Jak nauczyć dziecko empatii?

Maja Moller
data28.10.2018 08:00

(fot. shutterstock.com)

"Zobacz, tam jest Jezusek na krzyżu" - kobieta próbowała zająć chłopca. Jego odpowiedź została mi w głowie na dłużej niż okrągłe zdania i wyszukane słowa usłyszanego w czasie mszy kazania.

 

"Jezusek ma ała" - odpowiedział chłopczyk i powtarzał to za każdym razem, gdy babcia opowiadała o tym, co dzieje się w kościele. To nie był wykład o miłości Boga i bliźniego, lecz spontaniczne dostrzeżenie tego, że ktoś cierpi. Tylko tyle i aż tyle - bo z upływem czasu niekiedy tracimy taką umiejętność, trenując raczej odwracanie wzroku i udawanie, że krzywda jaka dzieje się innym to nie nasza sprawa.

 

Elliot Aronson, autor książki "Psychologia społeczna" definiuje empatię w następujący sposób: jest to "zdolność do postawienia siebie na miejscu drugiej osoby i odbierania w podobny sposób zachodzących wydarzeń oraz odczuwania podobnych emocji". (E. Aronson, "Psychologia społeczna"). Choć te słowa mogą wydawać się skomplikowane, skłonność do współodczuwania i zachowań altruistycznych obecna jest już u bardzo małych dzieci, co widać dobrze chociażby w słowach gadatliwego malucha, którego spotkałam w kościele.

 

Rodzice mogą wzmacniać taką postawę i często robią to w sposób nieświadomy, reagując uśmiechem, czy stosując pochwały w sytuacji, w której dziecko podzieli się zabawką czy przytuli płaczącego kolegę. Nagradzać trzeba jednak z umiarem i wyczuciem. W przeciwnym wypadku może się zdarzyć, że dziecko, patrząc na korzyść wynikającą ze swojego działania, będzie udzielać pomocy innym tylko po to, by zyskać aprobatę rodziców.

 

W późniejszym wieku taka osoba może mieć trudności z  postrzeganiem siebie jako kogoś empatycznego i altruistycznego, bo będzie miała świadomość, że działa z powodu jakiegoś konkretnego zysku z tym związanego. Taki obraz siebie nie pomaga w rozwijaniu zachowań prospołecznych.

 

Elliot Aronson w swojej książce przypomina również prawdę, którą można streścić w słowach: "słowa pouczają, przykłady pociągają". Dzieci uczą się przez obserwację i naśladowanie innych. O tym, czy mały Jaś wyrośnie na Jana, który będzie posiadał zdolność współodczuwania i podejmowania działań związanych z pomocą innym, w dużym stopniu decyduje środowisko, w którym dorasta.

 

Gdy dziecko w różnych sytuacjach widzi osobę dorosłą, która jest zaangażowana w działania prospołeczne, utwierdza się w przekonaniu, że tak właśnie należy się zachowywać - że to nie zdarzający się od święta wyjątek, ale norma postępowania. Dotyczy to nie tylko rodziców, lecz również nauczycieli, krewnych, a nawet osób nieznajomych. Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że każdy nasz dobry gest może sprawić, że świat stanie się nieco lepszy. Okazanie komuś życzliwości i udzielenie pomocy może stać się dla innych inspiracją, a dla małego człowieka również ważnym elementem kształtującym jego osobowość.

 

"Czujesz się dobrze, czynisz dobrze"

 

Każdy z nas wie jednak, że są takie dni, gdy czujemy się przepełnieni życzliwością dla świata, lecz są i takie, gdy najprostsze dobre słowo czy uśmiech kosztuje nas bardzo wiele. Choć nie lubimy tego przyznawać, nastrój i okoliczności sytuacji, w jakiej się znajdujemy, wpływają na nasze zachowanie. Alice Isen i Paul Levin przeprowadzili badania, w których sprawdzali, jaki jest wpływ samopoczucia na zachowania prospołeczne.

 

Odkryte przez nich zależności można określić słowami: "czujesz się dobrze, czynisz dobrze". Ich eksperyment miał na celu zbadanie skłonności do udzielenia pomocy w zależności od tego, czy spotkanie z osobą potrzebującą poprzedziło jakieś wydarzenie, które mogło wprawić badanych w dobry nastrój. Takim bodźcem było znalezienie monetu, wcześniej pozostawionej przez organizatorów eksperymentu. Jej znalazca był zdecydowanie bardziej skory do przejęcia się losem innych niż osoby, które w swoim przekonaniu nie były tego dnia uczestnikiem żadnych radosnych wydarzeń. Dlaczego? Psychologowie tłumaczą, że dzięki dobremu samopoczuciu patrzymy na świat w nieco inny sposób. Oceniamy bardziej pozytywnie nie tylko całe otoczenie, lecz również inne osoby - zakładamy ich dobre intencje, łatwiej więc zdecydować się nam na to, by im pomóc. Będąc w dobrym nastroju, mamy też lepszy kontakt z sobą i swoimi emocjami, jest więc większa szansa na to, że w sytuacji wymagającej konkretnego działania, będziemy kierować się wartościami, które są dla nas ważne.

 

Jednak chociaż nie da się zaprzeczyć temu, że nasz nastrój wpływa na gotowość udzielenia pomocy innym, daleka  jestem od twierdzenia, że złe samopoczucie nas z tego zwalnia. Wydaje mi się jednak, że świadomość tej zależności może być pomocna zarówno dla nas, jak i dla osób, którym w różny sposób towarzyszymy i których chcielibyśmy uwrażliwić na innych.

 

Od dzieciństwa, jak wielu z nas, słyszałam z ambony wezwania do pomagania bliźniemu, a na lekcjach religii recytowałam też listę uczynków miłosierdzia względem duszy i względem ciała. Komunikat, jaki docierał do mnie z tych słów, był następujący: "powinniśmy pomagać innym". Tymczasem, ja chciałabym, żeby było inaczej - chciałabym chcieć pomagać. Psychologia przychodzi mi tutaj z pomocą, podpowiadając, że będę bardziej skłonna do konkretnego działania i dostrzegania potrzeb innych, gdy sama będę świadoma tego, jak bardzo zostałam obdarowana.

 

Kluczem do tego, by "chciało nam się chcieć" wydaje mi się więc wdzięczność i dostrzeganie tego, jak wiele dobra otrzymujemy od Boga i ludzi. Ktoś, kto nieustannie nuci pod nosem "znowu w życiu mi nie wyszło", może być tak skupiony na sobie i na tym, czego mu brakuje, że nie będzie dostrzegać potrzeb osób znajdujących się obok niego. Z kolei dla osoby starającej się żyć ze świadomością, że wszystko, co ma, otrzymała od pełnego miłości i troski Boga, dzielenie się tymi darami będzie prostsze.

 

Gdy podarujecie dziecku wielką torbę cukierków, zapewniając że uzupełnicie ich zapas, gdy się one skończą, zacznie ono dzielić się nimi z kolegami bez ograniczeń, bo przecież nie musi martwić ich brakiem. Czy z nami nie może być podobnie? Czy mamy w sobie dostatecznie dużo wiary w to, że Bóg nie wydziela nam głodowych porcji, lecz obsypuje darami i daje wszystkiego w nadmiarze?

 

Wydaje mi się, że kształtowanie takiej postawy, czyli dostrzegania tego, jak wiele się posiada i wdzięczności za Boże prezenty, może uwrażliwiać nas na innych w większym stopniu niż skupienie się jedynie na pobożnych nakazach miłości bliźniego.

 

Miłość bliźniego - ta wyrażona w konkretny sposób, gdy jest on w potrzebie - zależy z kolei  w dużym stopniu od tego, jak go postrzegamy. Dużo łatwiej jest pomagać "swoim" - rodzinie, osobie z naszej miejscowości czy przynajmniej komuś, kto jest do nas podobny. Trudniej przejąć się losem kogoś, kogo uważamy za obcego lub innego.

 

Dlatego bardzo ważne jest dla mnie podkreślanie tego, że dostrzegane przez nas różnice nie powinny nas wszystkich dzielić, ale inspirować i ubogacać spojrzenie na świat. Nie chodzi mi tu jedynie o tak wyraźnie zaznaczone cechy jak kolor skóry, język, czy wyznanie. Chodzi również o rzeczy bardziej subtelne. Piękny byłby świat, w którym ważne byłoby działanie na rzecz wspólnego dobra, a na drugi plan schodziłyby poglądy dotyczące polityki, stosunku do Radia Maryja czy przynależności do określonego rodzaju wspólnot w Kościele. Są setki takich małych spraw, które stają się wielkimi przeszkodami. Chciałabym uczyć moje dzieci dostrzegania tego, że różnice nie tylko nas dzielą, lecz również mogą nas czegoś nauczyć, a my wszyscy mamy prawo do tego, by patrzeć na świat po swojemu.

Na koniec chciałabym oddać głos psychologowi, panu profesorowi Wiesławowi Łukaszewskiemu. Jego słowa przypominają mi pytanie skierowane niegdyś do Jezusa - Panie, kto jest moim bliźnim? Przykłady, o których za chwilę przeczytacie, są mocne, ale może dzięki temu pytanie o to, komu i w jakich warunkach jesteśmy skłonni pomóc na dłużej pozostanie w głowie?...

 

"Kiedy analizowano słynny afrykański konflikt w Rwandzie, gdzie Tutsi zabijali Hutu, a Hutu zabijali Tutsi (...) obie strony argumentowały, że to nie są ludzie. Po prostu. I że dlatego oni nie mają prawa żyć. To jedna obserwacja. Czyli My jesteśmy ludźmi, ale Oni ludźmi już nie są.

 

Druga obserwacja to słynne bania Samuela Olinera nad ludźmi, którzy ratowali Żydów podczas drugiej wojny światowej. Jedyny naprawdę interesujący wynik tych badań jest taki, że najważniejszym argumentem przeważającym w decyzji o ratowaniu innych było przekonanie, że to są ludzie. Tylko tyle i aż tyle".  (cytat z książki "Tożsamość. Trudne pytanie kim jestem", Smak Słowa Sopot 2012).

 

Majka Moller - aktywna zawodowo mama dwójki dzieci, na co dzień dentystka i magister psychologii. Od lat zakochana w swoim mężu, od zawsze i chyba z wzajemnością - w życiu i górach. Autorka bloga Chrześcijańska Mama