Zabierz dziecku smartfona na wakacje. Dla jego dobra

Blogi mysliwypowiedziane.blog.deon.pl
data31.07.2018 09:00

(fot. gaelle marcel on Unsplash)

Kochani rodzice, nie dzwońcie do wychowawców z informacją, że są łzy, nie róbcie roszad personalnych w pokoju dziecka (dzieci uczą się wzajemnych relacji), nie proście o szczególną opiekę (naprawdę opiekujemy się dziećmi). Nie ma Was na miejscu i zapewniam, że w większości przypadków problemy znikają już następnego dnia pobytu. Wystarczy pozwolić dziecku ochłonąć i zaaklimatyzować się w nowych warunkach.

 

Kiedy wysyłasz dziecko na wakacje, zaopatrz je w płaszcz przeciwdeszczowy, kostium kąpielowy, czapkę z daszkiem, krem z filtrem, odpowiednią ilość gotówki. I jeszcze (a może w szczególności) w smartfon. Po co? Po to, żeby dziecku nie było smutno, że jest tak daleko, żeby mogło na bieżąco opowiadać, czy szczęśliwie dojechało, co jadło na śniadanie, obiad i kolację, z kim mieszka w pokoju, co robi godzina po godzinie. Żeby czuło się bezpiecznie. Pytanie - dziecko czy rodzice? A później (już po powrocie dziecka do domu) spokojnie ponarzekaj, jak to trudno oderwać je telefonu.

 

Od lat jeżdżę na kolonie w charakterze wychowawcy i przemyśleń związanych z posiadaniem przez dzieci telefonów mam cały ogrom. I niestety dochodzę do wniosku, że bardziej jest on potrzebny rodzicom, niż dzieciom. Taka swoista polisa ubezpieczeniowa. Możliwość szybkiego reagowania, kiedy potomkowi dzieje się krzywda, mimo wszystko kontrola sytuacji (kto, co, gdzie i dlaczego?) uspokojenie sumienia (jakby co, to przyjedziemy). Niezdefiniowana do końca powinność - jak dziecku nie dać telefonu, kiedy inni mają oraz zdefiniowany znak czasów - bez telefonu nie da się już żyć. Może więc kochani rodzice opowiem trochę o tym, jak wygląda życie kolonisty z telefonem lub bez.

 

Zaczynając od początku - dzień wyjazdu. Podróż najczęściej trwa kilka godzin. Dzieci, które w tym czasie mają możliwość wzajemnego poznania się skupiają się raczej na odbieraniu połączeń lub dzwonieniu i opowiadaniu najbliższym, gdzie są, czy już wszystko zjadły i czy był postój. Ot, takie ważne dla rodziców informacje.


Dojeżdżamy na miejsce. Zakwaterowanie, podział na grupy, czasem zwiedzanie okolicy i pierwsze łzy. Często łzy tęsknoty, czasem rozczarowania, bo trochę inne były wyobrażenia i oczywiście telefon do (od) rodziców. I wtedy łzy leją się już strumieniami. Bo mama jest tak daleko, bo lepiej wracać, bo noc jest taka czarna i taka pusta z daleka od własnego łóżka. Oczywiście nie wszyscy płaczą, ale rozmowa z rodzicami o godzinie 22, tuż przed snem, po męczącej podróży rozkłada na łopatki niejednego twardziela.


Kochani rodzice, pamiętacie pierwszy dzień w przedszkolu? Było ciężko, ale po kilku chwilach łzy obsychają. Nie dzwońcie więc do wychowawców z informacją, że są łzy (zazwyczaj zauważamy), nie róbcie roszad personalnych w pokoju dziecka (dzieci uczą się wzajemnych relacji), nie proście o szczególną opiekę (naprawdę opiekujemy się dziećmi). Nie ma Was na miejscu i zapewniam, że w większości przypadków problemy znikają już następnego dnia pobytu. Wystarczy pozwolić dziecku ochłonąć i zaaklimatyzować się w nowych warunkach. A wychowawcy? Zapewne są wśród nich osoby, którym można coś tam zarzucić, ale w większości to naprawdę fachowcy i wiedzą, że na czas kolonii są mamą, tatą, babcią, wujkiem i potrafią zatroszczyć się o Wasze pociechy.


Kolejny dzień - kolejne połączenia z domem. Pytania, co było na śniadanie i dlaczego tak mało? Otóż, miałam koleżankę, która siadając z dziećmi do śniadania (kolacji) wymagała, żeby pierwsza kanapka była z szynką lub serem, a później, co kto lubi. Dlaczego? A no dlatego, że słyszała, jak przez kolejne dni dzieci informowały rodziców, że na śniadanie był dżem. Owszem był, ale opcjonalnie. Ale jakoś tak się składało, że był najchodliwszym produktem na szwedzkim stole. Poza tym, dość silna osobowościowo Kasia powiedziała innym dzieciom, że najlepsze są kanapki z dżemem. Dzieci głodne nie były. Nawet gdyby jednak jadły tylko dżem, to miały go w obfitości.


Połowa kolonii - w wielu przypadkach kryzys rozstania. To, co nowe już tak nie interesuje, pojawia się znudzenie i potęguje tęsknota. A ona wywołuje bóle brzucha, gardła, głowy. Powoduje konieczność natychmiastowego wyżalenia się rodzicom, usłyszenia w ich głosach troski i współczucia. Dziecko łapie za telefon zanim jeszcze pożali się wychowawcy.


I nie jest istotne, że właśnie mija druga w nocy. Co robi rodzic? W panice dzwoni do opiekuna bądź każe dziecku go obudzić. Gdy ten przeprowadza rozeznanie, okazuje się, że w nocy problemy urosły do gigantycznych rozmiarów. Rano nie są już takie duże i najczęściej wszelkie dolegliwości znikają wraz z nowymi zajęciami. Oczywiście są sytuacje trudniejsze, zdrowotne i tych nikt nie bagatelizuje. To również w interesie opiekunów jest szczególna troska i rozpoznanie faktycznego stanu, wszak ponoszą dużą odpowiedzialność za powierzone im dzieci.


Kiedy zaznajamiam się z dziećmi opowiadam im za każdym razem (i powtarzam wielokrotnie) o tym, czego mogą ode mnie oczekiwać. Proszę, żeby przychodziły do mnie ze swoimi problemami, bo najbliżsi są daleko i nie mogą tak szybko i skutecznie zareagować. Zawsze też zapewniam, że jeśli nie uda nam się rozwiązać problemu, to poprosimy o pomoc mamę lub tatę.


Jednak rzadko kiedy jestem pierwsza na liście osób dobrze poinformowanych. Telefon (nawet w środku nocy) zdaje się być ważniejszy i daje większy spokój. Tyle że nie rodzicom.


Pamiętam jak jedna z organizatorek kolonii na spotkaniu przedwyjazdowym tłumaczyła właśnie rodzicom, że czas nieobecności dzieci, to dla nich czas odpoczynku, zregenerowania sił i zatęsknienia. Tęsknota nie jest czymś złym. Daje odczuć, jak bardzo nam na kimś zależy, jak jest dla nas ważny. Tęskniąc pozwólmy też zatęsknić naszym dzieciom. Niech zdobędą i takie doświadczenie. Niech poczują się również samodzielne - nie pod ciągłą kontrolą rodziców. Naprawdę świetnie sobie radzą w przeróżnych okolicznościach i wręcz potrzebują tego uczucia, że sami za siebie są odpowiedzialni. Przykładem niech będą odwiedziny rodziców u jednej z dziewczynek. Mama chciała zabrać ją na zakupy. Po uzyskaniu zgody od wychowawcy usłyszała dość mocny sprzeciw z ust swojej córki: "Mamo, ja chcę się uczyć samodzielności!".


Teraz o telefonie jako o źródle wiecznej troski. Kolonia to czas wędrówek, plażowania, gier, zabaw, wycieczek, dyskotek, kąpieli w basenie. I naprawdę w wielu tych miejscach aparat telefoniczny jest tylko balastem, który bardzo obciąża. Przypomina mi się tegoroczny obrazek. Wychodząc z moją gromadką na plac zabaw, gdzie było sporo urządzeń sportowych poprosiłam, żeby telefony zostały w pokojach. Tłumaczyłam, że istnieje ryzyko uszkodzenia, zgubienia i troska o telefon może sprawić, że zamiast wesoło się bawić, trzeba będzie uważać na cenny (oj, czasem bardzo cenny) gadżet.


No i cóż, tyle co rozpoczęta zabawa kończy się upadkiem smartfonu na betonowy podest. Pomruk współczucia wśród grupy i przerażenie posiadacza. I bieg do wychowawcy, żeby się zaopiekował cenną zabawką. Byłam mocno zbudowana tym, że większość grupy powiedziała biedakowi wprost, że przecież pani prosiła i ostrzegała. Sic! Jednak nauka
nie zawsze idzie w las!


I jeszcze jeden przykład, tym razem z dnia bez telefonu. Wieczorem wszystkie dzieci zostały poproszone o powiadomienie rodziców, że o godz. 22 telefony zostaną "internowane" i powrócą do swoich właścicieli następnego dnia również w okolicach godziny 22 po to, żeby spróbować żyć troszkę inaczej, bez ręki przyklejonej do wyświetlacza. Ot, taki mały eksperyment wychowawczy, choć pełen obaw o to, czy nie kręcimy bicza sami na siebie. Wszak dziecko ze smartfonem to dziecko bezproblemowe.

 

Pozostawione samo sobie niczego nie chce, nie jest głodne, nie nudzi się i nie potrzebuje naszej uwagi. Bez wirtualnych możliwości może być zupełnie inne. Nie obeszło się bez jęków i pytań "ale dlaczego?" ale w sumie nie było najgorzej. Oczywiście przed wyjazdem wszyscy rodzice otrzymali numery telefonów do wychowawców i kierownika, więc kontakt z pociechą w dalszym ciągu był możliwy. I tu okazuje się, że słabym ogniwem w całym doświadczeniu okazał się tata, który powiedział swojemu dziecku, że nie zgadza się na odebranie mu telefonu.


Tak, pojawiły się znaki zapytania, ale argumentem, który na moment odebrał wiarę we współpracę z rodzicem okazało się zdanie "to jest moja własność i wychowawca nie ma prawa".


W sumie udało się, bo dziecko samodzielnie podjęło decyzję, że chce tak jak wszyscy spędzić dzień bez telefonu. I co się okazało? To był wspaniały dzień, bez jęków i próśb o oddanie smartfonów. Bez konieczności śledzenia portali i robienia selfie. Wnioski? Pozwolę sobie na przytoczenie głosów uczestników kolonii: "nie było tak źle, możemy to powtórzyć, nie trzeba było się martwić, że się zgubi telefon, nam tak naprawdę to telefon nie jest potrzebny…". I perełka perełek: "proszę Pani, mnie to jest smutno w związku z tym telefonem. O tym, że nie będę go miała wiedział tylko tata. Myślałam więc, że jak dostanę telefon z powrotem, to będzie tam dużo SMS-ów i nieodebranych połączeń. Nie było
ani jednego". Temat do przemyślenia również dla mnie.

 

A na koniec doświadczenie z innej kolonii, na której również byłam wychowawcą. Tu dzieci dostawały telefony tylko na dwie godziny, po kolacji. Jak funkcjonowały cały dzień bez? Rewelacyjnie.

 

Tekst pochodzi z bloga mysliwypowiedziane.blog.deon.pl