Na terapię chodzę już cztery lata. To dar od Boga

Ewa
data24.07.2019 09:00

(fot. pl.depositphotos.com)

Jestem postrzegana za gadatliwą osobę, a okazało się, że najtrudniejsze pytania, to te najprostsze - "jak się czujesz?" , "co słychać?". 

 

Nie mam problemu z mówieniem o tym, że chodzę na terapię. Po pierwsze nie czuję, że to "wstydliwe" - dla mnie to po prostu forma pomocy, a po drugie jest to dla mnie to forma świadectwa. Wiem, że terapia - osoby, które mi pomogły czy droga jaką przeszłam, to dar od Boga. Jest to omodlone i wymodlone.

 

O terapii mówi się jeszcze za mało, a szczególnie o tym, że są miejsca, gdzie są osoby, które potocznie nazywam "terapią chrześcijańską". Nie wiem, czy jest to moje określenie czy tak to funkcjonuje, ale są to osoby, które przyjmują osoby wierzące, będące wierzące i nie podważające tego jakimi regułami czy praktykami chrześcijanie kierują się w życiu. Po prostu to wygodniejsze, kiedy oczywistych oczywistości nie trzeba tłumaczyć  i wyjaśniać.

 

Nawet nie wiem od czego zacząć, bo jest tyle wątków, które gdzieś we mnie kiełkują. Wynika to trochę z pytań, jakie dostaję w czasie rozmów o terapii, a trochę z burzy emocji, jaka budzi się we mnie, gdy myślę o drodze, jaką przeszłam - od początku terapii do dziś. Wiem, że jeszcze końca tej drogi nie widzę, choć jestem pewna i wdzięczna Bogu, że idę dobrą drogą.

 

Na terapię chodzę już chyba 4 lata, z krótkimi przerwami. Doświadczyłam pracy na terapii z mężczyzną i kobietą. Akurat dla mnie płeć nie była kryterium doboru terapeuty, raczej szukałam odpowiedniego miejsca, środowiska. Na pierwszą terapię trafiłam z własnej decyzji, ale absolutnie nie zdając sobie sprawy z tego, ile terapia będzie trwać, na co się piszę, a także bez wiedzy, że stanę się nową osobą i że to po prostu nie jest proste. Dopiero teraz widzę, że samo pójście na terapię nie oznacza zgody na pracę nad sobą.

 

Między jedną, a drugą terapią był odstęp czasu spowodowany różnymi wydarzeniami w moim życiu. Nie ma tu żadnej sensacji, bardziej bym powiedziała, że był to czas, kiedy świadomie zgodziłam się na dalszą pracę nad sobą. Idąc na terapię, musimy podjąć  świadomą zgodę na pracę nad sobą, że możemy się zmienić, ale też, że skutki terapii nie będą takie jak sobie wymyśliliśmy. W praktyce dla mnie, oznaczało to, że musiałam choć trochę w życiu odpuścić. Potrzebowałam świadomej zgody na to, że w pewnym czasie będę mniej wydolna oraz zgodzić się na to, że nie będę robić wszystkiego tego, co zawsze.

 

Na początku myślałam, że wiem, w czym tkwi problem i byłam pewna że szybko go rozwiąże(my). Problem wcale nie okazał się "tak ogromnym problemem", bo po jego "rozwiązaniu", "pracy nad nim" okazało się, że otworzyłam puszkę Pandory. Szybko przekonałam się, że terapia to długotrwały proces, dotykający całego życia, a nie wybranego fragmentu. Wymagający świadomej zgody na dalszą pracę i w końcu okazało się, że nie do końca nadawałam na tych samych falach co terapeuta. Tak, to był ważny czas, ale nie było łatwo, bo tylko częściowo zgodziłam się, żeby nad sobą pracować. Właściwie może z biegiem czasu powiedziałabym, że była zgoda na to, co myślałam, że jest problemem, ale nie na długą, regularną pracę.
 

Po przerwie trafiłam na drugą terapię. Tym razem padł warunek, że spotkania mają odbywać się co tydzień (wcześniej około 2 razy w miesiącu). Wymagające (także finansowo), ale właśnie regularna praca dała efekty. Nauczyłam się, a właściwie ciągle się uczę, czym jest terapia. Na początku wychodząc z terapii, chciałam mieć głębokie wnioski, wielkie skutki. Idąc na terapię, chciałam się specjalnie przygotować, tematy, nastawienie. Jednak już wiem, że nie ma tu reguły. Bywają spotkania, na które idę z konkretnym tematem, a są takie gdzie to terapeuta inicjuje temat. Są takie, że po zwykłym pytaniu, otwieramy kolejną puszkę Pandory, głęboko we mnie schowaną i ruszamy w drogę, na którą nie koniecznie zawsze jestem gotowa.

 

Jestem postrzegana za gadatliwą osobę, a okazało się, że najtrudniejsze pytania, to te najprostsze - "jak się czujesz?" , "co słychać?". Są takie spotkania, gdzie hardo myślę "no zobaczymy, czy dasz sobie ze mną radę, o czym dziś pogadamy, bo absolutnie JA nie mam nic dziś do powiedzenia", a wybiegałam z nich ze łzami w oczach i wypłakiwałam po nich morze łez, a są takie gdzie myślę "dziś to pogadamy o tym konkretnym temacie",  a po chwili okazuje się, że potrzeba czy problem jest inny, niż myślałam. Zadziwiające było i właściwie ciągle jest to, że to tak naprawdę duży wysiłek energetyczny dla organizmu. Zdarza się, że czasem wychodzę z terapii tak głodna, że kawa i ciasto to jedyny dobry pomysł, bo potrzebuję czasu i sił do tego by wrócić "do życia". Nie uważam tego, za zajadanie problemu, tylko świadomość, że mój organizm naprawdę jest wykończony jak po porządnym maratonie.

 

Kolejna rzecz, która mnie mocno zadziwiła to, że nie ma przebacz z czasem terapii. Wychodzę z niej i muszę sobie radzić, nawet jeśli przed chwilą zawaliły się moje poglądy, kiedy czuję, że zaraz pęknie mi serce albo tak płaczę, że nie wiem, co będzie dalej. Terapia się skończyła i mam sobie poradzić sama, a terapeuta zamyka drzwi i spotkanie się na dziś skończyło. Patrząc na to spokojnie, jest to niezwykle ważny element terapii i mądrego terapeuty. Zamykanie drzwi, nie przedłużanie czasu, tylko wyraźne wyznaczenie granic.

 

Musiałam też zmienić myślenie o tym czym jest terapia, że to nie lekcja, gdzie muszę mieć dobre notatki i wnioski oraz wyznaczać sobie pracę domową. Temat, zadanie, którym będę się zajmować do kolejnego spotkania. To czas na rozmowę, przyjrzenie się sobie. Spotkanie tak naprawdę mnie samej ze sobą, w przestrzeni, gdzie czuję się akceptowana i bezpieczna. Lustro, które pokazuje mi, mnie samą w prawdzie.

 

Zaskoczyło mnie i w końcu do mnie dotarło, że terapia to też taki "etat w pracy". Nadało to zupełnie innego znaczenia i wartości tego, co robię na terapii. Nie spychania tego na margines życia, ale ustawienie tego z odpowiednią wagą w moim życiu. Tak, to jest część mnie i to jak na razie bardzo ważna, element mnie, jeden z puzzli. Jest to taka sama praca, jak ta, którą podejmujemy, by zarobić pieniądze na życie, więc musimy zostawić sobie przestrzeń i czas na to, by móc się jej poświęcić.

 

Na koniec tych zaskoczeń, zmian myślenia o terapii wspomnę o czymś, co okazało się dla mnie bardzo trudne. Z czasem dotarło do mnie, że musiałam i muszę nauczyć się "odpuścić sobie obecne życie". Akurat dla mnie to oznaczało zwolnienie z obecnej hiperaktywności życiowej, czyli ponadprzeciętnej, ale dla mnie całkiem "normalnej" aktywności towarzyskiej. Zamiast iść z przyjaciółmi na imprezę - zostać w domu i odpocząć, zamiast pojawić się co tydzień na jakimś spotkaniu wspólnoty - porządnie się wyspać, zamiast zawalania nocy - regularnie się wysypiać, a nawet pójść na urlop zdrowotny, by móc zająć się sobą. Odpuścić to jedno, drugie to nie mieć wyrzutów sumienia, a trzecie to jeszcze nauczyć się cieszyć z "odpuszczenia sobie życia" i nie posiadania wyrzutów sumienia, to już zupełnie nowa, trudna lekcja. 

 

Przechodziłam, przechodzę i będę przechodzić przez różne etapy terapii. Kiedyś relację z terapeutą nazywałam "sztuczną relacją". Teraz potrafię sobie z terapii żartować, dokuczając terapeucie, pytając czemu nie poda mi cudownego rozwiązania moich problemów i w odpowiedzi słyszę, że podobno za mało płacę. Jednak już wiem, że takiego rozwiązania nie ma. Terapia to taki Boży prezent dla mnie, gdzie mogę nauczyć się jak siebie bardziej kochać, rozumieć i być dla siebie dobrą. Wiem, że terapia to nie cudowne rozwiązanie problemów. To ciężka praca, zgoda na to, że dowiemy się o sobie czegoś zupełnie nowego. To nowe poznanie siebie, wzięcie odpowiedzialności za mechanizmy, które są w nas, a o których nie mieliśmy pojęcia. To poproszenie o POMOC, ale jak ktoś mi ostatnio zwrócił uwagę na to słowo... To sięgnięcie "PO-MOC", czyli sięganie po większą MOC, żeby być pełniej prawdziwą sobą.

 

* * *

 

Imię autorki zostało zmienione, ponieważ prosiła o zachowanie anonimowości.