Nie będziesz się obnosił

Dominika Frydrych Dominika Frydrych
data29.07.2019 13:59

(fot. depositphotos.com)

Mam 22 lata. Jestem katolikiem i gejem.

 

Nie odważyłbym się opowiedzieć tego pod nazwiskiem, nie jestem gotowy. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Są tacy, którzy robią coming out na Facebooku albo, jeśli są sławni, organizują konferencję prasową. Moje droga wychodzenia z szafy jest inna.

 

1.

 

Wyobraź sobie prostą scenę. Jesteś osobą homoseksualną i siedzisz w parku z kimś, kto jest ci bliski. Chłopak z dziewczyną mogliby całować się albo obejmować. A ty musisz kontrolować się cały czas, żeby nie pójść o krok za daleko. Bo co jeśli zobaczy was grupa napakowanych mężczyzn, tych, którzy krzyczą o "zakazie pedałowania" i rzucają kostką brukową na manifestacjach? Jakiś wariat, który będzie miał nóż? Przesada? Ja, po tym, co widziałem w Białymstoku albo w Lublinie, wolę nie ryzykować, że akurat spotkam kogoś, komu nie spodoba się, że dwóch chłopaków za długo na siebie patrzy.

 

Ale nawet nie chodzi tylko o przemoc. Siedzisz na ławce i nie jesteś kimś, kto chce okazać czułość bliskiemu. Chcąc, nie chcąc, stajesz się propagatorem - tylko weź to, proszę, w cudzysłów - "ideologii LGBT". Zamachowcem przeciw rodzinie. Dla ciebie samego już nie ma miejsca. A przecież jesteś nadal tym samym człowiekiem, co wcześniej. I chciałbyś po prostu wziąć za rękę, objąć albo pocałować kogoś, kogo kochasz.

 

Tak, to jest trudne.

 

2.

 

Mam przyjaciół, którzy chodzą na Marsze Równości. Nie dziwię się im. Skoro nie mają przyzwolenia społecznego na wyrażenie siebie, tego, kim są i jacy są w zwykłej przestrzeni publicznej, to jak mogę się dziwić, że korzystają z okazji, że mogą to wreszcie wykrzyczeć?

 

Rozumiem to. Sam nie byłem. Gdybym poszedł, wziąłbym wtedy ze sobą baner: jestem katolickim gejem. To ważna wiadomość o mnie i coś, co chciałbym przekazać.

 

3.

 

Nie chcę robić z siebie ofiary. Nie jestem ofiarą! Nie zgadzam się na to, żeby nią być. Ale to, co często przychodzi mi na myśl, to lęk. Na przykład gdy idę do spowiedzi. Wiem, że tam spotykam Boga. Że to miejsce wyznania swoich win i uzyskania przebaczenia. A jednocześnie ja, jako gej, czuję wielki strach przed wypowiedzeniem, kim jestem. Jasne, nie trzeba o tym mówić. Możesz powiedzieć tylko, że zgrzeszyłeś w taki a taki sposób… ale czasem jednak potrzebujesz to wypowiedzieć. Strach, że ksiądz cię odrzuci i potępi, już za to, kim jesteś, jest duży.

 

Czy coś takiego mnie spotkało?

 

Tak. Ale staram się o tym nie mówić i nie myśleć. Gdy idę do przypadkowego konfesjonału, czuję lęk. Próbuję zrozumieć takiego księdza, który nieprzyjemnie reaguje: może mieć w głowie wszystkie najgorsze stereotypy o osobach homoseksualnych, może pomyśleć o kimś, kto chce robić szyderę z katolików albo rewolucjonizować chrześcijaństwo. Próbuję tłumaczyć sobie, że wiem, o co chodzi w spowiedzi, że wierzę w jej moc i miłosierdzie, które dostanę, niezależnie od tego, na kogo trafię z drugiej strony kratek. Ale boję się. Nie chcę też przesadzić, radzę sobie. Naprawdę nie jestem żadną ofiarą!

 

4.

 

Nie chciałbym wygłaszać żadnego manifestu. Ale, w porządku, powiem szczerze: pytanie o odnajdywanie się w nauczaniu to pytanie o zmaganie się z Kościołem, którego jestem częścią. Katechizm mówi o "skłonnościach", nie o orientacji. Dla mnie to konkretna różnica. Orientacja psychoseksualna to fakt. A skłonność? Skłonność mogę mieć do picia kawy i sięgać po nią cztery razy na tydzień. Czujesz różnicę? To luka, która doskwiera mi w nauczaniu.

 

Traktowanie z szacunkiem, współczuciem i delikatnością? Jak najbardziej. Uważam, że to potrzebne jest wszystkim ludziom, bez wyjątku. Chrystus modlił się za tych, którzy przybijali Go do krzyża, współczuł chorym i pokrzywdzonym, był blisko człowieka. To też droga każdego z nas wobec samych siebie.

 

Zastanawiam się tylko, gdzie były szacunek, współczucie i delikatność w Płocku, gdzie częścią dekoracji grobu Pańskiego był napis "LGBT" i "homozboczenia"? Albo w Białymstoku, gdzie rzucano w uczestników Marszu Równości kamieniami i wyzywano ich w najgorszy możliwy sposób? W Krakowie w Boże Ciało, kiedy po raz kolejny sprowadzono osoby homoseksualne do "ideologii LGBT" godzącej w to, co święte. Zastanawiam się, czy ci, którzy to mówią, znają chociaż jednego geja? Lesbijkę? I jednocześnie katolika czy katoliczkę?

 

Słyszę albo czytam ludzi, często moich przyjaciół, którzy deklarują: to już nie nasz Kościół, nauczanie musi się zmienić. Rozumiem ich. Ale ja nie chcę czekać na zmiany w strukturze. Żyję tu i teraz, wykorzystując to, kim jestem, gdzie jestem i z kim jestem, mogę tworzyć realną zmianę. Wierzę, że zyska ona kiedyś miejsce w nauczaniu i akceptację Magisterium.

Wiesz, niesamowicie inspirują mnie ludzie Ewangelii czy biografie świętych. Byli cichymi rewolucjonistami. I często obrywało im się za to, co robią - nawet ze strony Kościoła. Ale oni żyli dalej, byli wierni i konsekwentnie wprowadzali zmiany w otaczającej ich rzeczywistości.

 

Myślę na przykład o Wojtyle i o tym, co robił w Krakowie. Jak on był z młodymi ludźmi, co zrobił w Nowej Hucie! Coś niesamowitego. I myślę, że i ja mogę i powinienem zrobić w swoim kawałku świata i Kościoła chociaż jedną rzecz. Franciszek przypomina o tym, że wszyscy jesteśmy powołani do świętości - więc wszyscy możemy zmieniać na lepsze swój kawałek świata i Kościoła.

 

Więc nie czekam na strukturalne zmiany, ale realizuję zmianę tu i teraz. Tak, jak umiem. Kocham Kościół. Jestem jego częścią i biorę za niego odpowiedzialność.

 

5.

 

Chociaż wiesz, o czym ostatnio pomyślałem? Nigdy nie słyszałem o sytuacji, że w czasie mszy jest modlitwa wiernych za ofiary homofobii. Nie wiem na ilu setkach Eucharystii byłem w życiu - nigdy czegoś takiego nie słyszałem! Nie mówię o dążeniu do praw, o postulatach, ale o zwykłej, prostej modlitwie w czasie mszy albo nabożeństwa! Przepraszam za emocje. Ale chciałbym to kiedyś usłyszeć.

 

W Krakowie, w Międzynarodowy Dzień Przeciwko Homofobii, Transfobii i Bifobii, co roku organizowana jest modlitwa w ewangelickim kościele św. Marcina. Poszedłem tam w tym roku, razem z moimi katolickimi przyjaciółmi. To była przepiękna modlitwa, anielsko śpiewał krakowski tęczowy chór Krakofonia. Ale wiesz, co mnie zabolało? Obok pastora Kościoła luterańskiego, księdza Romana Prackiego, oficjalnie przy ołtarzu nie znalazł się żaden ksiądz katolicki. W ogóle żadna osoba konsekrowana. Dlaczego? To może są symbole i drobiazgi… Ale dla mnie ważne. Ja i mój Kościół byliśmy tam gośćmi, a nie współgospodarzami.

 

Jedyny głos Kościoła instytucjonalnego, jaki słyszę o osobach homoseksualnych, czyli również o sobie, to przestroga przed "ideologią LGBT". Marta w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" powiedziała, że czuje się jedną literką w tym skrócie. Ja mam podobnie. Jestem jedną literką. W sytuacji, gdy Episkopat wydaje oświadczenie, w którym mówi, że nie ma zgody Kościoła na używanie takiego skrótu, bo jest on przesiąknięty ideologią, to ja, katolik i gej, człowiek z krwi i kości, czuję, że w ich oczach jestem ideologicznym wytworem. Dziwne i przykre uczucie.

 

6.

 

Znajomy ksiądz powtarza często, że nikt mnie stąd nie wyrzuci. Tylko ja sam mogę wyjść z Kościoła. A ja nie chcę.

 

W wywiadzie Marta mówiła też o tym, że czuła się w Kościele jakby stała w przedsionku w letnie popołudnie, kiedy jest duszno i nie ma czym oddychać. I w pewnym momencie musisz wyjść. Mocno siedzi mi w pamięci ta metafora. Czy ja też tak się czuję? Zamieniłbym letni i parny dzień na wiosenny. Bo wciąż mam nadzieję. I wciąż Kościół jest moim domem. Nie mam odwagi, żeby wejść do środka i usiąść w pierwszej ławce. Po tym, jak słyszę z ambon o byciu częścią wrogiej ideologii albo po tym, jak w Lublinie Marsz Równości został obrzucony kamieniami - robi mi się duszno.

 

Ale piękne jest to, że dookoła są ludzie, którzy - chociaż to ostatnie miejsce, przy samych drzwiach, zupełnie niereprezentatywne - stają obok mnie. Stawiają kwiaty i dbają o tę przestrzeń, to w końcu wciąż jest dom Boży.

 

7.

 

Podstawowym miejscem, w którym mogę się odnaleźć, jest mała wspólnota. To, swoją drogą, wielkie szczęście, że tak ich dużo w Kościele, że możemy szukać i znajdywać coś dla siebie! I ja mam taką przestrzeń. Staram się budować zaufanie - nawet to, że siedzimy sobie teraz na ławce i rozmawiamy, tworzy taki most między nami, prawda? Dopiero mając z konkretną osobą ze wspólnoty dobrą relację, mając do niej zaufanie, mówię o tym, że jestem gejem. I wiesz co? Naprawdę nie umiem opisać tego, z jaką miłością się spotkałem. Ci, którzy się dowiedzieli, wyszli ponad wskazówki z Katechizmu.

 

Takie jest moje doświadczenie. I kiedy zyskuję przyjęcie ze strony drugiej osoby, czuję, że zyskuję przyjęcie mojego Kościoła. To zresztą najważniejsze doświadczenie mojej drogi wiary - ludzie.

 

Jestem w Kościele właściwie od zawsze. Franciszek cudownie mówił o osobach starszych, o dziadkach i babciach, od których możemy się uczyć. I dla mnie ta historia zaczyna się w dzieciństwie, kiedy dziadkowie zabierali mnie w niedzielę do kościoła. Tak po prostu, na mszę dla dzieci. Do dziś to pamiętam - te baranki, szopki, palmy w Niedzielę Palmową… Fantastyczna sprawa, bardzo pomagała mi przeżywać moją małą, dziecięcą wiarę.

 

Potem, kiedy byłem nastolatkiem, zacząłem uświadamiać sobie, kim jestem i jaką mam orientację, stawiałem sobie coraz więcej pytań. O to, kim jest dla mnie Bóg, o moje bycie w Kościele. O sens. O to, dlaczego tu w ogóle jestem i po co. Może lepiej, żeby mnie - takiego - nie było? Po co Bóg mnie - takiego - stworzył? Czy On mnie - takiego - chce? Zmagałem się z tym bardzo. Ale ostatecznie się cieszę, bo to te pytania i szukanie odpowiedzi kształtowało moją wiarę.

 

A dziś? Wiara i moje bycie w Kościele ściśle łączą się ze sobą. To może niektórym wydawać się dziwne - bo przecież słyszę to, co słyszę. O ideologii i tak dalej. Mówią o tym biskupi w Boże Ciało albo wydają oświadczenia i piszą listy. Ale z drugiej strony jestem też w małym, wspólnotowym Kościele. Mam tam niesamowitych przyjaciół, którzy dzielą ze mną wiarę w Jezusa. Nasze doświadczenie spotkania z Nim są różne tak, jak my sami jesteśmy różni. Uczą mnie Ewangelii w oparciu o Pismo, o liturgię, o swoje przeżycie. Przekazują mi wiarę. A ja mogę podzielić się tym samym z nimi.

 

Chrześcijaństwa uczą mnie też przyjaciele, z którymi nie dzielę wiary w Chrystusa. To może paradoksalne, ale tak właśnie jest. I to dla mnie naprawdę wielkie szczęście.

 

Kiedy słyszę czasem słowa, które mnie bolą, a które wypowiadają moi współbracia i współsiostry z Kościoła, to wiem, że mam ludzi, którym mogę się wypłakać. Dosłownie. A oni mnie przyjmą. Więc tak, bycie w Kościele jest trudne, ale to jest też dla mnie największa wartość.

 

8.

 

Mimo wszystko zaufanie nie przychodzi szybko. Nie byłem i nie jestem gotowy na otwarte mówienie o sobie. Wspólnoty tworzą ludzie, którzy wywodzą się z różnych środowisk, mają różne doświadczenie Kościoła i doświadczenie osób homoseksualnych. Nie chcę wszystkim wokół kłaść swojej orientacji na plecy. Dla kogoś taka informacja może też być trudna, a kogoś może skrępować, naprawdę nie każdą cenę trzeba płacić, żebym tylko był autentyczny.

 

Ale z drugiej strony - ja milczę, a więc ten ktoś nie będzie miał szansy dowiedzieć się, że jego kolega ze wspólnoty jest gejem. Ideologia nie zyska twarzy, imienia i nazwiska. Sam nie wiem.

 

Na razie jestem skazany na przeżywanie tego półjawnie, po cichu. Gdzie są wspólnoty dla ludzi homoseksualnych w instytucjonalnym Kościele? Mamy wspólnoty dla małżeństw, dla kobiet, dla mężczyzn, singli, studentów, są katolickie duszpasterstwa dla osób rozwiedzionych, żyjących w ponownych związkach. Dlaczego oni wszyscy mogą uświęcać się razem, a ja nie mogę przeżywać swojej drogi do Boga, mówiąc otwarcie, kim jestem?! Przepraszam za ten wybuch. Strasznie mnie to frustruje.

 

9.

 

Ale mam nadzieję na zmiany. Wiesz, co mi się marzy? To może być zaskakujące, bo chciałbym, żebyśmy po prostu nauczyli się budować przestrzeń spotkania ze sobą nawzajem. Staram się to robić i znam wiele osób, którym na tym zależy. Chodzi o małe rzeczy: ksiądz proboszcz ogłasza, że w przyszłym tygodniu po niedzielnej mszy o dwunastej zaprasza do ogrodu parafialnego. Z kasy parafii kupi kawę i ciastka, a jeśli ktoś ma pragnienie, może przynieść coś od siebie - ciasto, sałatkę, coś na grilla. I jesteśmy ze sobą, tak po prostu. Niech coś takiego będzie codziennością takiego zwykłego, parafialnego Kościoła.

 

Bo, tak czuję, to największy problem. Jesteśmy braćmi i siostrami, ale nie ufamy sobie. Nie znamy się nawet. A wśród nas są tak różni ludzie! Poglądami, wyglądem, przyzwyczajeniami, talentami, orientacją seksualną - różnimy się wszystkim! Czy to nie byłoby super, gdybyśmy zaczęli się poznawać?

 

Tak zresztą rozumiem Kościół. Jezus Chrystus cały czas spotykał i poznawał ludzi. Przeróżnych! Nie zamykał się na żadną płeć, narodowość ani zawód. Co chwilę gorszył, kiedy był sam na sam z kobietami, zaciągał od trędowatych nieczystość, uzdrawiał w szabat, jadał i u celników, i u faryzeuszy. Nie bał się łamać schematy, kierował się miłością.

 

10.

 

I, jeśli o marzeniach rozmawiamy, to w kontekście osób homoseksualnych, marzy mi się też, żeby w Międzynarodowym Dniu Przeciwko Homofobii, Bifobii i Transfobii znalazła się w Kościele przestrzeń spotkania. U dominikanów albo jezuitów, ale może nie tylko tam? U misjonarzy albo u franciszkanów, albo u albertynek, albo w zwykłej parafii. Przychodzą ludzie, którzy inaczej myślą. Rozmawiają z siostrą zakonną, która opowiada, jak dlaczego zdecydowała się na życie w klasztorze. A ona może wysłuchać geja albo lesbijki, którzy wrócili z Marszu i opowiadają jej o sobie, o tym kim są i czym zajmują się w życiu. Poznają się. Bardziej się nawzajem szanują i rozumieją.

 

Nie wiem, czemu jestem aż takim idealistą. Ale tak chciałbym zobaczyć coś takiego. Wierzę, że już wkrótce zobaczę. Nie rewolucję. Nie przewrót. Zwykłe spotkanie. Takie, jak my teraz - zobacz, siedzimy sobie, jest ciepło, chociaż chyba zbiera się na deszcz, rozmawiamy. O mnie przestaliby mówić, że jestem ideologią. A ja może poczułbym się pewnie.

 

Wysłuchała Dominika Frydrych.

 

Dominika Frydrych - redaktorka i dziennikarka DEON.pl. Autorka książki "Pełnymi garściami".