Zwolnij swojego coacha. Jak uciec z pułapki samorozwoju?

MANDO Svend Brinkmann
data28.01.2019 09:00

(fot. shutterstock.com)

Coaching stał się wszechobecnym narzędziem rozwoju w kulturze przyspieszenia. Zadaniem trenera osobistego jest pomóc ci w odnalezieniu odpowiedzi w sobie samym, a także w zrealizowaniu twojego pełnego potencjału. Jest to jednak chybiony strzał - powinieneś rozważyć zwolnienie swojego coacha i zamiast tego nawiązanie z kimś przyjaźni.

 

Oczywiście może się zdarzyć, że twój coach zdążył się już zwolnić z powodu frustracji wywołanej tym, że przestałeś wsłuchiwać się w siebie tak intensywnie jak kiedyś, zamiast tego skupiając się na tym, co negatywne, płynąc pod prąd i powściągając emocje. Jeśli jednak sam się nie zwolnił, przyszedł czas, żebyś to ty się z nim pożegnał. Teraz już wiesz, że obietnica "odpowiedzi, którą znajdziesz w sobie", jest złudzeniem i że coaching to być może najbardziej dobitny wyraz największych bolączek kultury przyspieszenia, gdzie trudno jest poczuć grunt pod nogami. Coaching kładzie mianowicie nacisk na rozwój i zmianę - z zasady niezależnie od kierunku i treści tego rozwoju.

 

Zachęcając cię na tym etapie do zwolnienia twojego trenera osobistego, niekoniecznie mam na myśli konkretnego coacha, z którym masz się pożegnać. Choćby dlatego, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie stać cię na taką usługę, która często kosztuje ponad sto złotych za godzinę. Trenerzy osobiści, głosząc pochwałę nieustannego rozwoju, pozytywności i sukcesu, stanowią przeciwny biegun stoickiego wychwalania spokoju duszy, który można osiągnąć stojąc nieruchomo i mocno na ziemi. Używając słowa "głosząc", chcę powiedzieć, że odczuwamy to tak, jakby należeli oni do nowego kapłaństwa, z niemalże religijną obsesją koncentrującego się na rozwoju i samorealizacji.

 

Niebezpieczeństwo coachingu

 

"Ciągły i niekończący się postęp" - brzmi to niczym użyteczny slogan dla sportowców, natomiast jako przepis na szczęście dla zwyczajnych ludzi wydaje się dużo bardziej wątpliwy. Niebezpieczeństwo coachingu polega na tym, że nigdy nie będziemy mogli zastygnąć w bezruchu. Zawsze istnieje możliwość polepszenia, zatem skoro mimo wszystko nie ulegamy poprawie, szybko zaczniemy się z tego powodu obwiniać - ponieważ nie podjęliśmy wystarczającego wysiłku. Przesłanie bowiem brzmi, że wszystko da się zrobić, jeśli wierzy się w to wystarczająco mocno i jeśli wystarczająco się tego pragnie..

 

Tendencją problematyczną w tym istnym coachingowym tsunami jest twierdzenie, że jeśli wrosłeś w coś na amen, czujesz się wyczerpany, masz spadek nastroju albo odczuwasz wewnętrzną pustkę, receptą jest skorzystanie z pomocy trenera osobistego. Ale przecież jest całkiem możliwe, że wyczerpanie i poczucie pustki stanowi właśnie następstwo presji nieustannego samorozwoju i ciągłej poprawy. Jeśli tak jest w istocie, ryzykujemy, że coaching jeszcze bardziej nasili problemy, w których rozwiązaniu powinien przecież pomóc. Mówiąc w skrócie, coaching w coraz większym stopniu staje się lekarstwem przyczyniającym się do naszej choroby! Pewnego razu być może zaczniemy się wsłuchiwać w siebie na tyle długo, że na koniec odkryjemy, że tam w środku nic nie ma. Wtedy coach nie będzie miał nam czego ukazać i relacja z nim stanie się bezsensowna. Coaching opiera się przecież na tym, że trener jest pomocnikiem trzymającym przed nami lustro po to, aby jego słuchacze uzmysłowili sobie drzemiące w nich cele, wartości i preferencje, co w konsekwencji miałoby ułatwić ich realizację. Jak zawsze w przypadku religii "ja", główne założenie opiera się na przekonaniu, że odpowiedzi znajdują się w tobie samym. To właśnie we wnętrzu jednostki należy szukać kierunku rozwoju (dokąd chcę dotrzeć?) oraz miary tego, kiedy ten rozwój ostatecznie się powiedzie (kiedy będę wstarczająco dobry?) Kiedy należy się zatrzymać? Kluczowym sloganem staje się tutaj "ciągły i niekończący się postęp". Nigdy nie będziemy wystarczająco dobrzy.

 

Coaching i przyjaźń?

 

Wygląda na to, że poufałość, jaką wiele osób wypracowuje sobie w relacjach ze swoim coachem albo terapeutą, zastąpiła tradycyjne formy przyjaźni. Człowiek jest zwierzęciem, które nie tylko posiada partnera - niekiedy na całe życie - ale także przyjaciół. Przyjaźń jest relacją mającą wartość samą w sobie: przyjaciel to ktoś, komu się pomaga dla jego własnego dobra. Jeśli natomiast pomagamy drugiej osobie, aby samemu na tym skorzystać, nie jest to właściwie przyjaźń, ale raczej partnerstwo oparte na niepisanym kontrakcie (podrapię cię po plecach, jeśli ty też mnie podrapiesz). Zasada quid pro quo (coś za coś) obowiązuje w wielu relacjach międzyludzkich, na przykład pomiędzy pracodawcą a pracownikiem, ale już nie w związku rodziców i dzieci (rodzice mają obowiązek wspierania dzieci bez względu na to, czy spodziewają się, że "coś z tego będą mieli"). (…) Należy zatem zapytać, czy religię "ja", skupiającą się na własnych preferencjach jednostki, na dodatek z coachem oferującym nam narzędzia do rozwoju osobistego, można interpretować jako nowoczesną formę przyjaźni?

 

Co w zamian?

 

Jeśli tak samo jak ja odczuwasz obrzydzenie wobec umasowienia coachingu we wszystkich aspektach życia i reprezentowanej przezeń wzmożonej instrumentalizacji związków międzyludzkich, możesz zacząć od uzdrowienia swojego języka. Zamiast bycia w sieci, powinieneś dążyć do tego, żeby mieć krąg przyjaciół. Jak wspomniałem wcześniej, jasne jest, że pojęcie przyjaźni oznacza coś innego niż to, co ostatnio oferuje się na przykład za pośrednictwem Facebooka. Fejsbukowy "znajomy" jest wyłącznie zwykłym kontaktem, a sieć oznacza relacje oparte na pewnego rodzaju kontrakcie. Natomiast prawdziwy przyjaciel to osoba, której życzysz jak najlepiej i której jesteś gotowy pomóc, mimo że sam nic na tym nie zyskasz. Możesz tylko mieć nadzieję, że ty także jesteś czyimś prawdziwym przyjacielem, bo takich relacji nie można nawiązać na zasadzie kontraktu - podobnie jak nie możemy zawrzeć umowy o miłość. Dlatego wprowadź na nowo do swojego życia krąg przyjaciół i pojęcie przyjaźni, a także zwolnij swojego trenera osobistego.

 

Z drugiej strony, kto wie - może zaprzyjaźnisz się ze swoim coachem? Trenerzy osobiści to często naprawdę świetni ludzie, którzy weszli do tej branży, bo lubią innych i chcieliby nieść im pomoc. Może zatem odkryjecie razem, że pewne rzeczy mają wartość same w sobie i nie definiuje się ich wyłącznie na podstawie naszych osobistych preferencji czy w odniesieniu do ich zdolności maksymalizacji zysku, innymi słowy: realizacji jak największej liczby naszych życzeń.

 

Jeśli chcesz zrozumieć, że to, co w życiu ważne, znajduje się poza tobą samym, zwłaszcza w relacjach z innymi ludźmi, najlepsze, co możesz zrobić po zwolnieniu swojego coacha, to wykonać jakiś dobry uczynek dla drugiej osoby. Być może to nie takie trudne, ale spróbuj zrobić dla kogoś coś dobrego, nie ujawniając jednak, że ty za tym stoisz. Tym razem będzie to trudniejsze, ponieważ w ten sposób unieważnisz myślenie o "czymś za coś". Anonimowa dobroczynność pomoże ci zrozumieć wartość własną dobrych uczynków i nauczysz się, że to nie twoje wewnętrzne przeżycia decydują o znaczeniu różnych rzeczy. Na świecie istnieją dobre, ważne i istotne zjawiska, mimo że nie zapewniają ci żadnych korzyści.

 

***

 

Tekst pochodzi z książki "Poczuj grunt pod nogam". Książka Svenda Brinkmanna została bestsellerem w wielu państwach. Przekonaj się, dlaczego.

 

Rozwój stał się dziś celem samym w sobie, a my staliśmy się jego niewolnikami. W jaki sposób zatrzymać to szaleństwo pop-psychologii? Na początek zwolnij trenera osobistego, przestań wsłuchiwać się w siebie i zacznij tłumić emocje.

 

Książkę znajdziecie w ofercie Wydawnictwa WAM.