Z ołtarza widać ich głodne spojrzenia. Zazdroszczę im wiary

Szymon Żyśko Szymon Żyśko
data30.04.2018 07:07

(fot. Siarhei Plashchynski on Unsplash)

"Mam w sobie dużo lęku i nie idę do Komunii w swojej parafii. Czuję się, jak pierwsi chrześcijanie w katakumbach, gdy muszę się ukrywać. Kapłan, który dał mi rozgrzeszenie, wziął na siebie mój krzyż, tak jak Jezus. Już drugie święta spędziłam z Panem Jezusem". Są tak zwanymi małżeństwami z rozeznania, po wielu latach prowadzenia i formacji otrzymali rozgrzeszenie. Mimo to boją się przystępować do Komunii. Nie chcą gorszyć innych, nie chcą zwracać na siebie uwagi.

 

Wiele osób, myśląc o odbiorcach "Amoris Laetitia", ma przed oczami przede wszystkim ludzi młodych. A mówiąc dosadniej, pogubionych millennialsów, którzy przychodzą z listą życzeń i roszczeniową postawą. Chcą brać śluby i się rozwodzić. Dla których dogmat obowiązuje dopóty, dopóki się go nie zmieni, a zmiany są tylko kwestią czasu. Ja spotkałem kogoś zupełnie innego. I dzięki temu lepiej rozumiem nauczanie Franciszka i Jana Pawła II.

 

Gdy jeden ze znajomych księży zaproponował, że może mnie skontaktować z małżeństwami niesakramentalnymi żyjącymi w Kościele, ucieszyłem się i poprosiłem o zorganizowanie takiego spotkania. Umówiliśmy się na popołudnie. Próbowałem się jakoś przygotować do tej rozmowy, ale nie wiedziałem nic poza tym, że są to cztery małżeństwa dopuszczone do Komunii z tzw. rozeznania. Ojciec nie zdradził więcej, co przyjąłem ze zrozumieniem. Jest ich spowiednikiem, każde odsłonięcie ich historii balansowało na granicy zdrady tajemnicy spowiedzi. Siłą rzeczy głowę miałem pełną stereotypowych obrazów. Pomyślałem, że za chwilę spotkam się z małżonkami niewiele starszymi ode mnie, może przed czterdziestką. Jakoś nie pasował mi do tematu wiek średni, może nawet podeszły. Jakież było moje zaskoczenie, gdy przy stole usiadły ze mną właśnie takie małżeństwa. W pełnej zrozumienia rozmowie opowiedzieli mi o sobie.

 

Dlaczego ludzie się rozwodzą?

 

Maria i Zbigniew byli najstarsi w naszym gronie. W drugim związku żyją od prawie 40 lat. Wcześniej przez kilkanaście lat byli w małżeństwach sakramentalnych. Co się wydarzyło? "Byłam młoda i zbuntowana. Chciałam zrobić na złość rodzicom. Później pojawiła się ciąża, którą poroniłam. Nie chciałam brać ślubu, ale rodziny nalegały, bo zapowiedzi już poszły, więc go wzięliśmy" - mówi mi Maria. Zbigniew natomiast pochodził z Podlasia, jego zaręczyny i małżeństwo zostało zaaranżowane. Ona była z drugiego końca Polski, po drodze odkryli, jak bardzo są różni, jak niemożliwe jest to do pogodzenia. Gdy Maria i Zbigniew spotkali się już jako rozwodnicy, mieli też swoje dzieci z pierwszych związków. O poprzednich małżonkach mówią jednak ze zrozumieniem. "To był bardzo zraniony człowiek, życie bardzo go dotknęło, modlę się za niego" - dodaje Maria.

 

Krystyna i Henryk znają się jeszcze z piaskownicy. Ich drogi przecinały się wielokrotnie. "Znaliśmy się bardzo dobrze, nasi rodzice się przyjaźnili. Żona Henryka piekła nawet tort na mój pierwszy ślub, a jego najstarsza córka niosła mój tren" - wspomina Krystyna. Ich również doświadczyło życie. Henryk owdowiał, jego żona zmarła na nowotwór, a on został z dwiema dorastającymi córkami. Krystynę natomiast opuścił mąż. Nie mieli dzieci, pewnego dnia po prostu odszedł, wcześniej unikał Kościoła, a ślub cywilny i kościelny wzięli w sporym odstępie czasu tylko dzięki jej staraniom. Trudno było go przekonać. Po wszystkim na jej drodze pojawił się właśnie Henryk, który miał świadomość, że córki potrzebują kobiecej wrażliwości w trudnym czasie dorastania. On sam też pragnął miłości. Dzieci Henryka zaakceptowały nowy związek i dziś są małżeństwem już 24. rok. "Pan Bóg pozwolił, że doczekaliśmy się wspólnego dziecka" - dodaje z przekonaniem Henryk. Ich syn idzie właśnie na studia, jest bardzo zaangażowany w duszpasterstwo i bycie lektorem.

 

Pierwsze małżeństwo Aliny trwało kilka lat. Za mąż wyszła szybko, bo już na trzecim roku studiów. Było duże oczekiwanie ze strony rodziców, że wyjdzie za swojego pierwszego chłopaka, byli razem od trzech lat. Jako małżeństwo studenckie bez zobowiązań funkcjonowali dobrze. Później pojawiło się dziecko i wszystko uległo zmianie. On nie akceptował ciąży i w ogóle bycia ojcem, nie dorósł do roli rodzica. Jej było coraz trudniej, bo dziecko zacznie się w końcu domagać obecności ojca i pytać, dlaczego ją odrzuca. Dla ich dobra Alina odeszła od męża. Niestety rozwód trwał długo i był bolesny. Obecnego męża, Janka, poznała prawie dwa lata po swoim rozejściu się z mężem. On również był rozwodnikiem. Jego pierwsza żona była niewierząca, chociaż wzięli ślub kościelny. Tu też dużą rolę odegrali rodzice i tradycje. "Szybko się okazało, że nie potrafimy ze sobą rozmawiać" - mówi w naszej rozmowie. Przeżywanie trudności jest skomplikowane w związku, w którym jedna ze stron nie uznaje Boga. Można się bardzo poważnie rozjechać na poziomie wrażliwości. Z Aliną znali się jedynie z widzenia, z wcześniejszych lat, bliżej poznał ich dopiero znajomy. Wyznawali podobne wartości, mieli wspólny punkt zaczepienia i pewne zranienia, zwłaszcza na poziomie zaufania komuś. Szczęśliwym małżeństwem są od ponad 30 lat.

 

Jola i Marcin mają najkrótszy staż małżeński - "tylko" 14 lat. Ona pierwszy raz za mąż wyszła młodo. Była zakochana, przed samym ślubem miała pewne wątpliwości, ale wszystko zabrnęło już za daleko. Jej narzeczony lubił wypić, ale już po ślubie okazało się, że jest to głębszy problem, był alkoholikiem. "Zgłaszałam rodzicom, że pewne rzeczy mi się nie podobają. Gdyby wtedy znalazł się ktoś, kto dałby mi wsparcie i powiedział, że jak mam jakiekolwiek wątpliwości, żebym odłożyła to, nie doszłoby do tego" - mówi Jola. Długo walczyła o niego i o rodzinę. W pewnym momencie przerosło ją to. Odeszła razem z kilkuletnią córką. Marcin w swoim sakramentalnym małżeństwie był przez 16 lat. "Byłem bardzo młody, gdy zaczynaliśmy. Ona była bardzo ładną dziewczyną i mnie chciała, to mi wystarczało". Po kilku miesiącach wzięli ślub. Nie układało im się od samego początku, ale bardzo nie chciał, żeby jego dzieci były z rozbitej rodziny. Starał się naprawić pewne rzeczy, zabiegał o relację z żoną. Został w końcu sam z dziećmi. "Tak mnie to dotknęło, że stałem się wrogiem kobiet" - wyznaje. Dopiero poznanie Joli coś w nim zmieniło. Byli najpierw dobrymi znajomymi z pracy. W pewnym momencie dotarło do niego, że potrafią ze sobą przegadać długie godziny, znajdują u siebie zrozumienie. Wcześniej nie doświadczył czegoś podobnego, wytworzyła się między nimi silna więź. Jola jest osobą bardzo pobożną. Miała ogromne wątpliwości, czy przyjąć Marcina i nie stało się to od razu. Gdy w końcu podjęli decyzję o ponownym małżeństwie, on udał się z tym do jej rodziców. Otrzymali wsparcie, bo ta relacja widocznie zmieniała ich na lepsze. Otwierała nie tylko na siebie, ale też na innych. "Zawsze w sercu pragnęłam z kimś być, miałam ogromny głód miłości. Nie jest tak, że jedna strona jest tylko winna rozejściu się. Dzisiaj wiem, że każdy związek musi być oparty na Bogu, inaczej nie ma szans przetrwania" - dodaje Jola.

 

Jak wygląda życie małżeństw niesakramentalnych w Kościele?

 

Rozeznanie, towarzyszenie i dopuszczenie w określonych sytuacjach małżeństw niesakramentalnych do uczestnictwa w życiu Kościoła nie jest "wymysłem" papieża Franciszka. Chociaż to właśnie on tak jasno pewne rzeczy nazwał w "Amoris Laetitia", historia podobnych duszpasterstw sięga już lat osiemdziesiątych. Inspirację do tego dał sam Jan Paweł II w adhortacji "Familiaris Consortio", której dzisiaj używa się głównie przeciwko nauczaniu Franciszka. "Byliśmy zostawieni sami sobie. Z ambony słyszeliśmy tylko, że jesteśmy odrzuceni, że nie wejdziemy nigdy do nieba" - wyznaje ze wzruszeniem Zbyszek, opisując początki krakowskiego duszpasterstwa małżeństw niesakramentalnych. Dopiero ks. Jan Abrahamowicz odważył się wyjść do takich ludzi. Zorganizował pierwsze spotkanie, zaprosił ich do kościoła, zebrała się ponad setka ludzi w najróżniejszych trudnych sytuacjach małżeńskich. Z tego uformowało się pierwsze duszpasterstwo.

 

Spotykali się na czytaniu Pisma Świętego i przygotowywali najczęściej z Ewangelii, która będzie czytana w najbliższą niedzielę. Odnosili te słowa do swoich sytuacji. Próbowali odnaleźć się na nowo w relacji z Bogiem i z Kościołem, nie udając, że wszystko jest w porządku. "Jan Paweł II jako pierwszy tak mocno wezwał, by nas nie odrzucać. Powiedział, że Kościół chce być blisko wszystkich, również tych w ciężkich sytuacjach życiowych. Tam padły słowa o rozwiedzionych" - dodaje Zbyszek, który jest we wspólnocie od samego początku. Pozostałe pary również należą do duszpasterstwa od przynajmniej kilkunastu lat. Niestety wciąż niewielu księży decyduje się na podobną otwartość. Trudno też znaleźć parafię, która udostępniłaby miejsce. Gdy przeniesiono księdza Abrahamowicza, wspólnota poszła za nim.

 

W ich duszpasterstwie porusza mnie jeszcze jedno - przywiązanie do duchowości i praktykowanie pobożności. Nie są środowiskiem, które próbuje coś ugrać czy lobbować na rzecz rozluźnienia doktryny w Kościele. Wręcz przeciwnie, czerpią pełnymi garściami z tego, co Kościół im daje, żeby być bliżej Boga. Spotykają się na rekolekcjach, urządzają pielgrzymki, są niesamowicie przywiązani do Maryi i świętych, mają naprawdę głęboką formację. Próbują wzrastać pomimo przeciwności, które w pełni uznają i do których przed Bogiem się przyznają. Nie ma w nich ani krzty wyrachowania lub roszczeniowości, jest wielkie serce otwarte na Boga.

 

Najwięcej przeszkód i przykrości spotyka ich w lokalnych wspólnotach. Zdarza się, że podczas pielgrzymki w jakimś sanktuarium kustosz witający grupy pomija ich i przez gardło mu nie przejdzie, że są duszpasterstwem małżeństw niesakramentalnych. Niektórzy rzucają tylko lakonicznie "i witamy też grupę z Krakowa". Alina i Janek spotkali się również z tym, że odmówiono im miejsca na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Powodem był oczywiście ich nieuregulowany status, czego nigdy nie ukrywają przed kapłanami. Chcą być fair wobec ludzi w Kościele. Jola i Marcin wspominają, że choć w ich wspólnocie wiedzą o tym, w jakiej relacji żyją, podczas rekolekcji wyjazdowych sypiają w osobnych pokojach. Gdy Jola pewnego razu się zapomniała i szła do męża, została cofnięta przez liderkę grupy. Jest im ciężko, ale przyjmują to z pokorą. Pragną być w Kościele i z ludźmi, więc godzą się często na takie rozwiązania. Niestety poza krakowskimi duszpasterstwami trudno szukać na południu podobnych, więc do Krakowa ściągają małżeństwa z dalekiej okolicy, a wspólnota jest przecież potrzebna też na co dzień. Bez niej trudno iść.

 

Czy mają żal do kogokolwiek w Kościele? Tylko do niektórych księży o formę kursów przedmałżeńskich. Dziś po radę przychodzą do nich dzieci i wnuki, bo na weekendowych kursach nie dowiedzą się niczego, co pomoże im budować związek sakramentalny. "Młodzi nie są gotowi, żeby przysięgać przed Bogiem miłość na całe życie. Nie mają świadomości, co robią. Wielu księży to bagatelizuje, ważne, że statystyki się zgadzają. Chcemy uchronić ich przed naszą sytuacją".

 

"Chcemy być świętym małżeństwem"

 

O tym, w jaki sposób przeżywają wiarę, mógłbym napisać wiele po wysłuchaniu ich historii, ale najlepiej zrobię, gdy zostawię was po prostu ze słowami, które usłyszałem od Joli:

 

"Byłam w 100% świadoma, że wejście w nowy związek jest złe. Ponieważ jestem z rodziny z głębokimi tradycjami, wiara była dla mnie zawsze ważna. Wchodząc w ten drugi związek, miałam ogromne poczucie winy, bo z jednej strony zdawałam sobie sprawę, że to jest złe i się chowałam ze wstydu, a z drugiej naprawdę kochałam. Tak się biczowałam, że to był prawdziwy dramat. Dopiero pewien ksiądz mnie jakoś tak prowadził i pokazał mi twardo, że choć mój grzech jest faktem, to samobiczowanie się nie jest Boże i chrześcijańskie. Biczuje nas diabeł. Doradził nam, żebyśmy podjęli decyzję o ślubie, zaczęli normalnie żyć. ‘Poznawajcie Boga, a odsuńcie diabła ze swojego życia’ - powiedział. Moja wiara przy Marcinie poszła w zupełnie inną stronę. Pomyślałam: jak ja mogłam w ogóle oskarżać Boga i obwiniać o to, że mnie skreślił, bo mieszkam z kimś, kogo kocham, przy kim wiem, że też jestem kochana?! Zrozumiałam, że muszę stanąć przed Bogiem w prawdzie. Wejście do duszpasterstwa było mi potrzebne, żeby wzrastać przy ludziach, którzy rozumieją mój ból. Podjęliśmy decyzję, że chcemy poznawać Boga razem: przez Słowo Boże, rekolekcje, Eucharystię - taką, jaka ona dla nas jest dostępna. Odkryłam niesamowitą miłość Boga przez poznawanie Go w relacji z mężem. Nie wiem do końca, jak to się wydarzyło, ale zawsze mieliśmy ogromne szczęście trafiać na Bożych kapłanów, którzy nas małymi krokami prowadzili. Marcin wyciągnął ostatnio z biblioteczki książkę "Święte małżeństwo" i ją czyta. Jak tylko wracam z pracy, opowiada mi, co odkrył. Mówię mu: no popatrz, w takim wieku jeszcze takie rzeczy odkrywamy! Chcemy tak żyć".

 

Głodni sakramentów, spragnieni miłosierdzia

 

O tym, jak bardzo pragną Komunii Świętej, mówią ze łzami w oczach. Są tzw. małżeństwami z rozeznania, po wielu latach prowadzenia i formacji otrzymali rozgrzeszenie. Mimo to boją się przystępować do Komunii. Nie chcą gorszyć innych, nie chcą zwracać na siebie uwagi. Gdy po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu latach rozgrzeszono ich, poczuli się, jakby ktoś przywrócił ich ponownie do życia. Jednak kumulowane przez lata uwagi i przykrości zostają głęboko w sercu. Trudno im uwierzyć w to, że mogą wrócić do wspólnoty. "W chwili największych wątpliwości otworzyłam Pismo Święte i Bóg dał mi fragment o uzdrowieniu trędowatej. Tak się czułam, a On mówi mi, że mogę powrócić" - opowiada Jola.

 

Pewnego razu do duszpasterstwa zgłosiła się dość młoda para. Wielu było zdziwionych ich obecnością: czy w tak młodym wieku można sobie pogmatwać życie? Oni jednak przychodzili, angażowali się, aż wreszcie zaskoczyli wszystkich i zaprosili ich na swój ślub sakramentalny. Wtedy okazało się, że ci młodzi od lat żyli w związku cywilnym. Nie mieli przeszkód, ale nie do końca czuli, czym jest sakrament, nie mieli potrzeby. Po co przyszli? Bo ktoś im powiedział, że osoby z tego duszpasterstwa odczuwają taki głód Eucharystii, że to jest naprawdę niepojęta rzecz. "Dla mnie to było budujące, że nasze trwanie w duszpasterstwie coś przynosi, że możemy świadczyć" - mówi o tym doświadczeniu Maria.

 

"Pewien ksiądz powiedział mi, że odprawiając mszę, bardzo często rozpoznaje niesakramentalnych, patrząc z ołtarza, bo widzi w ich oczach ten głód i pragnienie. Tego nie da się porównać z żadnym innym" - dodaje do wypowiedzi koleżanki Alina.

 

O tym, że chcą przyjąć Komunię, powiadamiają księży jeszcze przed mszą. Wielu reaguje ze zrozumieniem, nazywając wprost, że są z rozeznania. Ale bywa i tak, że księża są zakłopotani. W rozmowie o doświadczeniu wiary i Boga mogę liczyć szczególnie na Jolę, która chętnie i bardzo szczerze dzieli się swoim świadectwem: "Mam w sobie dużo lęku i nie idę do Komunii w swojej parafii. Czuję się, jak pierwsi chrześcijanie w katakumbach, gdy muszę się ukrywać. Kapłan, który dał mi rozgrzeszenie, wziął na siebie mój krzyż, tak jak Jezus. Zawsze wtedy pytam się sama siebie słowami pewnej piosenki - cóż ci się Jezu podobało we mnie? Ale już drugie święta spędziłam z Panem Jezusem".

 

Wielki ból sprawiła im niedawna petycja pewnych środowisk w sprawie niedopuszczania małżeństw z rozeznania do Komunii. "Tam była taka retoryka: my całe życie męczymy się razem, żeby móc przystępować do Komunii, a oni poszli na łatwiznę i dostają Jezusa za darmo". Przypomina im to Ewangelię o synu marnotrawnym, gdy starszy i sprawiedliwszy syn buntuje się przeciwko radości ojca. Ale znajdują w niej ukojenie. Sami też nie chcą być przyczyną skłócenia starszego syna z Ojcem. Nie o to im chodzi. "Nie da się opisać radości, gdy możesz przystąpić do Komunii. Każda jest wtedy jak pierwsza. Nasza tragedia nauczyła nas głębokiego przeżywania tego sakramentu" - mówi mi Zbyszek.

 

Zazdroszczę im wiary

 

Nie chciałbym wchodzić w rolę sędziego i orzekać, czy winni są kary, czy godni miłosierdzia. Czuję się zbyt mały i zbyt grzeszny do tej roli. To mi uświadamia, dlaczego tylko Bóg może być sędzią. Chcę raczej podzielić się moim doświadczeniem tego wieczoru. Przyznaję szczerze, i taka była moja pierwsza myśl po rozmowie z nimi, nie spotkałem u nikogo wcześniej większej wiary. Zapewne nie da się tego przełożyć statystycznie na wszystkie małżeństwa niesakramentalne, ale ich doświadczenie przeżywania relacji z Bogiem jest nieodkrytym skarbem Kościoła. Jest ono bardzo konkretne, nazwane i pełne Bożej obecności. To dla mnie niezrozumiałe i powoduje pewien bunt w dotychczasowym myśleniu. Doskonale znam swoje pokręcone drogi i za każdym razem pytam siebie, czy sakrament pokuty i Komunia potrafią przywrócić mi niewinność? Na czym polega Boże usprawiedliwienie? Bezrefleksyjnie korzystam z tego, za czym inni tęsknią latami. Rezygnuję z tego, po co inni przyjść nie mogą.

 

"Amoris Laetitia" jest tylko etapem na drodze dojrzewania Kościoła, którą zapoczątkował już Jan Paweł II. Rozeznanie nie zakłada zmiany prawa i dogmatów, a osobiste spotkanie. I tylko osobiste spotkanie oraz zrozumienie pewnych bardzo konkretnych sytuacji może zaowocować przywróceniem do wspólnoty. Każdy z nas grzesząc, z tej wspólnoty się wyłamuje. Mamy ten komfort, że nasze winy pozostają w konfesjonale. Małżeństwa niesakramentalne bardzo często muszą tłumaczyć się przed wszystkimi.

 

Przez te kilka godzin naszej rozmowy czułem się jak między swoimi. Pomyślałem wtedy o tym, gdy Jezusowi zarzucano: "Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi" (Łk 15, 2b). Bynajmniej nie czułem się jak Jezus, ale jak jeden z grzeszników. Wielkim paradoksem i ogromną łaską dla mnie było, że to "grzesznicy" mnie przyjęli. Jadłem z nimi, piłem i doświadczyłem wspólnoty Kościoła.

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl, publicysta. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl