Kochasz i odpychasz. Jak sobie z tym poradzić?

Anna Kaik
data09.06.2018 08:13

(fot. shutterstock.com)

Gdy obiekt uczuć zbliża się do ciebie - odpychasz go, gdy oddala - tęsknisz. Jakie jest dobre wyjście z tej patowej sytuacji i jak wprowadzić je w życie? Podpowiada Anna Kaik. 

 

To typowa sytuacja jak z bajki o żurawiu i czapli. Ten schemat zna wielu poszukujących swojej drugiej połówki.

 

Stało się: zakochaliśmy się. Jesteśmy tego pewni i zapowiada się, że przez najbliższy czas to się nie zmieni. Co więcej: druga strona też sprawia wrażenie zainteresowanej naszą osobą. To tyle teorii.

 

Praktyka okazuje się mniej optymistyczna. Gdy tylko zbliża się obiekt naszych uczuć, "chowamy głowę w piasek" i udajemy obojętnych albo jeszcze więcej - ranimy. Potem to sobie wyrzucamy, nie rozumiemy samych siebie i cierpimy, że nie potrafimy zbliżyć się do kochanej osoby. Takie zachowanie skazuje wszystkie nasze relacje, na których potencjalnie moglibyśmy coś zbudować, na niepowodzenie.


Jak sobie z tym poradzić? Na początek nie należy wpadać w rozpacz i panikę, że z tego powodu nigdy nie zaznamy miłości. Zachowanie "przyciąganie - odpychanie" to schemat, który początkowo powiela mnóstwo adeptów sztuki miłosnej. A skoro inni przez nie zwycięsko przeszli - ja też dam radę. Z takim podejściem można zacząć rozbierać miłość na czynniki pierwsze...

 

Na drodze do sedna

 

Miłość porusza naszą najgłębszą istotę, to, co w nas najdelikatniejsze i najbardziej ukryte, niejako na dnie nas samych. Nad tym "sercem wszystkiego" piętrzą się warstwy życiowych doświadczeń, nasze uczucia, myśli, pragnienia, marzenia itp. Żeby wydobyć miłość, trzeba poruszyć cały stos życiowego bagażu przykrywającego to najczulsze miejsce. Z całego bagażu doświadczeń najbardziej dla nas odczuwalne są rany, których kiedyś zaznaliśmy.

 

Skutkuje to tym, że teraz zamiast z radością i otwartymi rękami witać nową miłość - budzi się w nas paraliżujący lęk. Lęk z hasłami: "daj sobie spokój, znowu będziesz cierpieć, on/ona tylko cię upokorzy, broń się, bo zbliża się zagrożenie".


Część z tych ran zadali nam rodzice - i one najbardziej bolą, gdyż rodzice to początkowo największa miłość każdego człowieka. Nie wzywam tutaj do żalu wobec rodziców - ci kochali nas najlepiej, jak umieli i jakakolwiek pretensja o to, co nam "zafundowali" jest nie na miejscu. Ale pomaga to zdać sobie sprawę, że nie ma człowieka, który by nie miał takich zranień. Stąd (nie wchodząc w wymiar metafizyczny) można wysnuć praktyczną tezę: nie ma człowieka, który nie bałby się miłości. Miłości i tego, co się z nią wiąże.

 

Gotowi na miłość

 

A z miłością związane jest przede wszystkim odkrycie się do końca. Stąd mówi się, że na miłość trzeba "być gotowym". Nie chodzi tu oczywiście o osiągnięcie jakiejś idealnej wersji nas samych, bo ci którzy postępują w życiu duchowym, mają coraz większą świadomość swoich wad, a nie "świętości", więc pogoń za jakąś mierzalną doskonałością byłaby z góry skazana na niepowodzenie. Chodzi tu o gotowość odkrycia słabości, wszyskich miejsc, gdzie zostałem zraniony, gdzie nie domagam i - na początek - pokazanie ich drugiej osobie.

 

Jak to się dzieje praktycznie? Sprowadza się to do ciągłego uczucia niepewności, lęku, nieśmiałości, braku kontroli nad własnym wizerunkiem, braku kreowania siebie.  To - czujemy - jest bardzo niebezpieczne. I wymaga od nas tylko jednego: odwagi. Nie lada odwagi, ale ona wystarczy.

 

Trzeba zgodzić się na to, że się czerwienimy, że drżą nam ręce, że spuszczamy wzrok, że nie wiemy, co powiedzieć - my, którzy na co dzień jesteśmy tak przebojowi i zaradni. Każdy, kto chce szczęśliwie kochać, musi przez to przejść. Nie ma drogi na skróty, od innej strony. Czego możemy się spodziewać?

 

Albo albo

 

Jeśli druga strona zaakceptuje cię w twojej słabości i nie "zabierze" swojego uczucia, oznacza to, że kocha naprawdę ciebie. Nie twoją pozycję w świecie, nie otoczkę, która ci towarzyszy, ale ciebie. A jeśli okaże się, że twoja odwaga nie zostanie nagrodzona? Nie wyrzucaj sobie, że się "nie opłacało" odsłaniać. Bo już za zakrętem może czekać nowa miłość i znów trzeba będzie "rozbierać duszę do naga".

 

Bylebyś po poprzednich sytuacjach nie wyciągnął złych wniosków, że nie warto w ten sposób postępować, że ty to zrobisz mniej inwazyjnie. Bo mniej inwazyjnie się nie da. Trzeba to zrozumieć: wszyscy mamy rany, miłość wiąże się z odsłanianiem całego siebie, także tych ran, odsłanianie ran wiąże się z lękiem.


Upokójmy samych siebie, że nawet jeśli zostaniemy odrzuceni, jakoś sobie z tym poradzimy. "Zbierzemy manatki" i wycofamy się z otwartej gry. Odrzucenie oznacza, że druga osoba, początkowo zainteresowana, kocha nie ciebie, ale twoją "otoczkę", kontekst, w którym występujesz. To jest sprawdzian uczuć, do którego każdy ma prawo. Sam/sama nie wiesz, co poczujesz i jak się zachowasz, gdy swojego przebojowego wybranka zobaczysz zażenowanego, z trzęsącymi rękami wręczającego ci róże.

 

Też masz prawo "przejrzeć", że pociągała cię jedynie "otoczka". Ale jest też możliwość, że serce podskoczy ci wtedy z radości. Najważniejsze to dać sobie szansę. Poza tym, lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż, że się czegoś nie zrobiło. Lepiej przecierpieć ewentualne odrzucenie, niż bez końca wypominać sobie brak odwagi. Zresztą, nikt nie powiedział, że się nie uda. Próbuj! A nuż to właśnie przy tej osobie skończy się twoje poszukiwanie.