Kiedy porwie cię chęć udowadniania swojej racji, przeczytaj ten tekst

Maja Moller
data27.11.2017 10:42

(fot. shutterstock.com)

Zapominam przy tym często, że nawet jeśli faktycznie mam rację, to ten fakt wcale nie jest taki ważny. Najważniejsze przykazanie nie dotyczy naszej nieomylności, biegłości w dyskusji i stopnia wygadania. 

 

Pojawiają się w różny sposób - pod wpisami na blogu, na facebooku i w prywatnych wiadomościach. Wykrzykniki i znaki zapytania. Oburzenia, utyskiwania, niedowierzania i dobre rady. Przynosi je każdy tekst, w którym wyrażam jakąś swoją opinię (a tych było ostatnio sporo) i to dość naturalne. A ja przywykłam. Każdy ma przecież prawo do wypowiedzenia swojego zdania.

 

Dialog może być drogą do mądrości, a przynajmniej do zdobywania wiedzy (zarówno o świecie, jak i o sobie). Nie bez powodu to właśnie metodę odpowiedniego prowadzenia dyskusji stosował Sokrates w stosunku do swoich uczniów. Tyle że tam punktem wyjścia było "wiem, że nic nie wiem". My często startujemy z poziomu: "wiem wszystko i muszę się tym z Tobą podzielić".

 

Piszę te słowa dlatego, że sama czuję, jak często porywa mnie chęć wypowiedzenia ostatniego zdania w sporze, przekonania rozmówców i podkreślenia, że to ja, to właśnie ja mam rację. Zapominam przy tym często, że nawet jeśli faktycznie mam rację, to ten fakt wcale nie jest taki ważny. Najważniejsze przykazanie nie dotyczy naszej nieomylności, biegłości w dyskusji i stopnia wygadania. Dotyczy miłości. Cóż więc mi z tego, że mam rację, jeśli po drodze obrażę drugiego człowieka, podepczę oponentów i zapomnę o Ewangelii? Kogo będę wtedy głosić - Pana Boga? Czy raczej siebie?

 

(I wiem, wiem - w świątyni Jezus poprzewracał stoły i wygonił z niej przekupniów. Ja jednak myślę sobie, że "co wolno wojewodzie…"*. I tak dalej :) )

 

Chciałabym zostać dobrze zrozumiana, bo piszę te słowa również dla siebie. Ostatnimi czasy, zwłaszcza w związku z Halloween, dostałam różnymi drogami kilka wiadomości o tym, żeby "unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1Tes 5,22). Pomyślałam wtedy, że łatwo jest nam widzieć  "pozór zła" w tym, że inni przebierają się w upiorne kostiumy, że inni popierają aborcję, że inni nie popierają różańca do granic. Dużo trudniej zobaczyć w sobie to, co nie tylko ma pozór zła, co nie tylko jest źdźbłem, lecz wręcz belką w oku. I podkreślam raz jeszcze - piszę tu też o sobie, po refleksji na temat tego, jak bardzo chciałabym, by inni podzielali moje spojrzenie na świat.

 

"Gdy oceniasz ludzi, nie masz czasu ich kochać" - powiedziała Matka Teresa. Trudno o bardziej trafne podsumowanie tego, co się we mnie dzieje. Trudno o lepszy punkt wyjścia - i wejścia w kolejny tydzień, który oprócz naszych przepychanek powszednich przyniesie również dyskusje o Halloween i o pięćsetnej rocznicy reformacji.

 

Chciałabym w nadchodzących dniach (i później też!) mieć w sobie tyle wolności, by dać do niej prawo również innym. Prawo do patrzenia inaczej na siebie, świat, wiarę i Boga. Prawo do myślenia, przeżywania swojej relacji z Panem, bycia niedoskonałym i nie spełniania moich oczekiwań (bo w sumie kim ja jestem, byś musiał/musiała spełniać moje oczekiwania, nie? :) )

 

Tak naprawdę każdy z nas w jakimś sensie błądzi - każdy z nas, nawet jeśli wydaje mu się, że wiele już wie i mógłby w związku z tym pouczać innych. Ale na tych wyboistych drogach odkrywania swoich prawd i ścierania się z przekonaniami innych, mamy szansę spotkać się z Kimś, kto chce nam towarzyszyć, tak samo jak uczniom w drodze do Emaus. Jeśli uda się w tym wszystkim odnaleźć Jego, to wygramy dużo więcej, niż tylko wojnę na argumenty w dyskusji…

[*"to nie tobie, kasztelanicu" - zwykł mówić mój nauczyciel gry na pianinie]

 

Wpis ukazał się pierwotnie na blogu Chrześcijańska Mama