Łagodność zamiast focha. Chcę być żoną według pomysłu Boga

Maja Sowińska
data30.09.2018 14:59

(fot. Nela Dymopulos-Kusto)

Nauczyłam się też inaczej komunikować. Nadal się uczę. Mówić: poczułam się zlekceważona - zamiast - zlekceważyłeś mnie; Zasmuca mnie, kiedy tak robisz - zamiast - Jesteś beznadziejny. Uczę się nie używać słów "nigdy" i "zawsze", bo są strasznie niesprawiedliwe.

 

Poskromienie złośnicy

 

Nawet jeżeli bardzo nie chcemy, do naszego życia wkradają się stereotypy. Często nawet ze wstydem przyznajemy się w końcu do tego, że kopiujemy z naszego rodzinnego domu właśnie te rzeczy, które zawsze nas bolały.

 

Dlatego z taką ulgą i nadzieją celebruję słowa z Listu do Rzymian (początek 12. rozdziału), które nazywają nasze życie pewnego rodzaju liturgią opartą na odnawianiu swojego umysłu, odnawianiu tego, jak myślimy - i w efekcie doświadczaniu zmiany jakości istnienia przez nowe myślenie. Słowo Boże obiecuje: krew Jezusa ma moc uwolnić cię od determinizmu, nie musisz być pokłosiem doświadczeń z przeszłości; Bóg ma pasję, żeby zobaczyć, jak przynosisz własny, śliczny plon.

 

Żona czyli ambasador cudów

 

Parę miesięcy temu przeczytałam rewolucyjne dla mnie zdanie o tym, że żonom często mylą się ich funkcje: zamiast towarzyszyć, kochać i być twórczą partnerką dla mężów, zachowują się jak Duch Święty, który notorycznie przypomina im o prawdzie i o grzechu. Jakież to prawdziwe! I nie chodzi mi tu o jakieś seksistowskie roszady. Myślmy jak Stwórca. On zaprojektował małżeństwo jako coś niesłychanie uwznioślającego, zarówno dla mężczyzny, jak i kobiety. Musimy starać się pojąć, co to znaczy.

 

I coś bardzo szczególnego - wręcz "nie z tej Ziemi" - dzieje się, kiedy jesteśmy gotowi uszanować Boży porządek i wejść w sprawy tak, jak On to proponuje. W Jego oczach żona to ucieleśnienie atomowego wpływu; jej mandatem jest miłość. Nie manipulacja, nie emocjonalne szantaże, nie szukanie swego, nie udowadnianie, że "głowa bez szyi nic niewarta". Pisząc w ciąży do naszej córki listy, napisałam takie zdanie: "Chcę być taką żoną, żeby tatuś czuł się jak król". Właśnie o to tu chodzi.

 

Kłamstwa, w które wierzymy

 

Wierzymy, że działanie "po dobroci" sprawi, że on tylko się rozleniwi i nauczy, że jest bezkarny. Wierzymy, że narzekając na niego w towarzystwie w ramach litanii "a mój chłop to…", podbuduje jego ambicję i zachęci do zmiany. Wierzymy, że on się domyśli, kiedy zranione przestaniemy się odzywać. Wierzymy, że ich nie żenują teksty w stylu "faceta trzeba sobie wychować", chociaż same nienawidzimy być adresatkami takich prawideł. Wierzymy, że prowadzimy jakąś roszadę, w której z mężem trzeba wygrać, albo przynajmniej "trzymać go krótko". Wierzymy bardziej naiwnym filmom niż życiu i jesteśmy zawiedzione, że trzeba być uważną i działać, bo wróg nie śpi. Wierzymy, że okazanie mu szacunku i uznania, zanim na to zasłuży, tylko rozbucha jego ego. Wierzymy, że irytacja, narzekanie, ciosanie kołków, wymowne milczenie, wywieranie presji są skuteczniejsze niż miłość - i on się zmieni. Gdzie tu sens?

 

Wierzymy, że bycie poddaną żoną to pobożne dyrdymały, robiące z kobiet niewolnice, kury domowe i osoby niżej kategorii. To spore niedomówienie. I aż dziw bierze, ile osób się tego trzyma i prowadzi na bazie tego polemiki i wojenki. Niewielu jednak bierze pod uwagę cały kontekst, który mówi: bądźcie sobie WZAJEMNIE poddani - żony mężom, którzy mają kochać je bardziej niż własne życie (List do Efezjan 5, 21-32). Taki jest pełny standard, obie strony mają co robić - i to jest chwalebnie uzupełniające.

 

Postanowiłam zaryzykować i zdobyć się na tę irracjonalną i skandaliczną postawę, którą promuje Słowo Boże. Zrobiłam doświadczenie, poczyniłam obserwacje: kiedy bawię się w Ducha Świętego względem mojego męża i na każdym kroku "przekonuję go o prawdzie i o grzechu", tylko się ranimy, a ja wpadam w błędne koło frustracji i niemocy; on jest niedokochany i mu się wszystkiego odechciewa. Ale odkąd zmieniłam taktykę i mówię Duchowi Świętemu, żeby sam go przekonywał o tym czy o tamtym, a sama zachowuję łagodność - dzieją się cuda. Nie zawsze jest łatwo przełknąć gulę. Stare mechanizmy wracają. Jednak nauczyłam się, że kiedy najbardziej jestem rozczarowana, robię mu najpiękniejsze śniadanie, z wieloma wariantami i herbatką taką z miodem, sokiem i cytryną, i nic nie pisnę o zmywaniu; dam jeszcze buzi, gdy skończy, i uśmiechnę się. I zmiana przychodzi. Krok po kroku. Bo tylko miłość jest naprawdę skuteczna. Moja miłość to jego immunitet na moje dąsy, miłość nigdy nie zawodzi.

 

Imperium łagodności i słowa

 

Świat uzna to za naiwność, ale przecież my chcemy żyć według słów Tego, Który zwyciężył ten świat. Mowa tu o cechach, które dla Boga są szczególnie cenne u kobiety: nienaruszalny spokój i łagodność ducha (1 List Piotra 3, 4). I nie chodzi tu o to, że mamy być jak takie bezwolne mimozy, podczas gdy mężczyźni "zdobywają świat". Po prostu coś szczególnego jest uwalniane w atmosferze duchowej, kiedy pielęgnujemy i stawiamy na pokój i łagodność. To cechy Ducha Świętego i On wpływa przez nie na rzeczywistość.

 

To nie znaczy, że nie możemy być przebojowe, spontaniczne, stanowcze i twórcze. Boskie piękno przewidziane dla nas ma nieskończenie wiele odcieni. Nie bez przyczyny w Księdze Przysłów można przeczytać, że "strojem jej siła i godność" (Prz 31, 25), oraz - moje ulubione z Pieśni nad Pieśniami - "wdzięczna jak Jeruzalem, groźna jak zbrojne oddziały" (Pnp 6, 4). Właśnie takie jesteśmy. Właśnie takie możemy być. Nieskrępowanie piękne.

 

Nie usiłuję powiedzieć, że nie należy ze sobą rozmawiać i tylko czekać, aż Duch Święty zrobi całą robotę za nas. Chcę raczej pokazać, że nie doceniamy Jego działalności w naszym życiu i za mało z Nim współpracujemy w kwestii zmiany tego, jak funkcjonujemy. Ciągle chcemy wszystko sami albo czujemy się niegodni, by Go prosić. A On właśnie dla nas jest - co więcej, W NAS jest, żeby życie pełne łaski naprawdę było naszą rzeczywistością. Chcę cię zachęcić do tego, żeby nie intelektualizować działalności Ducha Pańskiego; On naprawdę może zadziałać w twoim domu, w twojej codzienności, w twoim małżeństwie.

 

Projekt: przedłużenie

 

Wybieranie łagodności zamiast focha to proces. Często, gdy tracę cierpliwość, modlę się: Duchu Święty, przekonaj go, bo nie chcę wchodzić w Twoje kompetencje. Irytuję się, łykam łzy, ale wołam. A On odpowiada. Nauczyłam się też inaczej komunikować. Nadal się uczę. Mówić: poczułam się zlekceważona - zamiast - zlekceważyłeś mnie; Zasmuca mnie, kiedy tak robisz - zamiast - Jesteś beznadziejny. Uczę się nie używać słów "nigdy" i "zawsze", bo są strasznie niesprawiedliwe. Ani nie wyrokować "jesteś taki sam jak twój ojciec/matka", bo nie ma determinizmu, odkąd jesteśmy w Jezusie "nowym stworzeniem".

 

Doświadczam tego, jak wspaniałym projektem jest małżeństwo. Jak wiele rzeczy we mnie uwolniło, jak poszerzyło moje życie o całą jedną drugą osobę. Ja jestem przedłużeniem mojego męża, a on moim. Jak tu nie kochać takiego układu. To nieprawdopodobnie intensyfikuje życie. Coś niesamowitego dzieje się, gdy zaczynamy w małżeństwach rozumieć, że chodzi o wspólne królowanie, a ono jest służbą. Nie warto być samotną królową, dumną i bladą.

 

Myślę, że takie partnerskie małżeństwo od początku wymyślił Bóg. Tylko to my wciąż uczymy się, odkrywamy i odkłamujemy, co to wszystko znaczy.

 

Przeczytaj też: Nasz ślub z przypisami >>

 

Maja Sowińska - absolwentka judaistyki i lider uwielbienia, pasjonatka architektury modernizmu i reportaży. Na co dzień wraz z mężem i córką celebruje życie w Skierniewicach. Prowadzą na facebooku stronę, za pośrednictwem której chcą dzielić się swoimi talentami, aby budować Królestwo Boże na Ziemi