Jestem czterdziestotrzylatką i planuję być stara. Poczułam jesień życia

Lidia Góralewicz
data03.11.2018 07:00

(fot. alpay tonga / unsplash)

Zastanawiam się skąd powiedzenie "jesień życia"? I dlaczego po tej jesieni nie ma zimy? A może zima zawita, gdy w pędzie codzienności zatrzymamy się dwa metry pod ziemią?

 

Uznałam, że nie ma się co oszukiwać. Czas leci. I można go maskować, zacierać grą słów, pozorów i udawania. Tylko pytam się po co? By w kondycji złudnej młodości dobrnąć do wieczności?

 

Znienawidzą mnie teraz wszystkie czterdziestoletnie koleżanki, ale wyszło mi z czystej matematyki, że mając 43 lata, przekroczyłam próg jesieni życia. Przyjąwszy, że są cztery pory roku, a kobieta żyje średnio 82 lata (śmierć niemiłosiernie dyskryminuje panów), to - jak by nie liczyć - wychodzi na to, że wiosna była do 20-stki, lato do 40-stki, a jesień… no jesień właśnie dla mnie trwa. 

 

Moja jesień życia

 

Przyznaję, że i ja próbowałam nadchodzącą nieuchronnie jesień życia ignorować. Bo jak mam jej nie lekceważyć, skoro czuję się jak wiosna w rozkwicie? Jednak endokrynolog i okulista są zdania, że przy moim zdrowiu to cud, że jakąś wiosnę jeszcze czuję. Rwanie w kościach, co je biorę za letnie przesilenie, to prędzej początki reumatyzmu, niż zew młodości.

 

Lekarze zwykle są dla mnie brutalnie szczerzy. Mogłabym pomyśleć, że może w ten sposób odreagowują trzeci dyżur z rzędu w przychodni - ale mogę też po prostu wziąć na klatę fakt, że się starzeję.

 

Ups. Użyłam tego słowa

 

Mowa polska zna wiele eufemizmów, których używa się po to, by nie wspominać o starości. Jesień życia to pikuś. Mówi się też o "złotym wieku". Nie wiem czemu. Do stawek emerytur to na bank się nie odnosi.

 

Ostatnio ludzie rzadko umierają. Częściej: kończą bieg życia, odchodzą do Pana, finiszują ziemską wędrówkę, przekraczają próg wieczności itd. Takie eufemizmy i synonimy są miąższem literatury. Spoko. Mi pasuje. I będzie pasowało, dopóki przez to nie przegapię swojego własnego «przemijania».

 

"Trzeci wiek" może i brzmi romantycznie, ale może też być wymówką dla braku produktywności ludzi starszych w porównaniu do tych na etacie. Prędzej przemawia do mnie określenie "zmierzch życia" - tyle, że podobnie jak o starości, nikt o nim nie wspomina. Znam jeszcze inne, wyszukane określenie: "wiek matuzalowy". Odczytuję je jak pobożne życzenie, biorąc pod uwagę fakt, że rzeczony biblijny Matuzel miał żyć 969 lat. 

 

Starość - nie nadchodzi, jeśli jej nie wywołamy? 

 

Ostatnio jesień życia zaatakowała mnie brutalnie. Najpierw tym bukietem żółtych liści i czerwonej jarzębiny, co to je dziecię miało zanieść do przedszkola. Potem było jeszcze dosadniej. Zapowiedź starości przyczaiła się w zaułkach Krakowa. 

 

Ucieszona, że średni syn znalazł sobie retro rozrywkę, za którą uważałam (mój błąd) iluzjonistyczne sztuczki, postanowiłam go wraz z mężem zabrać na wieczór "magii". Nie uprzedził mnie nikt z organizatorów, że iluzja przeżywa renesans wśród młodzieży i że będziemy najstarsi na widowni. (sic!)

 

Dziwnie się czułam. Jakby ktoś na powrót wsadził mnie do szkolnej sali. Choć świetnie się bawiłam, czułam że smark-czarodziej po dwudziestce, mówi do mnie jak do starszej pani. I dobrze! 

 

Osobiście planuję być stara

 

Chcę starzeć się długo i skutecznie. Będę mieć czas na bezproduktywne siedzenie w parku, a może i siłę na spacerowanie? Będę znajdować czas na zabawę z wnukami - bez spinki, że obiad nieugotowany. Czas będę miała też na spokojne krojenie jabłek na szarlotkę. A może się przy okazji uda, że w czymś będę mogła pomóc innym?

 

Godzin starczy na siedzenie przed kominkiem i wpatrywanie się w ogień. Na odmawianie różańców, nawet jeśli ktoś będzie nazywał to klepaniem. Na wizyty na koncertach i w teatrach - choćby tych ze wstępem gratis, jeśli emerytury zabraknie. I na czytanie! Tak, będę dużo czytać (Boże, spraw bym nie oślepła!).

 

Będę mieć czas na niekończące się rozmowy z małolatami… gdy będę wspominać minione lata i opowiadać im o czasach bez smartfonów. Może i moje dorosłe wtedy dzieci znajdą dla mnie chwilę? I już nigdy nie odmówię im godzinki uwagi na słuchanie (co dziś niestety się zdarza). Albo wrócę kiedyś do dziergania?

 

Czekam na dni, w których głównym punktem rozrywki będzie wizyta w lokalnej służbie zdrowia. I wieczorna herbata z malinami. Nareszcie może z mężem za wszystkie czasy sobie pogadamy? Czekam na czas, którego nigdy pod dostatkiem nie miałam. 

 

Czekam na starość jak na odpoczynek po pracowitym życiu. To czas, gdy już nic nie będę musiała udowadniać, nawet sobie, tylko tak zwyczajnie i po prostu będę mogła żyć, według własnego planu - albo lepiej bez planu. 

 

Zestarzeję się, z wiosną w sercu, która mam nadzieję, umiera ostatnia. Przywrócę pozytywny wydźwięk STAROŚCI! I wyśmieję stwierdzenie, że: "starość się Panu Bogu nie udała". Niech tylko dożyję…

 

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu "Retro Matka", autorstwa Lidii Góralewicz. Jest ona matką czwórki dzieci i autorką cyklu "Małe kroczki" o tym, jak wprowadzać dziecko w Kościół.