Czy brak odpoczynku to grzech?

Ewa Olszewska
data28.06.2019 13:08

(fot. shutterstock.com)

Odpoczywanie jest dobre. Po prostu. Jest potrzebne. Traktowanie go niepoważnie może wywołać bardzo poważne skutki. Nie jest sztuką. Sztukę można uprawiać lub nie. Odpoczywać trzeba. Po to, by żyć, kochać, pracować, dawać i cieszyć się.

 

Walka o szabat nie oznacza obecnie walki o prawo do odpoczynku. W tej ważnej kwestii właściwie nie musimy już wal­czyć, chyba że z samym sobą. I jako społeczeństwo, i jednostkowo posiadamy solidną wiedzę o potrzebie odpoczywania. Rozumieją to pracodawcy, przełożeni, rodzice. Waga tej potrzeby i koniecz­ność jej realizacji znajdują swoje poparcie w licznych badaniach, zarówno w dziedzinie wydajności i efektywności pracy, jak i ludz­kiego zdrowia.

 

Co więcej, intensywnie rozwijamy infrastrukturę służącą do za­spokajania potrzeby odpoczynku. Niekiedy bardzo wysublimowa­ną, odległą, egzotyczną. Biura podróży i indywidualni organizato­rzy oferują nam coraz to oryginalniejsze propozycje na weekend, urlop, podróż życia. Dysponujemy również przyzwoitym zaple­czem na co dzień. Mamy wygodne fotele i sofy, słuchawki, które oddzielają nas od domowego i ulicznego hałasu, kąciki socjalne z dobrym ekspresem do kawy. Nasze dzieci i wnuki odpoczywają aktywnie na kolorowych placach zabaw, a my tuż obok, mniej ak­tywnie, na wygodnej ławce z oparciem, zaopatrzeni w lekką prasę i ulubiony napój.

 

Możemy więc odpoczywać. Mamy takie prawo (dosłownie, posia­damy gwarancje prawne), zachęcają nas lekarze, psychologowie, pracodawcy, duchowni. Mamy taką możliwość czasową (coraz dłuższe weekendy) i posiadamy zaplecze (bogatsze lub skromniej­sze). Czy jednak odpoczywamy?

 

Bez opamiętania…

 

Zanim o odpoczywaniu, chciałabym powiedzieć słów kilka o tym, co je poprzedza. Wraz z upływającym czasem i postę­pem zmieniają się warunki naszej pracy. Zmienia się jej cha­rakter i wymiar, materia i narzędzia. W konsekwencji więc inne jest także nasze zmęczenie. To, co czujemy w kościach i w gło­wie w piątkowy wieczór, to nie jest to samo, co czuli nasi rodzice i dziadkowie (gwoli ścisłości, oni doświadczali tego w sobotnie popołudnie - to też się zmieniło). I nie chodzi tylko o lokali­zację zmęczenia. Więcej czujemy w głowie, to fakt. Ale w ko­ściach również, choć inaczej. Nasze ciało wymaga odpoczynku nie wskutek nadmiernego ruchu i wysiłku, a z powodu braku ruchu i długotrwałego napięcia. Nasze kości i mięśnie nie mę­czą się w bezpośrednim starciu z materią, ale cierpią na skutek ciężkiego wysiłku połączeń nerwowych w naszej głowie. A nasz umysł pracuje, a więc męczy się również, coraz intensywniej, szybciej, dłużej, bez opamiętania.

 

Żyjąc w czasach powszechnej dostępności dóbr materialnych i in­telektualnych, możemy łatwo wpaść w pułapkę granic. W przy­padku tych pierwszych limity odczuwamy wyraźnie, choć nie bez żalu. Wyznacza je zasobność portfela, pojemność żołądka, wiel­kość bagażnika, zdolność kredytowa. Gdy mamy do czynienia z bo­gactwem intelektualnym - granice najczęściej trudno dostrzec, a nawet, uznając je za negatywne ograniczenie, możemy świado­mie je ignorować. Więcej i więcej; im więcej, tym lepiej; jeszcze ten aspekt; jeszcze jedno źródło; jeszcze jeden język; najnowsza wersja; jeszcze jedna opinia; jeszcze garść informacji z tego dzia­łu; jeszcze… Bez końca.

 

Męczy nas nadmiar nie tylko dóbr, lecz także nadmiar informacji. Tych, które dochodzą z zewnątrz (poprzez nasz telefon, kompu­ter, telewizor, radio w samochodzie, zegarek z aplikacjami, gaze­ty, książki, rozmowy z rodziną, bliskimi, sąsiadami, znajomymi, współpracownikami, ich telefony, komputery, telewizory… - od samej listy źródeł informacji może rozboleć głowa), i tych, które produkujemy w naszych umysłach. Nieustannie przetwarzamy informacje, generując nasze interpretacje, wymagania, oczeki­wania, zadania, wersje rozwiązań, alternatywy wyborów, plany długo- i krótkofalowe, domniemania, przewidywania i analizy, zabezpieczenia rozwiązań i prognozy… Tak, tu także nie widać końca. To właśnie męczy nas przede wszystkim.

 

Odpoczywanie to zazwyczaj nie wypoczynek fizyczny, ale umiejęt­ność unikania dekoncentracji, korzystania ze szczęścia wypływa­jącego z danej chwili. Paradoksalnie, obecnie częściej jesteśmy fi­zycznie wyczerpani wcale nie po codziennej pracy. "Padamy z nóg" po aktywnym wypoczynku - intensywnym treningu na siłowni, sobotniej wyprawie rowerowej czy maratonie w klubie z ulubioną muzyką. Rzadziej potrzebujemy fizycznego odpoczynku, coraz czę­ściej wypoczynku potrzebuje nasza głowa. A więc próbujemy jej pomóc, czasami właśnie eksploatując ciało.

 

Od - do

 

Aspektem odpoczynku, którym chyba mniej się zajmujemy, jest klasyczny już dylemat od - do. Z powodów, o których pisa­łam wcześniej, wydaje się niezbędne i pierwszorzędne zadbanie o zdecydowane i konsekwentne odpoczęcie "od". Zalewa nas morze informacji, stymulacji, zadań, oczekiwań, pracy do wy­konania i dóbr: powierzchni życiowej do ogarnięcia, kont i lo­kat, kredytów, przepisów na szybki i łatwy posiłek, zajęć poza­lekcyjnych, umiejętności do opanowania i utrwalenia, książek do przeczytania i płyt do przesłuchania, krawatów do odpowied­niego dobrania.

 

Ucieczka, czyli bardzo kategoryczne "od", w tej sytuacji staje się odruchem ratującym samopoczucie, zdrowie, niekiedy życie. Ucie­kamy więc. I dobrze! Uciekamy bardzo daleko, gdzieś, gdzie - jak liczymy - nie znajdzie nas nikt i nic. Zostawiamy za sobą cały ten dostatek. Ale pakujemy torbę i… jedna, mała z zasady nie wystar­cza, bo coś na wieczór, na wszelki wypadek, gdyby padało, jak­by zabrakło, jeśliby się zepsuło albo gdyby na miejscu nie było. I znowu dużo, i znowu trzeba to ogarnąć, spakować, zmieścić się w limicie, wcisnąć do bagażnika, donieść do schroniska, upchnąć w namiocie, dźwigać przy przesiadce. Nowe zmęczenie, nowy po­wód do odpoczywania. Co jest?!

 

Tendencja do gromadzenia najczęściej wiąże się z potrzebą zapew­nienia sobie i swoim bliskim bezpieczeństwa - realnego bądź su­biektywnego poczucia. Dużo pracujemy, osiągamy, dużo mamy i dajemy po to, żeby było bezpiecznie. Żeby nie zabrakło, żeby nas nie zaskoczyło, żebyśmy nie zostali sami, z niczym albo z pretensją bliskich, że nie ma, że nie zrobiłam, nie osiągnąłem, nie zapew­niłem. W trakcie absorbującego procesu gromadzenia zdarza się nam nie zauważyć granicy naszych potrzeb i możliwości. Nie za­uważamy, ponieważ naszej uwagi również nie oszczędzamy i prze­ciążamy ją czasami bez opamiętania. Przestajemy więc zwracać ją na sygnały świadczące o zmęczeniu - nie widzimy, jak wydłuża się czas potrzebny na mobilizację i koncentrację, jak słabnie na­sza zdolność zapamiętywania, jak łatwo irytuje nas i napina każ­dy drobiazg.

 

Gdy konsekwentnie ignorujemy takie sygnały, w sukurs może przyjść, i najczęściej przychodzi, nasze ciało. Ono, szczęśliwie, bar­dziej dosadnie informuje nas o przeciążeniu. Z premedytacją piszę "szczęśliwie", choć zdaję sobie sprawę, że bywają to bardzo przy­kre w odbiorze doznania. Jednak niemożność ich zbagatelizowa­nia, w ostatecznym rozrachunku, stanowi ich bardzo pozytywną cechę. Nasze ciało mówi do nas głośno, niekiedy wręcz krzyczy: nie możemy spać, często i łatwo łapiemy infekcje, nie skutkują antybiotyki, ból kręgosłupa uniemożliwia wstanie z łóżka, na­gle "atakuje" nas dziwna wysypka. Są to bezsprzecznie momen­ty, gdy więcej i więcej na pewno przestaje oznaczać lepiej. Trzeba koniecznie odpocząć.

 

Mniej…

 

Po prostu musimy mniej. Nie jest to łatwe, bo naszym odruchem, gdy pojawiają się trudności, z zasady bywa "zrób jeszcze to jedno i odpoczniesz; dokończ projekt, a potem laba; skończ porządki w szafie i potem można świętować; jeszcze tylko te ostatnie trzy­dzieści stron i drink; dociągnij do końca kwartału, a potem…". Ale można nie dociągnąć - przepraszam - naprawdę można. Ka­tegoryczne decyzje i prozaiczne cięcia powinny respektować infor­mację bieżącą i sygnały od nas samych, by odpoczynek miał sens, nie był ostatecznym ratunkiem, ale subiektywnie wypracowanym zwyczajem. Moim dobrym nawykiem.

 

Po pierwsze więc, zostawić za sobą nadmiar. Ten, który nam do­skwiera. Ważne, by rozeznać, co wywołuje nasze zmęczenie. Nie zawsze jest to oczywiste. Nadmiar obowiązków, pracy i zadań wy­daje się prosty do identyfikacji. Trudniej bywa, gdy chodzi o nad­miar informacji. Niektórym z nas niełatwo jest wypuścić z objęć posiadane dobro, niezależnie od tego, czy to cenna materia, czy wymarzona abstrakcja. Warto jednak wykonać ten wysiłek, bo po­tem po prostu lżej się oddycha, spokojniej myśli, swobodniej kocha i pracuje. Jednak uwolnienie się "od" może nie wystarczyć. Feno­menem tego procesu jest tendencja do błyskawicznego zapełniania powstałej przestrzeni: w głowie, kalendarzu, skrzynce mailowej, szafce na szpargały czy torbie podróżnej. Dlatego pomocny może być drugi krok ważny w odpoczywaniu i świętowaniu.

 

Po drugie, spotkanie. Czyli odpoczywanie "do", "przy", "przed", "z"… Spotkanie z Wartością - osobową bądź nie. Jeżeli do mojej wolnej przestrzeni zapraszam Kogoś lub Coś, znacznie zwiększam szansę, że będzie to dla mnie dobry czas. Spotykać się możemy i świętować w bardzo różnych przestrzeniach. Od duchowej, oso­bowej, przez międzyludzką, estetyczną, intelektualną po zmysło­wą, fizyczną. Odnajdować odpocznienie można przed Bogiem, z ludźmi, przy muzyce, książce, pod wielkim zielonym drzewem, pedałując rowerem za miastem czy smakując sałatkę z pachną­cych pomidorów. Bo czas dobrego odpoczywania to także czas karmienia się.

 

Czasowo zawieszając wysiłki związane z dawaniem, może warto w końcu wziąć. Ucieszyć się, zachwycić, wzmocnić, rozluźnić, zro­zumieć. W odpoczynku ważny jest zysk. Wiem, to nieładne sło­wo. Częściej mówimy o brudnym niż o dobrym. Ale bez niego nie ma po prostu odpoczynku i już! Oczywiście chodzi o zysk uszyty na naszą miarę. Gdy osobiście, powiem mocniej, egoistycznie nie zyskuję, świętując, moje świętowanie traci sens. Traci, ponieważ w efekcie prowadzi do zmęczenia. Tak się dzieje, gdy nie wybie­ram wartości zgodnie z moim zapotrzebowaniem, ale przejmuję je od kogoś, ulegam społecznej promocji na aktualny trend lub wybieram, bo "tak należy".

 

Zatrzymajmy się na chwilę przy klasycznym przykładzie: ot, nie­dzielny wieczór. Umawiam się na herbatę, którą lubię, z dawno nie­widzianą przyjaciółką, którą lubię jeszcze bardziej. Gadamy, żartu­jemy, nadrabiamy zaległości, plotkujemy. Prawdopodobieństwo, że moje myśli poszybują do poniedziałkowych obowiązków, że wy­raźnie wzrośnie mi poziom napięcia i stresu, bo "jutro muszę…", nie jest tak wielkie.

 

Co innego, gdybym zdecydowała się pójść na koncert zapropono­wany przez znajomych, których gusta muzyczne nie pokrywają się z moimi. Już sobie wyobrażam, co wyprodukowałabym w swojej głowie, wiercąc się na krześle. Jakże szybko teleportowałabym się do poniedziałku, choć przede mną jeszcze kilka godzin niedzieli i cała noc - czas z definicji przynależny do wypoczynku. Podob­ne cuda działyby się w moich myślach, gdybym zdecydowała się zostać w domu i poczytać mądrą, wartościową książkę z dobrymi recenzjami, ale która od pierwszego rozdziału jakoś tak nie bar­dzo mi się podoba.

 

Troska

 

Odpoczywanie jest dobre. Po prostu. Jest potrzebne. Traktowanie go niepoważnie może wywołać bardzo poważne skutki. Nie jest sztuką. Sztukę można uprawiać lub nie. Odpoczywać trzeba. Po to, by żyć, kochać, pracować, dawać i cieszyć się. Dlatego lubię o nim myśleć, że jest podstawową umiejętnością życiową. Umiejętnością, której opanowanie wymaga od nas pewnego wysiłku (!). Nie jest to jednak wielki wysiłek. Raczej taki określony, ograniczony, bez konieczności ciągłego rozwoju i poszukiwania nowych rozwiązań. Choć oczywiście troszkę elastyczności i przystosowania do zmie­niających się okoliczności… oj, bo zaraz się rozpędzimy.

 

Na koniec, dokonując postulowanych przeze mnie cięć, zmieniam tytuł mojego artykułu i życzę Państwu nie udanej walki, ale sku­tecznej, serdecznej troski o szabat.