tata traktuje córkę jak oczko w głowie, ale tak naprawdę jest jego próba skupienia na sobie uwagi. 

 

Zdarza się, że takie osoby, kiedy są już dorosłe, kryją się za fasadą pewności siebie. A jednak za tym, co na pierwszy rzut oka wygląda na narcyzm, stoi niepewna swojej wartości mała dziewczynka. Dziewczynka, która wie, że jest ważna dla tatusia tylko wtedy, gdy może ją pochwalić, gdy ładnie wygląda albo odnosi sukcesy. Dąży więc do nich za wszelką cenę, szukając jednocześnie w związku tego samego, czego szukała przez całe dzieciństwo - podziwu. Trudno w takim związku o prawdziwą bliskość, bo ona wiązałaby się z porzuceniem masek i pokazaniem swojej niedoskonałości…

 

Idealną sytuacją jest ta, w której córka znajduje u ojca akceptację dla swojej kobiecości - ojciec nie lekceważy jej, czyli interesuje się nią i jest obecny w jej życiu, a jednocześnie nie traktuje jej jak ozdoby w towarzystwie. Takie traktowanie przez ojca, taka życzliwość i wsparcie, budują tożsamość najpierw dziewczynki, potem nastolatki, a w końcu kobiety. Taka osoba ma świadomość tego, kim jest - jej obraz siebie jest stabilny, trwały, a ona dzięki temu może iść przez życie pokonując naturalnie pojawiające się wyzwania i budując głębokie związki. Przeczytałam takie bardzo wymowne zdanie: "Kiedy dziewczyna czuje się kochana, szanowana i doceniana przez tatę, otrzymuje od niego o wiele więcej, niż dawniej mieściło się w posagowej skrzyni" (Gisela Preuschoff).

 

No dobrze. A co jeśli skrzynia jest pusta? Co jeśli nie znałaś swojego ojca albo on pracował na trzy zmiany, a potem był zbyt zmęczony, by ogarniać rzeczywistość? Co jeśli dla taty istniałaś tylko wtedy, gdy na świadectwie miałaś same piątki albo gdy zdobyłaś tytuł małej miss na balu w szkole? Dla kobiety, która buduje swoje życie z Jezusem, to nie jest sytuacja bez wyjścia. Owszem, to trudne - zamiast pełnej skrzyni posagowej dostać ciężki bagaż doświadczeń. Wierzę jednak, że jednocześnie to jedna z wielu sytuacji, będących następstwem grzechu pierworodnego. To jedna z tych sytuacji, które sprawiły, że został nam dany Zbawiciel. Jezus, który jest miłością Ojca do nas.

 

Do każdej z nas, która czuje, że nie wie, czy jest kobietą i nie wie, jaką jest kobietą, Bóg - nasz Tata - chce powiedzieć jasno i wyraźnie: "Jesteś moją Córką". Czasami bardzo trudno jest usłyszeć te słowa, ale mała dziewczynka, która kryje się w każdej z nas, która czasem tupie ze złości albo płacze po nocach, musi te słowa usłyszeć.

 

Musi poczuć, że jest czyjaś, konkretna - że do kogoś należy. Że jest ktoś, kto cieszy się z jej obecności - tylko z faktu, że jest. Że nie musi nikomu udowadniać swojej wartości, bo Bóg mówi jej - jesteś wystarczająco dobra. Dopiero gdy każda z nas usłyszy te słowa, gdy je przyjmie - dopiero wtedy mamy szansę stać się nie tylko zranionymi dziewczynkami ukrytymi za maską doskonale sobie radzącej osoby, ale pełnymi pokoju i wiary w swoje możliwości kobietami. I dopiero wtedy jesteśmy w stanie zbudować szczęśliwe relacje, takie w których jesteśmy w stanie dawać i brać, a nie tylko oczekiwać, że mąż stanie się naszym schronieniem przed złem tego świata. I nie tylko dawać, jak w związkach patologicznych, gdy na przykład ktoś, kto jest DDA wiąże się z kimś uzależnionym.

 

Skoro przechodzimy do związków, to chciałam zaprezentować Wam kilka możliwych pułapek, w jakie może wpaść kobieta. One mocno wiążą się też z nieco inaczej rozumianą "skrzynią posagową". Każda z nas wnosi w związek to, kim jest. Dominujące cechy naszego charakteru są takim "posagiem", który otrzymuje mąż, niezależnie od tego, czy jest tego świadomy czy nieświadomy.  

 

(fot. chrześcijańska mama)

 

Celowo przerysowuję te cechy po to, by można im się przyjrzeć nie tylko z uśmiechem, ale i z dystansem, bo gdy patrzymy na coś z daleka, gdy coś pozornie nas nie dotyczy, możemy dostrzec więcej. Stąd też tytuł konferencji, bo hasło "kobiety na traktory" kojarzy mi się nie tylko z komunizmem, ale z próbą wtłoczenia kobiety w określoną rolę, niekoniecznie dla niej najlepszą.

 

W roku 1949 22-letnia Magdalena Figur ukończyła kurs dla traktorzystów i to jej zdjęcie posłużyło do wykonania znanego propagandowego plakatu. Magdalena stanęła na czele brygady traktorzystek i została skierowana na Żuławy. Wtedy nie były to wymarzone tereny rolnicze. Po ewakuacji w 1945 roku, Niemcy wysadzili tam wały przeciwpowodziowe, było więc to pełne słonej wody bagnisko. W takich warunkach bardzo ciężko było uprawiać ziemię, traktory często się psuły, a że brakowało do nich części zamiennych, Magdalenie Figur zdarzało się spać na ziemi pod swoją maszyną i pilnować, by nikt nie ukradł cennych części.

 

Dzięki swojej determinacji została przodowniczką pracy, wykonując 150% normy. Dała radę. Narzucono jej pewną rolę, którą przyjęła i wypełniła. Dała radę, bo my kobiety zasadniczo dajemy radę. W przypadku jakiegoś zadania najważniejszym pytaniem nie jest to, czy mu podołamy, ale za jaką cenę.

 

Magdalena Figur zmarła wiele lat później bez rodziny, w hospicjum sióstr elżbietanek w Kwidzynie. Ciężko oceniać, co wpłynęło na to, że właśnie tak potoczyły się jej losy…

 

"Kobiety na traktory" to hasło, które przypomina, że czasem łatwo wejść rolę, która nie do końca nam służy. Pomyślałam, że podobnie dzieje się również w małżeństwie. Będąc w związku, może wpaść w pewne pułapki i wcielić się w konkretne role, wynikajace z naszego charakteru.

 

Pierwszą taką rolę nazwałam "JI Jane"

 

(fot. chrześcijańska mama)

 

To kobieta niezależna, która nawet słoika nie da mężowi w kuchni odkręcić. Taka kobieta, o której można powiedzieć, że ona i na traktory, i na misję do Iraku.  Ona sama wie, co jest najlepsze, aranżuje rzeczywistość tak, by odpowiadała jej planom i założeniom.To zazwyczaj osoba bardzo zorganizowana, o jasno określonych zasadach.

 

Ktoś, kto patrzy z boku i widzi, że kobieta samodzielnie ogarnia urządzanie mieszkania, organizuje wyjazd na wakacje, a mężowi umawia wizyty kontrolne u kardiologa i dietetyka plus co pół roku profilaktycznie dentystę, może powiedzieć: "Ech, ty to masz kobietę-wszystko ogarnia. Musisz być chyba szczęśliwy, co?". A on odpowie na to: "No, muszę…"

 

Za taką postawą może kryć się lęk przed utratą wolności i skłonność do kontrolowania rzeczywistości. Może być tu sporo dobrych chęci, a jednak brakuje szacunku, przede wszystkim dla wolności drugiej osoby. Brakuje też przestrzeni na popełnianie błędów - JI Jane wie wszystko najlepiej i nie chce ryzykować, że gdy odda stery w ręce tego gościa, co to nawet nie zna peselu dzieci na pamięć,coś pójdzie nie tak jak ona by chciała.

 

Jak zrobić to dobrze?

 

Beretta Molla z mezem Piotrem FOTO:www.duchaniegascie.pl

 

Z pomocą przychodzi mi Joanna Beretta Molla - jedna z moich ulubionych świętych. Kobieta bardzo niezależna, nawet jak na dzisiejsze czasy. Jest znana z tego, że poświęciła swoje życie gdy była w ciąży z czwartym dzieckiem - działała tak, by ocalić małą Giannę Emmanuelę, przez co zmarła. Dużo mniej osób wie o tym, że Joanna przez długi czas nie ujawniała swojego stanu zdrowia, by nie martwić najbliższych. Dźwigała sama ten ciężar - to dopiero siła i niezależność!

 

Wcześniej, jeszcze jako matka trójki dzieci, pracowała zawodowo. W latach pięćdziesiątych nie bała się nosić spodni, jeździć na nartach czy prowadzić samochodu.

 

Prowadziła też dom i zajmowała się dziećmi w czasie licznych wyjazdów służbowych męża, Piotra. Przez to wszystko pokazuje, w jaki sposób kobieta niezależna, zorganizowana i wiedząca czego chce, może nie tłamsić siebie samej w związku, ale rozkwitać. Joanna, wychodząc za mąż, nie zrezygnowała przecież z bycia sobą - ona w tym dojrzała.

 

Chcę podzielić się z Wami fragmentem z jej listów jeszcze z okresu narzeczeństwa.

 

"Piotrze, pragnę być dla Ciebie tą dzielną niewiastą z Ewangelii! Mam jednak wrażenie, że jestem taka słaba. (…) Od dziś proszę Cię, Piotrze, o jedną przysługę. Jeśli zobaczysz, że czyniłabym cokolwiek, co nie jest dobre, powiedz mi o tym, popraw mnie. Czy rozumiesz? Będę Ci za to zawsze wdzięczna."

 

Kiedy przeczytałam to po raz pierwszy, pomyślałam - o nie, to nie dla mnie, jeszcze czego. A jednak te słowa zostały we mnie i nie dawały mi spokoju. Jakie poczucie własnej wartości musi mieć żona, by prosić męża o to, by ją poprawiał? Jaką musi mieć pewność siebie? Jak bardzo musi być przekonana, że została przez Boga stworzona z miłości i żadne ludzkie słowo tego nie zmieni? I że wypowiedziane z troską napomnienie może nie być przyczyną kłótni a czymś, co jej pomoże w stawaniu się lepszą kobietą?

 

Ile razy ja obrażałam się na męża nawet, gdy słusznie zwracał mi uwagę? Chciałabym być tak silna jak Joanna - silna na tyle, by w naturalny sposób być pokorną i skierowaną na drugiego człowieka.

 

Leżę i pachnę

 

(fot. chrześcijańska mama)

 

To kolejny typ, o którym chciałabym opowiedzieć. W pewnym sensie to przeciwieństwo JI Jane. Mąż jest po to, by życie było lżejsze, ona jest trochę jak sierotka Marysia, ale Marysia zawsze jest zadbana i podąża za najnowszymi trendami w modzie. W taki sposób pojmuje kobiecość. W związku priorytetem jest nie tyle bliskość, co wygoda.

 

A pod tym wszystkim kryje się lęk przed podejmowaniem decyzji i utratą stabilizacji, lęk przed byciem odrzuconym. Taka kobieta rzadko brała wcześniej życie we własne ręce i gdy tylko może, oddaje tę odpowiedzialność komuś innemu.

 

Kto może przyjść nam z pomocą, by spojrzeć na to nieco inaczej?

 

Anna Maria Taigi. Znowu Włoszka, która przyszła na świat w 1769r w Sienie, w dość zamożnej rodzinie, która jednak w związku z kryzysem ekonomicznym znalazła się na skraju bankructwa. Anna od młodych lat musiała więc pracować, szybko zyskała zresztą względy rodziny, u której była pomocą domową. Uśmiechnięta, pogodna i ubrana zawsze gustownie, elegancko, zgodnie ze zmieniającą się modą, choć też skromnie. Niestety Anna nie wychodzi szczęśliwie za mąż - jej mąż okaże się gwałtownikiem o trudnym charakterze, a nawróci się dopiero po jej śmierci. Anna dba jednak zarówno o niego, jak i o swoje dzieci, a w związku z trudną sytuacją materialną całymi nocami zajmuje się szyciem na zamówienie. W pamięci ludzi zapisuje się jako osoba przedsiębiorcza, pełna pokoju mimo przeciwności, a jednocześnie również zawsze elegancka i ubrana stosownie do okazji.

 

U Anny, rozmodlonej i oddanej Bogu poruszyło mnie jeszcze jedno. Kiedy któreś z dzieci zachorowało i nie mogła przez to uczestniczyć we Mszy św., czuwała przy jego łóżku i mawiała: "w takim przypadku zostawiam Boga dla Boga".

 

To pokazuje mi również, w jaki sposób traktować obowiązki wynikające z bycia mamą. A właśnie "mama na 1200%" jest moją kolejną propozycją do refleksji.

 

(fot. chrześcijańska mama)

 

Mama na 1200% procent. Albo nawet na milion. Kobieta, dla której po urodzeniu się dziecka mąż przestaje istnieć. Liczy się tylko dziecko, czas spędzany z nim we dnie i w nocy, a potrzeby małżonka schodzą nawet nie drugi plan, ale na dziesiąty. Bo jak dziecko jest na pierwszym, to dobry pediatra na drugim, a na trzecim koleżanki z forum dla świeżo upieczonych mam.

 

Jako chrześcijańska mama absolutnie nie mówię, że mama nie ma być "mamina". Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć jednak, że rolę mamy i żony można połączyć - oczywiście wszystko ulega modyfikacji. A mama, która przekreśla wszystkie inne relacji wraz z momentem pojawienia się dziecka, z dużym prawdopodobieństwem nie będzie w stanie dać mu wolności w późniejszym życiu, w momencie gdy nieuchronnie będzie musiało wyfrunąć z rodzinnego gniazda. A gniazdo zostanie puste, tak jak i serce…

 

Jak przeżyć to dobrze?

 

Podpowiedzią może być życie Marii Zelie Martin, mamy świętej Tereski od Dzieciątka Jezus. Państwo Martin mieli dwóch synów i siedem córek. Realia tamtych czasów, epoki bez szczepień czy antybiotyków, były brutalne - wiek dorosły osiągnęła jedynie piątka ich dzieci. W pogodzeniu się z tą stratą pomogła jej wiara - pisała w jednym z listów: "wielkim dobrem jest posiadanie małych aniołków w Niebie, jednak ich utrata nie staje się przez to mniej bolesna, oto wielkie cierpienia naszego życia". Wszystkie córki państwa Martin wybrały życie zakonne. A wolność wewnętrzna rodziców, zapewne niepozbawiona zmagań, przecież wywarła wrażenie również na przyszłej świętej, małej Teresce, która tak napisała o rodzicach:

 

"Czyż Pan nie obiecał stokrotnej zapłaty w tym życiu temu, kto zostawi dla Niego ojca, i matkę, i siostry?… Wiem, że zazwyczaj te słowa stosuje się do dusz zakonnych, czuję jednakowoż w głębi duszy, iż zostały one wypowiedziane do rodziców, którzy w swojej hojności poświęcają dzieci droższe ich sercu, niż oni sami."

 

Pułapek, w które możemy wpaść w małżeństwie jest dużo więcej. Znam na przykład pary, które mogę określić jako "Super Glue", czyli wszystko razem z moim misiaczkiem. Czasem mam wrażenie, że w takim związku można się udusić z miłości, a w tym wszystkim ukryta jest pewnie głęboko zazdrość.

 

Każda z nas jest JAKAŚ

 

Zdarza mi się też widywać żony modne, czyli takie, które zawsze trzymają fason, nawet na Świnicę pójdą w szpilkach i nastawiają budzik pół godziny przed mężem żeby zrobić makijaż. Nie będę jednak kontynuować naszej przebieżki przez żywoty świętych, bo myślę, że każda z nas może poszukać dla siebie takiej inspiracji. Każda z nas jest JAKAŚ. Nawet jeśli w okresie narzeczeństwa piłujemy nasze różki i pokazujemy się z jak najlepszej strony, prawda o tym, kim jesteśmy, jaki mamy charakter, wejdzie razem z nami do naszego związku, jak zawartość skrzyni posagowej.

 

To, co nas określa - nasz temperament, charakter, sposób bycia - to jednocześnie źródło siły, potencjału, życiowej energii, jak i zagrożenia. Nie powinnyśmy od tego uciekać. Musimy być świadome tego, jakie jesteśmy, co w życiu cenimy - po to, by to dobrze wykorzystać, by nie wpaść w czekające na nas pułapki. Fajne, święte żony i matki mogą nam w tym podpowiadać.

 

A przy okazji świętości chcę jeszcze dodać, że każda z nas, z tym zestawem cech, z którym Pan Bóg nas stworzył, ma swoją małą misję. Nasza kobiecość może być odpowiedzią na jakiś głód w świecie - w tym małym świecie, do którego Bóg nas posyła. Każda z nas może być kimś, kto wnosi radość i sens w życie męża, dzieci, sąsiadki, osób spotykanych w pracy.

 

Żeby tak się działo, nie możemy jednak całym bogactwem swojego charakteru wcisnąć się do szablonu "katolicka żona idealna". Żyjemy w czasach, w których wymaga się od nas bycia idealnymi - mamy sobie radzić w pracy, dobrze wychowywać dzieci, orientować się w nowościach muzycznych i kinowych i jeszcze nie oddalać się za bardzo od ideału 90-60-90.

 

Katoliczki mają podwójnie pod górkę, bo oprócz tego słyszą często, że mają być ułożone, miłe, zaangażowane w Kościół, ale z klasą i bez ekscesów, mają mieć dużo dzieci i doskonale odnajdować się w roli mamy. Wydaje mi się, że to ciężar, który same sobie wkładamy na plecy. I ja sama mam czasem wyrzuty sumienia, słysząc "a kiedy to to robisz" ("to", czyli wszystko co wiąże się z ewangelizacją). Robię wtedy szybki rachunek sumienia: ile siedziałam z dziećmi nad matmą, ile koszulek wyprasowałam i co wkładałam do śniadaniówek. Sprawdzam, czy mieszczę się w szabloniku… Tymczasem nigdzie w Biblii nie jest napisane, że mamy być idealnymi żonami.

 

Ideał kojarzy mi się z pewnego rodzaju szablonem. Szablon przykładamy do jakiejś powierzchni, odrysowujemy i tniemy - wycinamy, odcinamy, odrzucamy i przy okazji się ranimy. Ideał to coś, do czego musimy przyciąć nasze życie. A Bóg mówi: "świętymi bądźcie". Świętość jest skrojona na naszą miarę. Droga do świętości dla każdego z nas jest inna, bo wykorzystuje nasz potencjał, nasze unikalne cechy, Boże dary.  Świętość jest skrojona na miarę nas i naszej codzienności - nie trzeba szukać umartwień, bo tak naprawdę je dostajemy często w pakiecie razem z obowiązkami, nie trzeba wzdychać z tęsknotą za wyjazdami na misje (choć pewnie to również droga dla niektórych), bo nasze małe codzienne misje czekają na nas w domu i pracy. I uczą nas miłości, a to najważniejsze.

 

W liście do Tytusa jest takie zdanie, w którym święty Paweł pisze, że starsze kobiety mają "uczyć innych dobrego". W dosłownym tłumaczeniu z greki czytamy, że mają nauczać piękna. To piękno bierze się z naszego serca, z tego kim jesteśmy - tak konkretnie. Trzeba wykorzystywać te nasze mocne cechy, rozwijać je mądrze.

 

Droga do tego, by  taką kobietą, jaką Bóg chciałby bym była nie prowadzi przez dopasowanie siebie do wzoru "idealnej żony". Ta droga wiąże się z poznawaniem siebie, dostrzeganiem unikalnych darów, jakie od Niego otrzymałam i rozwijaniem ich, by być w pełni sobą. Być kobietą nieidealną, ale taką, która widząc zarówno swoje zalety, jak i wady, potrafi powiedzieć z wdzięcznością: "Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie".

 

(konferencja wygłoszona 8.03.2018 w Gdańsku-Wrzeszczu na zaproszenie DA Winnica przez Maję Moller, chrześcijańską mamę)