To dramatyczny problem w szkołach. Księża i katecheci mają w nim do odegrania ważną rolę

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data02.10.2018 09:00

(fot. shutterstock.com)

Papież Franciszek stwierdził, że bycie katechetą to nie zawód - to powołanie. Katecheta jest w stanie zrobić dla dzieci i młodzieży znacznie więcej, niż tylko zlecić im kolorowanie obrazków z Aniołem Stróżem. Może - i powinien! - być sprzymierzeńcem wychowawcy. Dwie godziny religii w tygodniu nie muszą być jedynie czasem wkuwania prawd zawartych w katechizmie, ale również treningiem miłosierdzia.

 

Kiedy byłam nastolatką, sporą popularnością cieszył się serial komediowy "Jak dwie krople wody". W jednym z odcinków tego hitu dla młodzieży ojciec głównych bohaterek tłumaczył, że w jego szkole "codziennie bito frajerów". On jednak ciosów nie dostawał. Dlaczego? Ponieważ szybko biegał. Po tym arcyśmiesznym fragmencie odcinka wielu młodych widzów (ja również!) wybuchało gromkim śmiechem. Dziś jednak wiemy, że prawda o agresji i przemocy w szkołach wcale nie jest zabawna.

 

Barwy szkolnego nieszczęścia

 

Zapewne większość z nas zdaje sobie z tego sprawę, jednak - na zasadzie uporządkowania pewnych treści - zacznę od przypomnienia, że agresja rówieśnicza to nie tylko bicie i wyrządzanie jakiejkolwiek krzywdy fizycznej. Zdarzają się uczniowie, którzy wprawdzie nigdy nie zostali uderzeni przez kolegę z klasy, ale mimo to doznali za ich sprawą ogromnego cierpienia - na przykład na skutek trwającego latami odrzucania. Poza przemocą fizyczną, która wiąże się z naruszeniem cielesnej nietykalności, istnieje także przemoc psychiczna - polegająca na braku poszanowania dla godności innej osoby, a także seksualna (naruszenie intymności), ekonomiczna (naruszenie własności) oraz zaniedbanie - choć ten ostatni rodzaj przemocy uwidacznia się raczej w relacjach dorosły - dziecko.

 

Agresja i przemoc nie są oczywiście nowymi zjawiskami - zmieniają się jednak ich formy. Paręnaście lat temu nauczyciele i psychologowie mianem agresji psychicznej określali wyzywanie, nadawanie obelżywych "ksywek" lub wyśmiewanie kolegów, zaś agresja seksualna kojarzyła się nam głównie z komentarzami godzącymi w czyjąś strefę intymną lub - w skrajnych sytuacjach - fizycznym molestowaniem. Obecnie przemoc psychiczna może jednak przybierać formę wykluczenia danej osoby z grupy klasowej na Facebooku lub wulgarnego komentowania jej zdjęć. Robienie danemu uczniowi zdjęć (i często rozsyłanie ich) podczas przebierania się na WF jest z kolei nowym rodzajem przemocy seksualnej. Tego typu działania niekiedy mają miejsce tam, gdzie nie sięga czujne oko wielu wychowawców - w przestrzeni internetowej. Odcieni rówieśniczej agresji jest, za sprawą nowych mediów, coraz więcej.

 

"Ja zasługiwałem na łomot"

 

Wszystkie rodzaje przemocy rówieśniczej mają kilka wspólnych cech: po pierwsze, zabierają danemu dziecku poczucie godności i bezpieczeństwa. Po drugie - ich stosowanie często prowadzi do eskalacji - pojedyncze szturchnięcia mogą, w całkiem niedługim czasie, doprowadzić do brutalnego pobicia danego dziecka. I w końcu - doznawanie przemocy niemal zawsze powoduje długofalowe skutki. Ofiara czuje się wyizolowana, gorsza, traci poczucie więzi z rówieśnikami - a jeśli nauczyciel lub rodzice nie udzielą mu pomocy, to także poczucia troski ze strony osób dorosłych. Osoby, które były poniżane w szkole, często szukają winy w sobie - a to może doprowadzić do załamania poczucia własnej wartości, nieumiejętności tworzenia bliskich relacji z innymi i ogromnej podejrzliwości względem innych ludzi.

 

Jeden z moich pacjentów, który zgłosił się do mnie z powodu wielu powtarzających się życiowych niepowodzeń, wspominając szkolne czasy, stwierdził, że zasługiwał na łomot od rówieśników. Kiedy zapytałam go, na jakiej podstawie tak sądzi, odpowiedział z pełnym przekonaniem: "Byłem głupi, gruby i wku***jący". I, niestety, jego obraz samego siebie był taki przez długie lata - pomógł mu proces terapeutyczny oraz interwencja mądrego psychiatry. W tym miejscu można by zapytać, czemu ten człowiek - oraz wielu innych - nie szukało pomocy wcześniej, nie odcięło się od tego, co mówili - lub robili - jego rówieśnicy.

 

Jedną z odpowiedzi jest mechanizm wyuczonej bezradności. Na czym on polega? (Uwaga: osoby wrażliwe na krzywdę zwierząt niech pominą tę część tekstu). Kilkadziesiąt lat temu badacze zachowania - Seligman i Maier - odkryli, że jeśli w klatce umieści się psy, które będą rażone prądem - i nie będą w stanie zapobiec bólowi - kładą się na podłodze i biernie znoszą straszne cierpienie. Zwierzęta umierały z powodu apatii - odmawiały przyjęcia pokarmu i nie ruszały się z miejsca nawet wtedy, gdy dano im już szansę ucieczki. Osoba, która doznaje bólu fizycznego lub psychicznego poniżenia ze strony rówieśników, również przestaje wierzyć w możliwość zmiany - dlatego często przez długie lata cierpi w milczeniu.

 

Skąd pomysł, by uderzyć

 

Zacznijmy od tego, że każdy z nas ma w sobie pewne tendencje do agresji. Gatunek homo sapiens jest w końcu dość agresywny - umiejętność dominowania nad innymi, polowania i prowadzenia wojen były ewolucyjnie całkiem przydatne. Nie każdy człowiek jednak - mimo wspólnego antropologicznego "rdzenia" - swoim zachowaniem krzywdzi innych. Dlaczego zatem niektórzy uczniowie "postanawiają" być agresywni względem innych?

 

Przyczyny mogą być związane z funkcjonowaniem układu nerwowego, zaburzeniami hormonalnymi (zdarza się to zwłaszcza w okresie dojrzewania), ale także z wpływem wychowania. Dzieci, które krzywdzą innych, często same doświadczają przemocy w domu rodzinnym - albo też są świadkami agresji rodziców wobec siebie nawzajem. Szczególnie sprzyjającą występowaniu agresji rówieśniczej sytuacją jest ta, gdy w danej rodzinie za normę uważa się kary fizyczne. Znajomy psycholog opowiadał mi kiedyś o sytuacji, gdy interweniował u rodziców w sprawie dziecka, które pobiło kolegę. Ojciec tego dziecka wysłuchał słów psychologa, po czym podziękował za czujność i, po szarmanckim ukłonie, stwierdził, że w takim razie "wróci do domu i weźmie pasa na gówniarza". Jak się później okazało, w domu tym bicie było częstą praktyką "rozwiązywania" problemów z dzieckiem...

 

Oczywiście, poza rodzicami, wpływ na zachowanie dzieci mają także gry komputerowe i znane osoby (w tym, niestety, coraz liczniejsze grono patostreamerów). Dzieci i nastolatki często przez lata uczą się, że przemoc jest odpowiednim sposobem rozwiązywania konfliktów, że ubliżanie komuś to nic wielkiego, a udostępnienie czyjegoś kompromitującego nagrania w internecie jest fantastycznym żartem. Uczniowie, którzy stosują przemoc, sami nie radzą sobie ze swoimi emocjami. Dlatego właśnie pomocą psychologiczną i pedagogiczną powinniśmy obejmować nie tylko ofiarę, ale także sprawcę przemocy - a często także ich rodziny.  Nauczyciele i wychowawcy powinni również pokazywać swoim podopiecznym, jakie są dopuszczalne sposoby radzenia sobie z napięciem, a gdy zachodzi potrzeba - zgłaszać sprawę do odpowiednich organów. Jeśli szkoła posiada wystarczające środki, warto pomyśleć o zaproszeniu do placówki psychologa, który przeprowadzi odpowiednie warsztaty profilaktyczne. Tylko w ten sposób możliwe jest zatrzymanie rozpędzonej lokomotywy dziejącego się w szkołach zła.

 

Katecheza jako trening miłosierdzia

 

Papież Franciszek w jednej z ostatnich wypowiedzi stwierdził, że bycie katechetą to nie zawód - to powołanie. Jestem głęboko przekonana, że wywiązujący się z tego powołania katecheta jest w stanie zrobić dla dzieci i młodzieży znacznie więcej, niż tylko zlecić dzieciom kolorowanie obrazków z Aniołem Stróżem lub - w zależności od wieku - przepytywać z modlitw, które trzeba "wkuć" przed dopuszczeniem do bierzmowania. Katecheta może - i powinien! - być sprzymierzeńcem wychowawcy w zakresie zwalczania rówieśniczej agresji i uczenia dzieci postaw prospołecznych, do których przecież wzywa nas Kościół. Aby to zrobić, nie wystarczy jednak piętnować przemoc - należy wskazywać dzieciom pozytywne przykłady.

 

Tak właśnie pracuje młoda katechetka Ania, ucząca religii w jednej ze szkół podstawowych na Pomorzu, która zachęca młodych ludzi do zaangażowania w Szkolne Koło Caritas. O sensie tej pracy mówi tak: "Te działania sprawiają, że uczniowie stają się bardziej uważni, szczególnie na tych, którzy potrzebują pomocy. Powoduje to również to, że dzieci mają bardziej wrażliwe oczy i serca na osoby, które są wokół nich, a przez to nie są obojętne na krzywdę, biedę i osoby słabsze od siebie. Uczą się dostrzegać i kochać innych".

 

Sądzę, że w tym miejscu warto także wspomnieć o księdzu Kaczkowskim. Swoich zbuntowanych uczniów (których nazywał czasami "ogrami") zachęcał do wolontariatu w hospicjum, przez co umożliwiał im odkrycie, że to właśnie otwartość na potrzeby innych, a nie agresja, jest wyrazem prawdziwej siły człowieka. Kluczem do tego, by uczniowie chcieli wcielić w życie tę ewangeliczną wartość, jaką jest troska o innych i zapobieganie przemocy, jest autentyczność i otwartość nauczyciela religii. Wrażliwość katechety może także sprawić, że to właśnie on będzie pierwszą osobą, która zauważy problem agresji lub do której młody, nieszczęśliwy człowiek zgłosi się po pomoc. Osobiście znam przypadek, gdy doznająca przemocy ze strony koleżanek uczennica poprosiła o pomoc księdza-katechetę, który udzielił jej wsparcia i uruchomił odpowiedni "system pomocy".

 

Jeśli katecheta będzie umiał łączyć stawianie wymagań z cierpliwością i przypominał, że Kościół sprzeciwia się krzywdzeniu kogokolwiek - ilość agresji w polskich szkołach ma szansę znacząco się zmniejszyć. Dwie godziny religii w tygodniu nie muszą być jedynie czasem wkuwania prawd zawartych w katechizmie, ale również treningiem miłosierdzia.

 

W końcu Kościół dla wielu młodych ludzi ma twarz ich katechety.

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl