Dream team, czyli rodzicielstwo razem

Maja Moller Maja Moller
data26.07.2019 16:00

(fot. depositphotos.com / df)

Czy zastanawiałaś się kiedyś, jakie słowo w najbardziej trafny sposób opisałoby Twoje małżeństwo? Przygoda czy ciężar? Coś, co nieustannie Cię rozwija, czy raczej dołuje, bo nie dorastasz do wzniosłych ideałów? A może wszystko streszcza się w wyrazach: rutyna i brak nadziei na zmianę?

 

Żona idealna

 

Zastanawiam się nad tym między innymi dlatego, że nam, katoliczkom, zdarza się przynajmniej do części spraw dotyczących domowej codzienność podchodzić z pobożną ambicją. Inspirują nas przykłady świętych, w uszach brzmią fragmenty mądrych kazań, a co jakiś czas przypominają się piękne postanowienia z czasów, gdy młodość mocą wiary w ideały pokazywała przyszłość w nieco innym świetle niż to widzimy dzisiaj. Która z nas w okresie narzeczeństwa nie chciała być najlepszą na świecie, najbardziej kochającą i spełnioną żoną? Której z nas wychodzi to każdego dnia? Zapewniam Cię, że żadnej - nawet najbardziej idealnej, rozmodlonej i na pierwszy rzut oka pozbawionej wad kobiecie. A że chciałybyśmy, by było inaczej? Cóż, to bardzo dobrze! Wielkie rzeczy rozpoczynają się przecież od wielkich pragnień. A nasze małżeństwa to wielka rzecz - to nasze powołanie, to relacja w której możemy wzrastać, uczyć się dawać miłość i ją przyjmować.

 

Skrzynia posagowa

 

Jakiś czas temu trafiłam na cytat, którym często się dzielę: "Kiedy dziewczyna czuje się kochana, szanowana i doceniana przez tatę, otrzymuje od niego o wiele więcej, niż dawniej mieściło się w posagowej skrzyni" (Gisela Preuschoff). Wychodząc od tych słów, można rozważać nie tylko wpływ naszej relacji z ojcem na to, w jaki sposób wchodzimy w dorosłość. To mądre zdanie inspiruje mnie również do zatrzymania się nad tym, co jest moją “skrzynią posagową", której zawartość wnoszę w małżeństwo. W relację z moim mężem wchodzę z tym wszystkim, co noszę w sobie od dzieciństwa - moim potencjałem, mocnymi stronami, ale również zranieniami. Tak samo jest z moim mężem. On wnosi w nasze małżeństwo swoje zalety i wady, przyzwyczajenia i tęsknoty. Dzieli się ze mną swoimi troskami i problemami, ale również swoimi marzeniami. Niektóre z nich kocham i podzielam, innych nie rozumiem…

 

Jak jest u nas?

 

Jedną z rzeczy, które nas w małżeństwie dzielą, jest to, że mój mąż jest osobą niewierzącą.


W związku z tym wiem, że w naszym małżeństwie nie doświadczę tego, czego doświadcza część z Was - wspólnej modlitwy i dzielenia się wiarą. Tęsknię za tym, mam cichą nadzieję, że to się kiedyś zmieni, ale staram się stać mocno obiema nogami na ziemi, czyli w tym, co przeżywamy tu i teraz. A tu i teraz mamy inne spojrzenie na Boga, ale to samo - na miłość. Tu i teraz oboje mamy starać się kochać.

 

Wiem, że nie mam wszystkiego, co mogłabym mieć w małżeństwie. Czy czuję się przez to gorsza? Zdarzały się takie chwile. Jeśli więc, drogi Czytelniku, masz już w głowie pełen dobrych rad komentarz na ten temat, powstrzymaj się przed pisaniem, proszę. Od czternastu lat wspólnie idziemy przez życie, z Bożym błogosławieństwem i niezaprzeczalną Bożą pomocą. I ja, owszem, nie mam wszystkiego. Ale mam też takie doświadczenia, jakie małżeństwom osób wierzących są obce.  Nauczyłam się słuchać, dyskutować, spierać, a przy tym wciąż - kochać. Nauczyłam się modlić za dwoje i po cichu przynosić do Jezusa mojego męża, z którym wprawdzie nie łączy mnie wiara, ale łączy - miłość i sakrament, czyli widoczny znak niewidocznej łaski. Uczę się też wciąż pokory (między innymi słuchając i czytając komentarze, których autorzy byli przekonani, że wiedzą najlepiej i że wiedzą lepiej od papieża).

 

Do czego zmierzam?

 

Małżeństwo nie musi być perfekcyjne

 

Każda z nas wymarzyła sobie pewnie idealne małżeństwo, ale żadne małżeństwo takie nie jest. Chciałam napisać bardzo wyraźnie, że wcale takie być nie musi. Może być inne od tego, co kiedyś sobie zaplanowałyśmy - a wciąż być dobre i piękne. Może różnić się od związków tworzonych przez naszych znajomych i rodzinę. Może wymykać się schematom, bo każdy z nas może iść swoją drogą - taką, jaką rozezna z Panem Bogiem. I dla każdego z nas może to być bogactwo i źródło rozwoju. Nie warto więc tracić czasu na porównywanie albo tłumaczenie się przed innymi. Lepiej zainwestować go w odkrywanie tego, co kochamy w naszym małżonku (albo jeśli z upływem lat mamy wrażenie, że już trochę o tym zapomnieliśmy - w przypominanie sobie, co nas kiedyś zafascynowało w tym niezwykłym chłopaku, który zwrócił naszą uwagę).

 

Zobacz też: Zmęczenie, przemęczenie, macierzyństwo >>

 

Nie jesteś sama

 

Dlaczego o tym piszę, skoro miało być o macierzyństwie? Dlatego, że większość z nas wychowuje dzieci, będąc w małżeństwie. Owszem, są wśród nas na pewno mamy, które z różnych powodów mierzą się z tym wyzwaniem samotnie - na stałe lub okresowo (na przykład gdy mąż pracuje za granicą). Większość z nas jednak realizuje się w rodzicielstwie razem z mężem. Oznacza to dwie rzeczy. Po pierwsze, relacja małżeńska wpływa na to, w jaki sposób funkcjonujemy jako mamy. Po drugie - nie musimy mierzyć się z wszystkimi problemami samotnie.

 

Jedna z popularnych grafik w internecie przedstawia dziecko, które pyta: Mamo, co na obiad? Mamo, dasz jakieś drobne? Mamo, pomożesz mi w pracy domowej? Mamo, doradzisz co mam zrobić? Na kolejnym obrazku to samo dziecko zadanie tacie tylko jedno pytanie: “Tato, gdzie jest mama?". Czy to naprawdę odzwierciedla sposób, w jaki funkcjonują nasze rodziny? Jeśli tak, to… kiepsko.

 

Tata - bohater

 

Pamiętam pewne mało znaczące wydarzenie z czasu mojego urlopu macierzyńskiego. Kiedy szłam do sklepu z dwójką małych dzieci to… po prostu szłam do sklepu z dwójką małych dzieci, a wychodziłam obładowana jak wielbłąd. Z kolei gdy mój mąż wybrał się do marketu razem z naszym kilkumiesięcznym synkiem, panie kasjerki były tak poruszone, że specjalnie dla “dzielnego taty" otworzyły osobną kasę. Pokazuje to, że “samotny ojciec" bywa (chociaż mam nadzieję, że coraz rzadziej) widokiem, który dla niektórych wydaje się niecodzienny. Pokazuje to też coś innego - w naszym małżeństwie staramy dzielić się obowiązkami związanymi z wychowaniem dzieci. Działo się tak od samego początku. Owszem, sprzyjała temu organizacja naszej pracy zawodowej (zarówno mąż, jak i ja, możemy spędzać część dnia w pracy, część w domu i w miarę możliwości dopasowywać te godziny). Nie wyobrażałam sobie jednak scenariusza, w którym to ja będę odpowiedzialna za wszystko, co związane jest z dziećmi, a mąż będzie tylko pozował do zdjęć i podpisywał dokumenty w rubryce “opiekun prawny". Wiem jednak, że niektórym kobietom trudno jest “oddać" to, co wydaje im się tak stuprocentowo ich, kobiece, mamine. Bo facet zrobi to gorzej, bo nie potrafi. Albo dlatego, że one zostaną bez czegoś, co - jak czują - definiuje nie tylko ich rolę, ale również cały sens życia.

 

Siła stereotypów

 

Reklamy telewizyjne wtłaczają często mężczyzn w rolę, w którą być może czasami wchodzą również w życiu. Oto zaradna, praktycznie nastawiona do życia kobieta mierzy temperaturę dwójce swoich dzieci i wyglądającemu jakby znajdował się w stanie przedagonalnym mężowi, który ma - o zgrozo - stan podgorączkowy i “niewyraźnie wygląda". Z przekazu jasno wynika, że mężczyznę trzeba traktować jak dziecko, bo sam sobie, biedactwo, nie poradzi. Panowie, co Wy na to? Ja na Waszym miejscu czułabym się chyba urażona. I bardzo nie chciałabym utrwalać tego stereotypu, w którym matka-Polka dźwiga na swoich barkach życie i zdrowie całej rodziny, a bez niej to nikt ani śniadania nie zrobi, ani nie włączy pralki.

Mimo wszystko czasem wpadam w takie myślenie - jest ono tak powszechne, że ukształtowało sposób funkcjonowania naszych babć i przynajmniej części mam, więc udziela się niekiedy również nam.

 

W pierwszym tygodniu lipca porzuciłam na tydzień moją rodzinę - a przynajmniej to mogło zostać to odebrane przez nasze otoczenie. Wyjechałam na rekolekcje ignacjańskie i zostawiłam pod opieką męża dwójkę naszych dzieci. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że w tym czasie sprawowałam jednocześnie całodobową opiekę nad małoletnim, który świat po drugiej stronie brzucha ujrzy w grudniu. Ulepiłam i zamroziłam też jakieś pięćset pierogów, żeby moi najbliżsi nie umarli z głodu, a dzieciom zorganizowałam udział w półkoloniach. Mój mąż (tak, ten sam, niewierzący) stwierdził, że skoro czuję taką potrzebę, to jak najbardziej mogę wziąć udział w rekolekcjach w milczeniu, jechałam więc tam z czystym sumieniem. A gdy po moim powrocie relacjonował mi, co robili w ciągu ostatniego tygodnia, byłam pod wrażeniem - ogarnął zarówno niespodziewane zakupy odzieżowe dla 10-latki (i nawet jej się podobało to, co kupił, a to sztuka!), jak i przygotowywanie śniadaniówek na zajęcia poza domem.

 

Pomyślałam, że w naszej codzienności nie zawsze może się wykazać takimi umiejętnościami i że chyba nie zawsze daję mu na to szansę. A warto, bo zyskuje na tym cała rodzina. Warto pozwolić, by tata był tatą - nie takim jak z piosenki Natalii Kukulskiej, która opisuje stereotyp nieco bardziej powszechny w czasach PRL (“Co powie Tata? Czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci? On śpi!"...), ale takim, który uczy dzieci życia w inny sposób niż robi to mama. I który jest równie męskim mężczyzną, gdy buduje z dziećmi karmnik dla ptaków, jak i wtedy, gdy pokazuje, że mężczyzna też może posprzątać dom albo przygotować posiłek (nawet jeśli to wcześniej przygotowane przez żonę pierogi).


Zdaję sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że domowa rzeczywistość (a więc również podział obowiązków) i każdej z nas wygląda inaczej. Nie odbieraj więc moich słów jako zestawu dobrych rad, powodu do wyrzutu sumienia czy próby narzucenia czegokolwiek. Chciałam Cię tylko dzisiaj zaprosić do krótkiej refleksji - jeśli czujesz, że nie dajesz rady, jeśli zmęczenie sprawia, że nie umiesz cieszyć się z tego, że jesteś mamą, pomyśl, gdzie w realny sposób możesz poszukać pomocy. Spróbuj podzielić się swoimi troskami i zmęczeniem z mężem - wygadać, przedstawić swój punkt widzenia i powiedzieć, jak się czujesz. To bardzo dobry poczatek bardzo dobrej rozmowy. Życzę Ci, żeby prowadziła Was do większej jedności małżeńskiej, a Waszą rodzinę - do jeszcze lepszego funkcjonowania i szczęścia. Również dla mamy.

 

Przeczytaj krok 1: Mamo, czy umiesz jeszcze marzyć?
 

* * *

 

Maja Moller - aktywna zawodowo mama dwójki dzieci, na co dzień dentystka i magister psychologii. Od lat zakochana w swoim mężu, od zawsze i chyba z wzajemnością - w życiu i górach. Autorka bloga Chrześcijańska Mama i autorka książek "Pogoda ducha. Pełna uczuć jesteś boska!" i "Ile lat ma Twoja dusza?"

 

* * *

 

Miłość w codzienności. 6 kroków do bycia szczęśliwą mamą - czy ważniejsze jest bycie żoną, mamą, a może córką? Jak może wyglądać rodzinna modlitwa, gdy mąż jest niewierzący? Czy da się zachować zimną krew, gdy o 20:00 dziecko mówi: "potrzebuję na jutro cekiny, sznurek i dwa słoiki"? Odpowiedzi na te i inne pytania udzieli Maja Moller - Chrześcijańska Mama - w sześcioetapowej drodze do szczęśliwego i spokojnego macierzyństwa.