"Zostawiłem żonę, była toksyczna". "Odcięłam się od ojca, był toksyczny". Toksyczność - trend czy trąd XXI wieku?

Ewelina Wolnicka
data27.01.2019 11:18

(fot. shutterstock.pl)

Coś we mnie pękło, gdy kolejny raz natrafiłam na treści mówiące o niewchodzeniu w kontakt z "osobą toksyczną". Z bólem w sercu zauważyłam, że takie wyrażenia -"człowiek toksyczny" pojawiają się również na portalach katolickich. Wiedziałam, że nie mogę tego tak zostawić. Nie ma we mnie zgody na to stwierdzenie.

 

"Trędowaty, który podlega tej chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: «Nieczysty, nieczysty!» Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem"(Kpł 13,45-46).

 

Zostawiłem żonę, była toksyczna. Odciąłem się od mojego ojca, był toksyczny. Nie kontaktuję się ze swoją teściową, jest toksyczna. Odejdź od niego, on jest toksyczny!
"Toksyczny, toksyczny, nieczysty, nieczysty!".


Coś we mnie pękło, gdy kolejny raz natrafiłam na treści mówiące o niewchodzeniu w kontakt z "osobą toksyczną". W mojej głowie dźwięczały i nie dawały mi spokoju pytania: Z kim? Z osobą toksyczną? Z bólem w sercu zauważyłam, że takie wyrażenia "człowiek toksyczny" pojawiają się również na portalach katolickich. Wiedziałam, że nie mogę tego tak zostawić. Nie ma we mnie zgody na to stwierdzenie.


Nie ma i nigdy nie będzie toksycznych osób. Zachowania mogą być toksyczne, ale nigdy człowiek. Ktoś może powiedzieć, że to nie stanowi żadnej różnicy, ale wystarczy rozejrzeć się po nagłówkach gazet lub artykułów w Internecie ostrzegających przed relacjami z toksycznymi ludźmi, a często wręcz namawiających do ucieczki od nich, do pozostawienia ich samych sobie.

 

Wystarczy przysłuchać się rozmowom w autobusie lub kawiarni, by zauważyć, jak to słowo, faktycznie jak trucizna, przeniknęło w naszą rzeczywistość. Moda na "toksyczność" jest wygodna, usprawiedliwia brak miłości, wierności i podejmowania trudu w relacjach. Pod przykrywką ochrony siebie można łatwo wycofać się z przyjaźni, związków i relacji rodzinnych, bo przecież "trzeba się ratować".


I od razu wyraźnie zaznaczę - tak, dbanie o siebie samego, o swoje serce i bezpieczeństwo, stawianie granic i wymagań - to wszystko jest ważne, jest objawem dojrzałej miłości nie tylko do siebie, ale też do tej drugiej osoby. Ale równie ważne i dojrzałe jest stanięcie w prawdzie i uznanie, że chcąc tworzyć relacje, będziemy doświadczać krzywd i sami będziemy krzywdzić innych. Wydźwięk tego artykułu nie jest namową do bycia ofiarą i cierpiętnikiem, ale do rezygnacji z formułowania radykalnych stwierdzeń o czyjejś rzekomej toksyczności.

 

Mam prośbę do każdego, kto czyta ten tekst, i do siebie samej - byśmy nie wysyłali poza obóz naszego serca ludzi, którzy nas ranią, ale byśmy zastanowili się, dlaczego tak się zachowują i jak można im pomóc. Zazwyczaj odpowiedź jest najprostsza, ktoś rani, bo sam został mocno skrzywdzony i nikt mu po drodze nie pomógł tych ran wyleczyć. Może nawet ten ktoś często nie wie, że może zostać uzdrowiony.

 

"Trędowaty przyszedł do Jezusa i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony!» Natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony" (Mk 1, 40-42).


Od tego należy zacząć - zauważmy, że trędowaty przed uzdrowieniem zobaczył swój trąd i chciał zostać z niego oczyszczony. Zobaczył swój trąd. Stawiając w relacjach granice i wymagania, pokazujemy drugiej osobie: "O zobacz, coś ci tu cuchnie, coś ci tu cieknie, ropa? Skąd ta ropa? Trzeba to wyleczyć". Druga strona może nie chcieć dostrzec, że rani, że krzywdzi, może nie chcieć wziąć odpowiedzialności za swoje zachowania i właśnie wtedy, nie uciekając, ale robiąc krok w tył, mądrze chronimy siebie, jednocześnie dalej krzycząc "Stary, naprawdę coś ci tu krwawi!".

 

Tym jest właśnie "miejsce odosobnione", jest dla drugiej osoby przestrzenią do podjęcia w wolności decyzji o dostrzeżeniu swych ran i próby ich wyleczenia. Przestrzenią umożliwiającą powrót, a nie wygnaniem z życia. Czasem ktoś potrzebuje wolności i kilkukrotnego wołania, by móc wreszcie zobaczyć swoje rany. Całkowita ucieczka to uniemożliwia.


I to jest jeden z najpiękniejszych przejawów miłości - poznać z kimś jego rany, nie przestraszyć się tego smrodu, ale jednocześnie nie pozwolić się też tą ropą wysmarować. To jest Miłość, to jest lekarstwo. Nie musimy przytulać trędowatego i dać się zarażać. To Jezus dotyka tych ran, to On jest wszechmocnym Bogiem, nie my.

 

On dotyka, leczy przez ludzi, przez wiernych przyjaciół, kochającą rodzinę, przy pomocy psychoterapeutów i psychologów. To zazwyczaj bliscy dostrzegają cieknącą ropę, ponieważ nasze rany najmocniej zaczynają krwawić w najbliższych dla nas relacjach. Nie bójmy się tego. Jeśli trzeba, zróbmy krok w tył, poczekajmy, sprawdzajmy gotowość drugiej osoby do zobaczenia swoich ran i podjęcia decyzji o rozpoczęciu procesu leczenia. Gotowość do okrzyku i zgody: "Możesz mnie oczyścić!". Ludzie przejawiający toksyczne zachowania to ludzie, którzy najczęściej potrzebują najwięcej ciepła i miłości, w tym wszystkim ranią nie tylko innych, ale i siebie samych, zadają ból i go odczuwają.


Niezależnie, czy to my doświadczamy zranień, czy sami je zadajemy sobie lub innym, pamiętajmy o najważniejszym - nie ma takiego trądu, którego Bóg nie byłby w stanie wyleczyć. A człowiek nigdy nie jest toksyczny.