Zajawka na samorozwój prawie zrujnowała mi życie

Angelika Szelągowska-Mironiuk
data30.03.2019 07:00

(fot. depositphotos.com)

"Zaczęło mi się wydawać, że jestem bogiem, że mogę manipulować ludźmi. Próbowałem manipulować dziewczynami, ludzie wydawali mi się głupi, nie byli w stanie mi nic zaoferować. Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że jestem sam jak palec".

 

Tekst, który w moim zamierzeniu ma być całkiem poważny, rozpocznę od przedstawienia szanownym Czytelnikom pewnego żartu: czy wiecie, ilu coachów potrzeba, aby zmienić żarówkę? Otóż wystarczy tylko jeden - ale żarówka musi naprawdę chcieć zmiany!

 

O zbawiennym wpływie coachingu i rozwoju osobistego na życie chyba każdy z nas słyszał całkiem sporo - w końcu poradniki tego typu należą do najlepiej sprzedających się książek, a YouTube i inne media pełne są "świadectw" osób, które odmieniły swoje życie w siedmiu, trzynastu (lub jeszcze innej liczbie) krokach. Osoby w różnym wieku traktują coaching jako lek na bolączki klasy średniej, drogę do spełnienia swoich marzeń, a trenerzy rozwoju osobistego niejednokrotnie wchodzą w rolę społecznych autorytetów (i to o bardzo rozległych kompetencjach). Z drugiej strony, obecność popularnych fanpage’ów w stylu "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty" stanowi dowód na to, że wiele osób traktuje coaching pobłażliwie, jak coś, na czym można zbić fortunę, nie posiadając szczególnych umiejętności.

 

Coaching to nie żart

 

Osobiście uważam, że korzystanie z pomocy coachów (w formie "face to face", ale także poprzez lekturę ich książek i innych wypowiedzi) stało się na tyle rozpowszechnionym zjawiskiem, że powinniśmy traktować je poważnie. Nie jest tak, że coaching to tylko zwykłe gadanie - dobry coach może naprawdę pomóc nam "ogarnąć się" życiowo i poznać nasze mocne strony. Z drugiej strony jednak, jak każde narzędzie coaching może stanowić zagrożenie - zwłaszcza wtedy, gdy obdarzymy zaufaniem osobę nie posiadającą odpowiednich kompetencji. Nie każdy powinien być coachem - i nie każdy powinien z coachingu korzystać. Na podstawie opowieści moich pacjentów, znajomych oraz wypowiedzi samych coachów (poddanych, jak można się domyślać, krytycznej analizie) doszłam do wniosku, że istnieją zachowania i wypowiedzi coacha, które powinny dać nam do myślenia i sprawić, że ulotnimy się z jego sesji. Co takiego w wypowiedziach i zachowaniach coacha powinno skłonić nas do zaprzestania współpracy?

 

Sugerowanie nam poczucia wyższości

 

W wielu przypadkach celem kontaktu z coachem jest chęć podniesienia swojego poczucia własnej wartości i skuteczności. Często jest to klientowi rzeczywiście potrzebne, ale problem zaczyna się wtedy, kiedy coach sugeruje nam, że jesteśmy "nadludźmi" i osobami, które dzięki spotkaniom z nim będą bardziej uświadomione, bardziej niezwykłe od innych. W pułapkę narcystycznego rozwoju wpadł Mateusz, który o swojej przygodzie z coachingiem mówi w tak:

 

"Zajawka na samorozwój prawie spieprzyła mi życie. Byłem uczniem liceum, trochę bardziej wycofanym niż inni, chyba nie było mi łatwo budować kontaktu z kimś. Zainteresowałem się coachingiem - byłem fanatykiem NLP Polska. Zaczęło mi się wydawać, że jestem bogiem, że mogę manipulować ludźmi. Wielu ludzi z tej grupy czuło taki klimat. Próbowałem manipulować dziewczynami, ludzie wydawali mi się głupi, nie byli w stanie mi nic zaoferować (tam było ciągle mówienie o tym, że inni mają dostrzec naszą wyjątkowość). Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że jestem sam jak palec. Miałem dosyć ludzi, siebie, ale jeszcze długo próbowałam robić wrażenie lepszego, wyjątkowego. Gdybym miał pieniądze, kupiłbym te wszystkie kursy - na szczęście nie było mnie na nie stać, miałem tylko książki. Po jakimś czasie rodzina zainteresowała się tym, że zawalam szkołę (nie chciałem tam chodzić, bo za mało rozwijające to było), nie mam już z nikim kontaktu, jestem jakiś agresywny. Teraz tych wszystkich coachów to bym usunął raz na zawsze z Internetu - może niektórzy mówią mądre rzeczy, ale w to łatwo jest wsiąknąć".

 

Nakłanianie do zerwania wielu "toksycznych" związków

 

Mam wrażenie, że określenie "toksyczne relacje" jest w ostatnim czasie mocno nadużywane. Niektórzy coache i mówcy motywacyjni używają go właściwie w co trzecim zdaniu. Sama miałam kiedyś kontakt z osobą (był to psycholog o coachingowych aspiracjach), która uważała, że w życiu każdego człowieka istotna jest jedna, może dwie relacje, które pomagają się rozwijać i nie są dla nas ograniczające. Reszta to - cytując - "bezwartościowe śmieci". Tymczasem człowiek jako istota społeczna, aby dobrze funkcjonować, potrzebuje sieci społecznego wsparcia. Jednym ze "wskaźników" zdrowia psychicznego jednostki jest to, że potrafi ona utrzymać różnorodne relacje - także te, które bywają niekiedy trudne i zwichrowane. Nie każda napotkana osoba ma obowiązek podzielać nasze pasje i poglądy. Co więcej, przebywanie w bliskich relacjach (na przykład w małżeństwie) nakłada na nas pewne ograniczenia i zmusza do tego, by czasami postawić dobro drugiej osoby ponad własne. Jeśli zaś jakaś relacja rzeczywiście jest toksyczna i niszcząca (co przecież się zdarza!), to czasami zakończenie jej jest najlepszym rozwiązaniem. Kluczowe jest jednak określenie, na czym ta "toksyczność" polega - jeśli na przykład nasz przyjaciel sugeruje nam, że może warto wstrzymać się z podróżą dookoła świata do czasu, aż spłacimy kredyt za auto, to być może nie jest on wcale "ograniczonym zazdrośnikiem", który nie rozumie naszej potrzeby rozwoju osobistego, tylko rozsądną osobą, której powinniśmy podziękować za trzeźwe spojrzenia na naszą sytuację.

 

Presja na radykalne rozwiązania

 

Twoja praca Cię nie satysfakcjonuje? Rzuć ją - najlepiej z dnia na dzień, bo życie jest krótkie! Marzy Ci się własna firma? Załóż ją, nawet jeśli miałbyś wziąć na ten cel ogromny kredyt, a nie masz nawet solidnego biznesplanu. To przerażające, ale istnieją trenerzy samorozwoju, którzy wpajają swoim klientom taki właśnie dychotomiczny obraz świata i dostępnych dla nich rozwiązań. Wprowadzanie wielkich zmian może przynosić wspaniałe efekty i przybliżać nas do realizacji własnych pragnień, ale nikt uczciwy i odpowiedzialny nie będzie przecież namawiał drugiej osoby do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Prawdziwy profesjonalista będzie raczej mądrym towarzyszem w procesie dokonywania zmian krok po kroku niż emocjonalnym szantażystą wymuszającym na nas rzucenie wszystkiego i rozpoczynanie od nowa - zwłaszcza gdy tak naprawdę nie wiemy jeszcze, co chcielibyśmy rozpocząć.

 

Nieuznawanie naszych ograniczeń

 

Znasz powiedzenie, że "ograniczenia są tylko w naszej głowie"? Zapewne tak - w końcu wielu trenerów rozwoju osobistego powtarza je jak mantrę. Mam jednak nadzieję, że… nie wierzysz w tę ułudę. W przeciwnym razie grożą Ci poważne wyrzuty sumienia i poczucie winy, jeśli odkryjesz - a prawdopodobnie się to stanie! - że są rzeczy, których nie jesteś w stanie zrobić. Ofiary nieuznających ludzkich ograniczeń coachów często trafiają na fotel terapeutyczny albo do gabinetu psychiatry - mają poczucie, że nie umiały "aktywować swojego potencjału", są "nie dość zaangażowane, by osiągnąć sukces". Frustracja związana z odkryciem, że pewne rzeczy na zawsze pozostaną poza naszym zasięgiem, może być przytłaczająca. Dlatego też mądry coach nie będzie wmawiał nam, że możemy wszystko - a raczej pomoże odkryć, które z naszych ograniczeń możemy pokonać, a które prawdopodobnie pozostaną z nami na zawsze. Własną niemoc też trzeba umieć zaakceptować. Poza tym nie wszystkich ograniczeń należy się pozbywać. Ja na przykład nie mam ochoty "pokonywać" tych, z którymi siłą rzeczy wiąże się wczesne macierzyństwo.

 

Fiksacja na punkcie produktywności

 

Odkąd pamiętam, irytowały mnie "motywujące" infografiki, które pouczały odbiorców, że jeśli tylko zamiast się lenić, przeznaczą określoną ilość czasu na naukę języków obcych, to zostaną poliglotami w ciągu roku. Kiedy jednak na jednym z coachingowych blogów przeczytałam artykuł o tym, jak produktywnie wykorzystać czas przeziębienia, przetarłam oczy ze zdumienia. To naprawdę szokujące, że wśród "specjalistów" od rozwoju osobistego są ludzie, którzy nie rozumieją, że człowiek potrzebuje odpoczynku, a błogie lenistwo i "marnowanie czasu" bywają niezbędne dla regeneracji sił witalnych. Jeden z moich pacjentów, który został zdiagnozowany jako pracoholik, przez lata inspirował się poradnikami sugerującymi właściwie, "jak wydłużyć dobę", i czerpał pozytywne wzmocnienia za to, co robił, od osób podzielających jego podejście do rozwoju osobistego - przypłacił to poważnym kryzysem rodzinnym i załamaniem zdrowia fizycznego. Jeżeli zatem Twój coach potrzebę odpoczynku (także tego biernego) uważa za słabość i brak gotowości do podejmowania wyzwań, rozstań się z nim czym prędzej!

 

Negowanie wiedzy medycznej lub psychologicznej

 

Uważam, że jeśli jakiś coach nakłania swoich klientów do "leczenia" depresji za pomocą kolorowej diety albo też twierdzi (jak pewien znany niegdyś coach, dziś przedstawiający się przede wszystkim jako psycholog), że polipy w ciele można leczyć za pomocą "negocjacji" z nimi, to powinien ponieść konsekwencje karne. Coaching nigdy nie może być alternatywą dla tradycyjnego leczenia. Nie istnieją żadne dowody na to, że "siłą woli" można pokonać raka, depresję czy paraliż kończyn. Uleganie sugestiom osoby, która twierdzi inaczej, to narażanie swojego życia i zdrowia na szwank - nie rób sobie tego!

 

Obsesja na punkcie "pozytywnego myślenia"

 

W książce "Grunt pod nogami. Jak uciec z pułapki samorozwoju" (którą szczerze polecam!) jeden z rozdziałów poświęcony jest "tyranii pozytywności". Autor zauważa, że typowy coachingowy poradnik tego rodzaju nosi tytuł: "Jak pokonałem stres - i co dzięki temu zyskałem", natomiast próżno byłoby szukać książek zatytułowanych: "Jak dopadł mnie stres - i nic dobrego z tego nie wynikło". Konsekwencje tyranii pozytywności mogą być niezwykle obciążające psychologicznie - człowiek pod wpływem "zbyt pozytywnego" coacha może wpoić sobie przekonanie, że trudne emocje są czymś niewłaściwym, a każde wydarzenie można pozytywnie przewartościować. Tymczasem smutna prawda jest taka, że czasami doświadczamy w życiu strat, z których nie wynika nic dobrego - tracimy ukochaną osobę, pracę, którą lubiliśmy, spotyka nas poważna choroba, która utrudnia nam codzienne funkcjonowanie. W takiej sytuacji człowiek powinien przepracować stratę i skupić się na przeżywaniu żałoby, a nie szukaniu pozytywów za wszelką cenę. Dojrzałość wymaga przecież tego, abyśmy w niektórych sytuacjach życiowych byli realistami - a nie ludźmi oszukującymi samych siebie.

 

A przecież zarówno dobry coach, jak i dobry psycholog mają nam pomóc w uzyskiwaniu życiowej dojrzałości i mądrości - nawet jeśli mają one czasem gorzki posmak.

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog, absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego (spec. psychologia zdrowia i kliniczna), czynny psychoterapeuta pracujący w nurcie systemowym, w trakcie szkolenia w Ośrodku Szkoleń Systemowych w Krakowie, trener umiejętności społecznych I stopnia. Na co dzień pracuje z pacjentami indywidualnymi, parami i rodzinami oraz prowadzi szkolenia i warsztaty dla dzieci, nauczycieli i rodziców. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl