Miłość, zdrada i grzech, które wydarzyły się we wtorek

Michał Lewandowski Michał Lewandowski
data30.04.2018 07:06

(fot. DR-images / shutterstock.com)

Zapytałam, co Kościół radzi ludziom, którzy znaleźli się w sytuacji podobnej do mojej. Odpowiedział, że trzeba pochylić się nad problemem rozpadających się związków, szukać pocieszenia w słowach Pisma Świętego, cierpliwie znosić krzyż, jaki Jezus kładzie na nasze ramiona. Tak, takich słów użył.

 

Z Martą spotykam się po raz pierwszy w jednej z większych krakowskich kawiarni. Siada przy stole, wyciąga notes. "Będę sobie zapisywała szczegóły, tak łatwiej mi się skupić". Chwilę potem wyciągam swój notes, śmieję się, że będziemy się wspólnie zapisywać. "Mam nadzieję, że nie będzie ci to przeszkadzało. Kiedyś sporo pisałam do szuflady, tak mi zostało". Ciepłe popołudniowe słońce pada na blat. Mówi powoli, szuka słów, z wolna akcentuje głoski. Kiedy nie może dobrze przypomnieć sobie szczegółów, między liniami kartki pojawiają się znaki. Jak ze starożytnych hieroglifów odczytujemy historię z przeszłości. Nie będzie jednak o krainie złota i słońca. Będzie o wielkim smutku i rozpaczy.

 

Szczęście

 

Pochodzę spod Warszawy. Kilka tysięcy mieszkańców, nic specjalnego. Wokół same pola, trochę lasu, rzeka ładnie wije się meandrami. Przyjedź kiedyś, zobaczysz. Pamiętam, że moje pierwsze wspomnienie to wyprawa z ojcem za rzekę. Czułam, że przekraczam wtedy jakąś granicę. "Za rzeką" była tajemnica, nie wolno nam było tam chodzić. Dlaczego? Sama nie wiem, to była jakaś fanaberia rodziców. Kiedy po raz pierwszy poszłam tam z tatą, czułam, że mój świat się zmienia. Małe podwórko, prowizoryczna piaskownica, ta sama codziennie zardzewiała huśtawka - miałam wrażenie, że zostawiam za sobą stary świat i wkraczam w nowy. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego ojciec zabrał właśnie mnie, a nie starszego o rok brata. Odwieczne prawo "córeczki tatusia"? Nie wiem, nieważne. To było szczęśliwe dzieciństwo, godziny spędzone na dworze, nie było jeszcze telefonów z dostępem do internetu, więc popołudniami po szkole po prostu siedzieliśmy razem. Poza moim bratem byli jeszcze Alina, Karol, Magda i Kamil. Taka podwórkowo-wiejska paczka ludzi, którzy zawsze trzymają się razem. Kiedy wyprowadziłam się do Warszawy, tego najbardziej mi brakowało. Tych kilku osób i rodziców. Poza nimi nie musiałabym znać nikogo.

 

No tak, trochę za bardzo przeskoczyłam. W mojej wiosce oczywiście nie było liceum, więc po ukończeniu szkoły podstawowej musiałam znaleźć coś dla siebie. Wybór padł na oddalone o około 30 kilometrów miasto. Niedaleko, ale odpada codzienne jeżdżenie. Rodzicom się nie przelewało, nie mieli samochodu, codzienne dojazdy busem, który kursował albo nie, zajmowałyby mnóstwo czasu. Została bursa prowadzona przez siostry zakonne, gdzie mieszkało kilka dziewczyn. Jak sobie teraz o tym myślę, to było to moje pierwsze takie spotkanie z Kościołem. Wiesz, do Pierwszej Komunii byłam, bierzmowanie mam, ale z racji tego, że rodzice nigdy nie byli za bardzo religijni, to w domu nie mówiło się o Bogu.

 

Bałam się, bo na wsi czasem mówiło się o tym, że księża to tylko dziewczynom pod spódnicę zaglądają, a siostry zakonne to same wredne i "mściwe baby". Przez pierwszy tydzień płakałam. Po drugim było lepiej. W trzecim zaczęłam czuć się jak u siebie w domu. Trafiłam na siostrę Krystynę - wiem, że tak miała na imię naprawdę, jej zakonne imię było nie do wymówienia - która była dla mnie bardzo dobra. Zazwyczaj w tej bursie pojawiały się dziewczyny z tego miasta, nie jakaś patologia czy coś, ale czasem trudne i zadziorne. Czułam się przy nich jak przysłowiowa "wsiara", trochę gorsza, wiesz, szara myszka z dziury zabitej dechami. Krystyna bardzo mi pomogła, była dla mnie dobra, żałuję, że była zakonnicą, bo nie możemy teraz iść na piwo.

 

W liceum dobrze mi szło, nie miałam ochoty kumplować się z dziewczynami z akademika, nie wychodziłam wieczorami do miasta, zresztą i tak nie było tam nic do roboty. Problem wielkiego miasta w okolicy powoduje to, że zasysa wszystko, co najlepsze w tych małych. Ludzie, sklepy, instytucje, wszystko ląduje w metropolii, która wciąga jak czarna dziura. Nie da się od tego uciec. Miałam dobre oceny, sporo pisałam "do szuflady", zostałam redaktorką strony internetowej prowadzonej przez siostry. Poza informacjami o zakonie było tam miejsce na świadectwa i krótkie teksty o katolicyzmie. Braki w religijnym wychowaniu nadrabiałam, ślęcząc przed starym monitorem. Potem coraz częściej pojawiały się tam moje teksty, najpierw krótkie opowiadania, potem większe teksty. Byłam z siebie dumna, czułam, że w czymś jestem naprawdę dobra.

 

Po cichu marzyłam o tym, żeby zostać pisarką albo dziennikarką w dużej gazecie. Stwierdziłam, że w Warszawie zapiszę się na polonistykę. I będę pisać, dużo. Krystyna powiedziała, że to najlepszy wybór. Miała rację. Kiedy końcem września wyprowadzałam się od sióstr, podeszła do mnie, wcisnęła do ręki 200 zł i powiedziała: "wróć kiedyś do nas". Pamiętam ten obrazek, Krystyna w długim habicie z rękami założonymi na piersiach. Potem znika za zakrętem. Pytasz, co wtedy czułam. To samo, co wtedy, kiedy wyjeżdżałam ze swojej wioski. Cholerne poczucie straty. Zostawiałam znowu bezpieczny świat i jechałam w kierunku tego, czego się bałam. Kiedyś straciłam Alinę, Karola, Magdę i Kamila. Teraz odeszła także Krystyna. Najśmieszniejsze jest to, że ciągle nie wydałam tych 200 zł. Włożyłam je do Biblii, którą dostałam od zakonnic. To jedyne pamiątki, jakie mam po tamtym czasie. Biblia i pieniądze, nawet nieźle się ułożyło, nie?

 

Euforia

 

Tutaj przerywa swoją opowieść. Musi odpocząć. Zamawiamy kolejną kawę, na zewnątrz już całkiem ciemno. Proponuję, że możemy spotkać się kolejnego dnia. Odmawia. "Jesteś pierwszą osobą, której opowiadam to w całości. Jeśli dzisiaj nie opowiem wszystkiego, to jutro będzie za późno".

 

Pierwsze dwa tygodnie po przyjeździe kompletnie niczego nie ogarniałam. Byłam przedtem w Warszawie dwa razy, ale nigdy dłużej niż jeden dzień. Czułam, że miasto mnie przytłacza, że kręcę się jak w bębnie pralki, który rozpędza się bardziej i bardziej z każdą minutą. Tramwaje, autobusy, metro, tłok - to wszystko dla mnie, dziewczyny ze wsi, było jakąś totalną abstrakcją. Nie, nie patrz tak na mnie. Wiem, czym jest tramwaj, mimo że po raz pierwszy jechałam nim na pierwszym roku studiów. Czułam, że zgubiłam się w czymś, co mnie przytłacza, że nie kontroluję tego wszystkiego, a to miasto rzuca mną tam, gdzie chce.

 

Do tego dostałam kiepskie lokatorki w pokoju. Prawie nie rozmawiałyśmy. One zakumplowały się błyskawicznie, od początku czułam, że trzymają mnie na uboczu. Kiedy wracałam, to tylko "cześć", "cześć" i tyle. Mijały kolejne dni, miasto przykręcało coraz większe obroty. Standardowy dzień zaczynał się o 8, kończył o 20. Nie, nie wychodziłam na imprezy, raz, że nie było z kim, dwa, kompletnie nie miałam na to siły. To chyba specyfika osób pochodzących ze wsi. Kiedy mają zamieszkać w dużym mieście, to ich adaptowanie się do nowych warunków jest trudniejsze.

 

To wszystko jednak miało swoje zalety. Brak imprez, brak pieniędzy (dostawałam coś z domu, udało mi się dostać też socjalne, ale starczało ledwo, ledwo) zmusił mnie do tego, żeby po prostu się uczyć. Pamiętam, że czytałam wtedy sporo poezji, Herberta, do dzisiaj pamiętam niektóre wiersze Miłosza na pamięć. Lubiłam to. Zdałam pierwszą sesję, pojechałam do domu, cieszyli się, że dobrze mi idzie, wróciłam z plecakiem pełnym jedzenia. Jeśli jest ktoś, kto perfekcyjnie realizuje ideał "słoika", to byłam nim ja.

 

Nie przeszkadzało mi to, że nie miałam kontaktu z innymi studentami. Dzwoniłam do rodziców, do brata, do Krystyny kilkakrotnie, ale nie odbierała. Dziwiło mnie, ale po kilku SMS-ach, które do niej wysłałam, przestało mi zależeć. Byłam przekonana, że nie ma czasu na zajmowanie się byłą podopieczną. Od czasów liceum miałam coraz rzadszy kontakt z Aliną, Karolem, Magdą i Kamilem. W czasie studiów ten kontakt zniknął prawie całkowicie.

 

Tak, do dzisiaj pamiętam, że to był wtorek. Szłam za zajęcia, przed wejściem na uczelnię minęłam grupkę ludzi, nie usłyszałam wołania. Ktoś głośno wykrzyknął moje imię. Zdziwiłam się, bo nie znałam się tutaj praktycznie z nikim. Patrzę, i jakkolwiek filmowo to wyglądało, stał tam Kamil ubrany w ciemnozieloną kurtkę i uśmiechał się.

 

Nawet nie wiesz, jaka fala euforii zalała mnie w jednej chwili. Wreszcie ktoś znajomy, ktoś bliski, znany, "swój ze wsi". Okazało się, że studiujemy to samo. To znaczy on od niedawna, bo przeniósł się z innego wydziału. Prawie podskoczyłam z radości, jak dowiedziałam się o tym, że będziemy mogli razem chodzić na zajęcia. Obce i brutalne w swoim pośpiechu miasto nagle stało się lepsze, bardziej znajome.

 

Znowu przerywa. Mówi o tym, że to dla niej za trudne i chce przerwać. Waha się. Namawiam ją i przypominam własne słowa, że chciała powiedzieć całość. Chwilę milczymy. Zgadza się.

 

Powiem wprost, to, że Kamil pojawił się w tamtej chwili, uratowało mnie przed zostaniem taką wiesz, panią po polonistyce, z głową w wierszach i pracującą na trzy czwarte etatu w bibliotece osiedlowej. Do pełni obrazu brakowałoby jeszcze kota. Spotykaliśmy się na zajęciach, po nich szliśmy razem w kierunku tramwaju albo autobusu, w weekendy umawialiśmy się na wspólne czytanie poezji. Ukochany Herbert, potem Miłosz (myślę, że mu zaimponowałam tym, że potrafię go recytować z głowy), Różewicz, trochę Baczyńskiego, ale nie za dużo, bo depresyjny, Szymborska. Papużki nierozłączki, zawsze razem, do kina, na wykład, prawie jak para.

 

Pytam, czy nie myśleli o tym, żeby ich koleżeństwo, a może nawet przyjaźń przekuć w coś większego.

 

Na początku o tym nie myślałam, ale w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem w nim cholernie zakochana. Sama się dziwiłam, bo kiedy znaliśmy się w rodzinnej wiosce, to kompletnie mnie nie interesował. Ale ile miałam wtedy lat? Pewnie bardziej interesowały mnie zabawki niż uganianie się za chłopakami.

 

To była pierwsza wiosna w Warszawie, siedzieliśmy na wielkiej łące. Jak zwykle wiersze i pogaduchy o wszystkim i o niczym, w torbie chowaliśmy wino, bo straż miejska i policja. Nagle poczułam, że chwyta mnie za rękę. Zadrżałam. Pocałował mnie. Nie pamiętam, co dokładnie wtedy powiedziałam, ale było to chyba coś głupiego w stylu: "dobrze, że już mamy to za sobą". Śmiał się. Pod koniec butelki wersy Miłosza przychodziły mi same do głowy.

 

Radość

 

Po tamtej wiośnie wszystko poszło bardzo szybko. Znaliśmy się długo, czułam się przy nim dobrze, ufałam mu, nie chciałam co prawda naciskać, ale marzył mi się ślub. Na trzecim roku zaczęłam dorabiać sobie jako opiekunka do dziecka, wciąż miałam pieniądze ze stypendium, trochę podsyłali rodzice. On łączył studia z pracą na cały etat w centrum handlowym, policzyliśmy, że na wspólne życie powinno wystarczyć.

 

Przeprasza, że pędzi tak szybko, ale nie chce dłużej tego ciągnąć. Mówi, że jest zmęczona. Notes przed nią zapełnia się coraz bardziej abstrakcyjnymi znakami.

 

Oświadczył mi się na wspólnym wyjeździe do Pragi. Centrum miasta, on klęka i prosi mnie o rękę. Ludzie wokoło zaczynają klaskać, wszystko jak z bajki. Wydawało mi się, że to się dzieje we śnie. Ślub był u nas, typowe wiejskie wesele. Przenoszenie przez próg. Dużo alkoholu, zabawy, noc poślubna w rodzinnym domu, myślę, że zachowaliśmy rodzinną tradycję. Zamieszkaliśmy w małej kawalerce w Warszawie, trochę daleko od centrum, ale cena była dla nas odpowiednia. Marzyliśmy, że wychowamy nasze dzieci na prawdziwych humanistów, ludzi, którzy zdrowo podchodzą do życia i krytycznie patrzą na świat wokoło. Nigdy nie czułam takiej radości. Przede mną układało się długie i dobre życie u boku człowieka, którego pokochałam. Tak wygląda radość, nie?

 

Upadek

 

W drugim roku małżeństwa przestało się nam układać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego tak jest. Ciągłe sprzeczki o wszystko, milczenie, które trwało po kilka dni, jego wyjazdy z kolegami z roku, moja samotność i pustka w mieszkaniu. Zaczęłam coś podejrzewać, bo Kamil zaczął się dziwnie, po prostu dziwnie zachowywać. Jak to określić? Nie wiem, po prostu masz takie uczucie, że coś złego się dzieje. Nie masz nic konkretnego, ale wiesz, że to zmierza w złym kierunku. Tak się wtedy czułam, najsamotniej na świecie. Beznadziejnie.

 

Był listopad, wtorek po południu. Otworzyłam Szymborską, która stała na regale. Tomik Kamila z Leśmianem stał obok. Przeczytałam kilka wierszy, stwierdziłam, że Szymborska to nie na dzisiaj. Wzięłam Leśmiana. W środku, jakieś kartki. Listy, pisane odręcznym, bardzo pięknym pismem. Na początku myślałam, że to jakieś stare albo niewysłane do mnie. Ale nie, czekaj. Przecież to nie jego pismo. Dlaczego… dlaczego pod listami jest podpisana jakaś Monika?

 

Czułam, że wszystko, co do tej pory miałam, przepadło i zostało mi odebrane. Kochanka mojego męża pisze do niego listy? I on trzyma je w tomiku poezji zaraz pod moim nosem. Wszystko wyglądało jednoznacznie. Kiedy wrócił do domu, pokazałam mu, co znalazłam. Awantura, oboje płaczemy. On, że przeprasza, że spotykał się z nią w czasie liceum, potem na początku studiów jeszcze kilka razy, że w ubiegłym miesiącu znów się "przypadkiem" spotkali, ale to nic wielkiego, to tylko przyjaciółka z dawnych lat, ma nawet chłopaka, nie, oczywiście, że mnie nie zdradził, na pewno to wszystko się jeszcze ułoży, nie ma niczego, czego razem nie bylibyśmy w stanie przezwyciężyć. Wiedziałam doskonale, że kłamie. Z treści listów wynikało, że nie była to platoniczna znajomość, przyłapałam go na kłamstwie. Co gorsza, data ostatniego listu, w którym opisywała wrażenia po ostatnim spotkaniu, była na kilka dni przed naszym ślubem. Tak, umawiali się, że będą pisali do siebie listy, tak nikt nie wpadnie na ich trop. Doskonały pomysł, tak, faktycznie, nikt na nie nie wpadł.

 

Dwa dni później byłam już w rodzinnej wiosce. Nie chciałam widzieć tej pieprzonej Warszawy. Wszystko, co do tej pory kojarzyło mi się ze szczęściem, teraz wywoływało ból. Wszystko przepadło, jeden wielki upadek.

 

Zakrystia

 

Piszesz tekst dla katolickiego portalu. Chcesz posłuchać, jak na to wszystko zareagował Kościół? Matka poradziła mi, żebym poszła do naszego proboszcza i powiedziała mu o wszystkim. Żyję na terenach, gdzie ksiądz jest wciąż taką postacią, do której idzie się po radę. Jak dobry dziadek, wujek, który zawsze poradzi, co trzeba robić. Twierdziła, że na pewno wszystko da się jeszcze ułożyć, że może nasze małżeństwo nie jest jeszcze stracone. Spotkanie odbyło się w kancelarii parafialnej, we wtorek. Pamiętam, wielki obraz z Janem Pawłem II za plecami księdza. Powiedziałam o tym, że mąż mnie zdradził, o swoim cierpieniu, o tym, że nie wiem, co robić i jak sobie z tym poradzić. Był dla mnie uprzejmy, zaproponował spowiedź. Poczułam się jednak oburzona, bo to ja jestem ofiarą i nie wiem, dlaczego miałabym spowiadać się ze swoich grzechów.

 

Odparłam, że nie mam na to teraz czasu, że potrzebuję rady. On powiedział, że nic w tej chwili nie może poradzić, że spowiedź łagodzi wszelki ból i że w jej czasie spotykamy Jezusa. Zaczęłam być poirytowana. Zapytałam, co Kościół radzi ludziom, którzy znaleźli się w sytuacji podobnej do mojej. Odpowiedział, że trzeba pochylić się nad problemem rozpadających się związków, szukać pocieszenia w słowach Pisma Świętego, cierpliwie znosić krzyż, jaki Jezus kładzie na nasze ramiona. Tak, takich słów użył. O Jezusie, który kładzie krzyż na nasze ramiona. Potem zacytował kilka fragmentów z Biblii, z których wynika, jak powinny wyglądać idealne stosunki pomiędzy mężem a żoną. Nie pamiętam wiele z tego, co mówił, ale kiedy usłyszałam fragment o tym, że żony mają być poddane mężom, to coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że cały Kościół oparty jest na kłamstwie, bo ci mężowie, którym mam być poddana, po prostu mogą więcej. Wolno im zdradzać żonę, wolno nie być szczerym we wszystkim, wolno robić rzeczy, które dla nas, szarych kobiet, są zakazane. Jak domek z kart runęła moja wiara w to, że ta instytucja ma cokolwiek więcej do zaoferowania niż tylko nielogiczny i anachroniczny system przepisów, który dokładnie układa ludzkie życie. Wstałam od stołu, podziękowałam. On próbował jeszcze ratować sytuację, powiedział obrzydliwe słowa o tym, że czasami wina o rozpadzie małżeństwa nie jest tylko po stronie mężczyzny, ale… Wrzasnęłam na niego i powiedziałam, że jak nie po stronie mężczyzny, to niby kogo?! Zostawiłam za sobą drzwi, które zamknęły się z trzaskiem. Przez resztę dnia płakałam, nie byłam w stanie poradzić sobie z tym, że ktoś, kto miał mnie wesprzeć w trudnym momencie, zafundował mi pranie mózgu przy pomocy cienkich i bezsensownych formułek, które kompletnie nie miały przełożenia na moje realne życie. Postanowiłam, że nie będę więcej brała pod uwagę tego, co mówią do mnie jego członkowie. Tylko proszę, nie cytuj mi tutaj Mauriaca i jego stwierdzenia, żeby nie oceniać Boga po bełkocie Jego sług. Co to za szef, który posługuje się takimi miernymi pracownikami?

 

Krystyna

 

Pomyślałam, że może ona będzie wiedziała, co zrobić. Zadzwoniłam na komórkę, numer nieaktualny, odebrał jakiś pan. Dzwonię na numer klasztoru, gdzie mieszkała. Co? Ale jak to odeszła? Nie jest już zakonnicą? Dlaczego nie mogę dostać do niej numeru? Że to wielka rana dla Kościoła? Ale pani, to znaczy siostra, nie rozumie, ja muszę z nią porozmawiać. Z Bogiem, tak, tylko na tyle was stać.

 

Marta spogląda na komórkę. Pisze SMS-a do męża, powtórnie wyszła za mąż po rozwodzie z Kamilem. W czasie rozmowy raz na jakiś czas pytała mnie, czy na pewno jej historia nadaje się na katolicki portal. Miała wątpliwości, bo przecież na pewno piszemy tylko o świętych rzeczach. Przyznała się, że miała wątpliwości, czy w ogóle ze mną rozmawiać.

 

Jestem teraz w szczęśliwym związku. Wybacz, nie namówisz mnie na powrót. Cieszę się, że wreszcie komuś to wszystko powiedziałam. Jak wy to nazywacie? Spowiedź, tak?

 

Na prośbę bohaterki tekstu niektóre imiona oraz szczegóły wydarzeń zostały zmienione.

 

Michał Lewandowski - dziennikarz DEON.pl, publicysta, teolog. Prowadzi autorskiego bloga "teolog na manowcach" oraz fotograficzny projekt "Bardzo brzydkie zdjęcia"