Jak kochać, kiedy już nie umiesz się z nim dogadać? 5 języków miłości

Anna Świerzyńska
data15.09.2018 08:00

(fot. shutterstock.com)

Zderzenie dwóch odległych światów mówiących innym językiem i myślących w inny sposób. To konfrontacja cywilizacji równie dalekich jak dystans Europy wobec Nowej Gwinei. Jak się dogadać, kiedy nie masz już ani słów, ani siły?

 

Istnieją gdzieś na końcu świata egzotyczne, dudniące odgłosami polowań plemiona, które dla tak zwanego ucywilizowanego świata są zjawiskiem zupełnie obcym. Fenomenem niezrozumianym, ba nierzadko wyśmiewanym.

 

Dlaczego? Głównie z powodu posługiwania się odmiennym kodem kulturowym, którego nośnikiem jest przecież język, tradycje, obyczaje czy wierzenia. Dla przykładu, plemiona tubylcze Nowej Gwinei, posługują się wyjątkowo surrealistycznie brzmiącym dla Europejczyków językiem. Niespotykanymi zbitkami głosowymi, aliażami brzmień i konglomeratami dźwięków, przypominającymi bardziej syczenie węża, powiew wiatru albo charczący kaszel starca.


A dla posiadaczy tego języka to przecież norma, konwencja, po prostu codzienność. Jak wyjątkowym zderzeniem byłoby spotkanie w galerii handlowej, tradycyjnie nie-odzianego Papuasa.

 

Zaskakująco analogicznie wygląda spotkanie pięknej nieznajomej z przystojniakiem z pobliskiej dzielnicy. Dziwne? To także zderzenie równie odległych dwóch światów, odrębnych istnień ubierających się inaczej, mówiących innym językiem i myślących w inny sposób. To konfrontacja dwóch cywilizacji równie dalekich jak dystans Europy wobec Nowej Gwinei. A jednak na co dzień mijających się w metrze, obijających w kolejce po iphone’a, kłócących w urzędzie czy patrzących powłóczyście na siebie w tramwaju.

 

Jedyna różnica między spotkaniem Papuasa ze sprzedawcą Rolls-Royce’a w Nowym Jorku, a spotkaniem na linii kobieta-mężczyzna, polega na tym, że z przedstawicielami płci przeciwnej rozmawiamy codziennie, a z Papuasami tylko od święta. Takie "kolizje" mają miejsce codziennie. Pchane przez naturę kończą się nierzadko ślubem i generują kolejne pokolenia kobiet i mężczyzn pragnących wreszcie się ze sobą dogadać.

 

Czemu to aż to takie trudne?

 

Stworzył ich kobietą i mężczyzną. Od wieków temat ten drąży umysły wielkich wybitnych myślicieli, naukowców czy znawców płci mózgu. Wielu zastanawiało się, jak zrozumieć kobietę i mężczycznę. Przecież małżeństwo to kreacja Boga, więc muszą istnieć narzędzia, by je budować. Skupmy się więc na instytucji małżeństwa. To o ten byt chodzi mi w rozmyślaniu.

 

To właśnie w nim najpełniej wyraża się relacja damsko-męska, jest ona najmocniej ze sobą zespolona i od siebie zależna. Skoro tak trudno się porozumieć mimo zamieszkiwania tej samej szerokości geograficznej, mimo mieszkania w bloku obok i jedzenia tego samego kotleta w niedzielę, to z pewnością nie chodzi tu o to co zewnętrzne, ale o to co kryje się w nas.


O to co nas konstytuuje i tworzy - nasze oczekiwania wobec innych, wyobrażenia, wychowanie, zranienia, osobowość i wreszcie wolę porozumienia się. To ostatnie jest chyba najistotniejsze, bo tego skąd pochodzimy zmienić nie możemy, ale swoje nastawienie owszem. Czy zatem kobieta pochodząca z Wenus, a mężczyzna z Marsa mówiący innymi językami, tak skrajnie różnymi od siebie, mogą ze sobą żyć w zgodzie?

 

Jak najbardziej, warunek jest jeden, jeśli tylko ojczysty język - którym każdy z nas się posługuje, a który determinuje dzieciństwo, rodzina, doświadczenia - rozpozna druga strona i tym językiem będzie do nas mówić. Szanując przy tym naszą odmienność i akceptując ją. I tu docieramy do sedna.

 

Ojczysty język miłości

 

Każdy z nas ma swój ojczysty język miłości, niezależny od płci, a od wychowania. Najistotniejsze czy znajdzie się ktoś kto go odcyfruje i wypełni nasz zbiornik uczuć. Znany pisarz Gary Chapman w swoim poradniku dla małżeństw, wyodrębnia pięć języków miłości. W zależności od głęboko zakorzenionych w nas potrzeb wyróżnił on: wyrażenia afirmatywne, dotyk, dobry czas, drobne przysługi i przyjmowanie podarunków.

 

Klucz do rozwiązania całej zagadki leży w rozpoznaniu potrzeb drugiej osoby i codziennym wysiłku, by ją kochać. Bo miłość to arcytrudne zadanie i wybór, nie afekt. Nie wystarczy tak po prostu kochać. Klucz leży w sposobie okazywania miłości, wyzwalaniu dobrych uczuć w drugim człowieku i dawaniu odczuć, że jest miłowany. Jeśli znamy język, jakim posługuje się nasz małżonek - konkretne czyny i słowa, które na nią działają i pozwalają jej czuć się kochanym/ą, wystarczy wdrożyć je w życie. Na początku może mechanicznie, ale z czasem spontanicznie.

 

Jeśli twój mąż uwielbia dotyk i poprzez wyrazy czułości fizycznej najbardziej czuje się kochany daj mu to. Wyraź swoje oddanie muśnięciem dłoni, pogłaskaniem, przytuleniem, fikuśnym potarganiem włosów. Zobaczysz jakie cuda może zdziałać używanie odpowiedniego języka twojego małżonka.

 

Jeśli twoja żona uwielbia prezenty, kreatywne niespodzianki czy małe podarunki zapewnij jej to choć raz w tygodniu. Napisz jej list i zostaw przy poduszce, przynieś pęk ulubionych kwiatów bez okazji, kup jej magazyn wnętrzarski, na który poluje od dawna, przynieś pizzę w piątkowe popołudnie, by odciążyć ją od gotowania. Szybko dostrzeżesz w niej przemianę, bo napełnisz jej zbiornik uczuć.


Każdy człowiek posiada inne potrzeby i włada innym językiem bez względu na płeć, tak więc porozumienie leży w przyjmowaniu drugiej osoby taką jaką jest i mówieniu do niej odpowiednim językiem. To tak jakbyśmy kompensowali pewne braki i wciąż podlewali rosnący kwiat.


Dobrze, a co w sytuacji gdy już nie umiemy kochać, gdy czujemy wypalenie? Wierz mi, że zasada posługiwania się odpowiednim językiem może okazać się ostatnią deską ratunku. Oczywiście nie wolno zapominać o całej reszcie sfer, którą wymienił autor. Jednak to twój małżonek pokaże ci na którą z nich położyć szczególny nacisk.


Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by pokonywać bariery i razem tworzyć dzieło sztuki, jakim może twoje być małżeństwo.