Modlitwa mamy? Zapomnij o "muszę"

Maja Moller Maja Moller
data08.08.2019 09:00

(fot. depositphotos.com / aj)

Wierzę, że Bóg nie gniewa się, że moje dziesiątki różańca mają niekiedy pięć, a innym razem piętnaście zdrowasiek, gdy gubię rachubę. Albo gdy zasypiam.

 

"Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat" (św. Augustyn)

 

Historia była prosta, jak każdy z domowych wieczorów, biegnący w rytmie kąpieli, bajki na dobranoc i "mama, nie chcę jeszcze spać". Byłam bardzo zmęczona po całym dniu pracy, w dodatku rozkładało mnie przeziębienie. Miałam za sobą niezbyt budującą dyskusję z mężem, a mój siedmiolatek przeżywał dzień sponsorowany przez literkę "N" jak "NIE!" i przechodził samego siebie. Czułam się przytłoczona.

 

Nic wtedy nie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie było cudownych objawień, niezwykle poruszających słów Pisma Świętego czy nadzwyczajnej interwencji Anioła Stróża. Po prostu - czekając, aż dzieci się uspokoją, sięgnęłam do jednego z tekstów mówiących o miłości Bożego Serca i pozwoliłam, żeby te słowa mnie wypełniły. Pozwoliłam, by przypomniały mi o tym, na co straciłam nadzieję - że moja codzienność ma sens. Że w tym, co zwyczajne może do mnie przychodzić Bóg - naprawdę, tak samo jak w Kościele, z tą samą mocą. I że ta moc może stać się moją siłą, a Jego miłość może przemieniać zarówno mnie, jak i moich najbliższych. Przeczytałam, że mogę pozwalać, aby Duch Święty przemieniał mnie i uzdalniał do życia jak Jezus.Poczułam też ogromną nadzieję ukrytą w słowach o tym, że miłość Jego Serca może promieniować na innych przez to, co robię, przez moją miłość i służbę. *

 

I wtedy pozornie nie stało się nic wielkiego, ale ja czułam się tak, jakby Ktoś mnie przytulił i dodał otuchy. Po prostu - i ciężko pewnie to wytłumaczyć komuś, kto nigdy tego nie doświadczył. Chwilę później do pokoju nieśmiało zajrzał mój syn, żeby przeprosić za swoje zachowanie. Przytuliłam go mocno, a potem on spontanicznie przytulił mój rosnący brzuch i Maleństwo, które noszę pod sercem. I to nie koniec! Bo chwilę później przyszedł do nas nasz pies, radośnie merdając ogonem i domagając się zainteresowania. A to, co się wtedy wydarzyło, było niczym innym, jak pewnego rodzaju łańcuchem miłości. Chyba łatwiej zaobserwować to w przypadku negatywnych doświadczeń, gdy odreagowuje się złość - gdy negatywne przeżycia kumulują się w nas, a rykoszetem obrywają najbliżsi.

 

Tu stało się inaczej - gdy pozwoliłam, by dotknęła mnie miłość, reszta wydarzyła się sama. Jak kropla która spada na gładką powierzchnię wody, tak ukojenie - zataczało kolejne kręgi, obejmując następne osoby. Tak działa Duch Święty. Tak może działać każde z Nim spotkanie - czyli modlitwa.

 

Modlitwa rodzinna

 

Moje dawne wyobrażenia dotyczące naszej rodzinnej modlitwy były dość typowe, jak z obrazka: wspólna lektura Pisma Świętego, gromadzenie się razem na wieczornym spotkaniu z Jezusem, wyprawy do kościoła. Jak wiele podobnych wyobrażeń związanych z macierzyństwem, również i to zostało zweryfikowane przez życie. Pierwsza modlitwa z moim dzieckiem była bardzo prosta. Ono płakało, a ja kołysałam je na ręku lub na nosiłam na ramieniu, czekając na to, na co czeka wielu młodych rodziców - aż... odbije. I żeby tylko za bardzo nie ulało.

 

Oczekiwanie umilałam sobie - i mam nadzieję również dziecięciu - śpiewaniem takich hitów, jak "Jezus Chrystus moim Panem jest, Alleluuuuuja" czy "Duchu Święty, przyjdź". Kto śpiewa, ten dwa razy się modli, prawda? A kto śpiewa z dzieckiem na ręku? Nie chcę wnikać w zasady Bożej matematyki, wiem jednak, że to naprawdę był mój sposób na spotkanie z Nim w sytuacji, w której brakowało czasu, by spokojnie zjeść posiłek, a co dopiero odprawić pobożną medytację.

 

Gdy dzieci dorastały, nasza wspólna modlitwa przybierała różne formy. Było więc zarówno czytanie Biblii dla najmłodszych, jak i opowiadanie przeróżnych Bożych historii własnymi słowami. Wędrówka po tatrzańskich szlakach była okazją do przytoczenia opowieści nie tylko o podhalańskich zwyczajach, ale i o Dobrym Pasterzu. Od początku starałam się również zachęcać dzieci do mówienia własnym słowami o tym, za co chcą podziękować czy o co chcieliby poprosić. Jakie przyniesie to owoce? Nie mam pojęcia.

 

Przekazywanie wiary jest dokładnie tym, o czym mówił Jezus w jednej opowieści - my, jako rodzice, siejemy dobre ziarno. Widzimy pewnie dokładnie również wzrastające chwasty, ale uczymy się cierpliwości, by czekać na czas żniwa i zbierania dobrych owoców. W tym wszystkim konieczne jest zaufanie zarówno do Boga, że On ma w opiece dzieci, które Mu powierzamy, jak i do naszych podopiecznych, że będą umiały dokonywać w życiu mądrych wyborów i że przynajmniej część z tego, co próbujemy im przekazać, zostanie w nich na dłużej.

 

Modlitwa (bardzo) osobista

 

Wspominałam już, że mój mąż jest osobą niewierzącą. Oznacza to, jak łatwo się domyślić, że nie modlimy się razem. Czy to trudne? Tak, czasami. A jednak wspólna modlitwa małżeńska to przecież nie jedyny element wpływający na moją osobistą relację z Bogiem. Co więcej, wydaje mi się, że jest to w pewnym sensie również mobilizujące - odpowiedzialność za to, w jaki sposób dbam o wiarę, należy do mnie i tylko do mnie. Dlatego staram się pilnować czasu mojej osobistej modlitwy i regularnie przystępować do sakramentów. Wierzę też, że wpływa to nie tylko na mnie, ale na całą moją rodzinę.

 

O. Ronald Rolheiser w jednej ze swojej książek ("Duchowość seksualności") zamieścił ciekawe rozważania dotyczące konsekwencji Wcielenia Jezusa. Skoro każdy z nas tworzy jego Ciało - bo jako Kościół wierzymy, że jesteśmy członkami jednego mistycznego Ciała - to znaczy że inni ludzie w kontakcie z nami tak naprawdę dotykają w pewnym sensie Jezusa. Gdy my jesteśmy blisko Boga, osoby z którymi pozostajemy w relacji, również mają możliwość być blisko Niego - właśnie dlatego, że współtworzymy Jego ciało.

 

Z kolei Siostry Sacre Coeur, których duchowość jest mi szczególnie bliska, piszą o swojej misji w takich słowach: "być sercem Boga w świecie". To zadanie bardzo uniwersalne, ale myślę, że szczególnie bliskie matce i żonie. Co więcej, możliwość działania w ten sposób nie zależy od tego, jak bardzo nasza codzienność bliska jest ideału. Nawet w sytuacjach dalekich od perfekcji - gdy nie wszyscy nasi bliscy wierzą albo gdy z różnych powodów małżonkowie przebywają osobno - każda z nas może "być sercem Boga" w tym, co tworzy jej świat. Jedynym warunkiem jest pozwalanie na to, by On napełniał nas swoją miłością. Dlatego modlitwa to nie pobożny dodatek do codzienności, ale konieczność - jak oddech.

 

Dla każdej z nas chwile spotkania z Bogiem mogą wyglądać inaczej. W Waszych rodzinach być może modlicie się wspólnie - i to coś pięknego i bardzo ważnego! Może być jednak tak, że w Waszych małżeństwach przeżywacie relację z Bogiem w inny sposób - zdarza się przecież, że kobiety są bardziej "wspólnotowe", a mężczyźni wolą konkret i mniej chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami. Zdarza się pewnie też odwrotnie - nasze potrzeby są różne, a rzeczywistość często inna od tego, co jest naszym najgłębszym pragnieniem. To jednak nie jest przeszkodą w spotkaniu się z Bogiem i sobą w czasie modlitwy.

 

Nie musi być idealnie

 

Nie musimy czekać na idealne warunki: ciszę, możliwość skupienia, obecność najbliższych czy naszej wspólnoty. Owszem, to ważne i umacniające, gdy czujemy, że niczego nam nie brakuje. Czasem jednak modlitwa jest jak jedyna deska ratunku - właśnie w sytuacji, w której boleśnie doświadczamy jakiegoś braku. Spotkanie z Bogiem w modlitwie pomaga przyjąć to, co trudne. Jak więc modlić się, kiedy warunki zewnętrzne dalekie są od ideału albo gdy wewnętrznie czujemy, że nie wszystko dobrze się układa?

 

Moją pierwszą podpowiedzią jest wykreślenie ze swojego słownika pobożnego "muszę". Muszę odmówić konkretny tekst, muszę się skupić, muszę poczuć, że ten czas przynosi konkretne owoce. Otóż nie - nie muszę. Czasem jedyną kontemplacją, dostępną matce, będzie wpatrywanie się w dziecko, układające klocki w ramach zabawy - i to też może być chwila spotkania z Bogiem. Czasem hałas i odgłosy domowego zamieszania skutecznie uniemożliwią takie skupienie, jakie wydaje nam się konieczne, żebyśmy "zaliczyły sobie" modlitwę.

 

Czasem będzie się też wydawać, że mimo naszych starań, modlitwa nie przynosi efektów i pozornie nic nie daje. Tak może się dziać i to wcale nie jest najważniejsze. To normalne i myślę, że nikt nie zrozumie tego lepiej, niż Bóg który nas stworzył i który zdecydował się dzielić naszą codzienność jako człowiek. Tak samo jak my bywał zmęczony i doświadczał różnych uczuć. I wierzę, że nie gniewa się, że moje dziesiątki różańca mają niekiedy pięć, a innym razem piętnaście zdrowasiek, gdy gubię rachubę. Albo gdy zasypiam.

 

Najważniejszy owoc

 

"Dajcie mi modlące się matki, a uratuję świat" - powiedział św. Augustyn. A co ratuje świat? To, czego każdy z nas w głębi serca najbardziej pragnie - miłość. Wydaje mi się też, że jest jeden najważniejszy owoc modlitwy, taki, którego nie zawsze doświadczam, bo chyba jest po prostu łaską. To doświadczenie tego, że jestem kochana taka, jaka jestem. Doświadczenie tego, że do Boga mogę się przytulić i że On nad wszystkim panuje. Przyjęcie tej miłości sprawia, że ona rozlewa się także na innych. I patrząc na moją modlitwę, może mi się wydawać, że nie pojawiły się żadne odkrywcze myśli i piękne postanowienia, że nie jestem wcale bliżej wymarzonej "doskonałości" i wciąż mam się z czego spowiadać (a czasem - wciąż z tego samego).

 

Ale jeśli po spotkaniu z Bogiem moje serce otwiera się choć trochę bardziej na ludzi wokół, jeśli nie barykaduję się przed innymi w tym, co oswojone i wygodne, to znaczy że modlitwa przyniosła owoc najlepszy z możliwych. Że pozwoliłam, by Bóg zasiał we mnie kolejne dobre ziarno, które na pewno potrzebuje czasu, by wykiełkować i które - to więcej niż pewne - będzie rosło razem z chwastami, które mnie irytują. Ale w końcu przyniesie plon stokrotny. On o to zadba.

 

* Pełen tekst: "Odpowiadamy na to wezwanie do odkrywania i ukazywania Jego Miłości, pozwalając Duchowi Świętemu, aby nas przemieniał i uzdalniał do życia w zjednoczeniu i upodobnieniu do Pana, i do promieniowania przez naszą miłość i służbę miłością Jego Serca" (Konstytucje Zgromadzenia Sióstr Najświętszego Serca Jezusa (Sacre Coeur), p. 4)

 

* * *

 

Maja Moller - aktywna zawodowo mama dwójki dzieci, na co dzień dentystka i magister psychologii. Od lat zakochana w swoim mężu, od zawsze i chyba z wzajemnością - w życiu i górach. Autorka bloga Chrześcijańska Mama i autorka książek "Pogoda ducha. Pełna uczuć jesteś boska!" i "Ile lat ma Twoja dusza?"

 

* * *

 

Miłość w codzienności. 6 kroków do bycia szczęśliwą mamą - czy ważniejsze jest bycie żoną, mamą, a może córką? Jak może wyglądać rodzinna modlitwa, gdy mąż jest niewierzący? Czy da się zachować zimną krew, gdy o 20:00 dziecko mówi: "potrzebuję na jutro cekiny, sznurek i dwa słoiki"? Odpowiedzi na te i inne pytania udzieli Maja Moller - Chrześcijańska Mama - w sześcioetapowej drodze do szczęśliwego i spokojnego macierzyństwa.