Ekologia to nie lewacka mrzonka

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data30.11.2018 08:57

(fot. shutterstock.com)

Powietrzem zawierającym toksyczne opary oddychamy wszyscy - a płuca prawaków, lewaków, osób głęboko wierzących i zagorzałych ateistów są dokładnie takie same. 

 

Parę miesięcy temu zaangażowałam się w dyskusję, która miała miejsce na jednej z facebookowych grup dla katolików. Tematem internetowej debaty (którą z całą pewnością zapamiętam na długo!) było to, czy katolik może być wegetarianinem. Jako że mięso z diety wyeliminowałam już wiele lat temu, a dodatkowo jestem przekonana o słuszności mojego wyboru, postanowiłam dać odpowiedź twierdzącą i, rzecz jasna, uargumentować swoją wypowiedź. W ciągu kolejnych minut mój telefon nieustanie informował mnie o kolejnych powiadomieniach - z faktu niejedzenia przeze mnie i moją rodzinę mięsa moi interlokutorzy byli uprzejmi wysnuć wniosek, że w takim razie z pewnością popieram aborcję, eutanazję i nie obchodzi mnie los głodujących w Afryce dzieci (sic!). Można się z tego śmiać - ale można też potraktować tę sytuację jako ważny sygnał świadczący o tym, że my, katolicy, w znacznej mierze odnosimy się do ekologii lekceważąco - i nadal nie mamy wystarczającej wiedzy na ten temat.

 

Kto stoi za ekoideologią?

 

Zwolennicy diety bogatej w mięso oraz spalania dużej ilości węgla często próbują dowieść, że dbałość o środowisko naturalne ma swoje korzenie w ideologiach i grupach wrogich Kościołowi. Jeden z rodzimych periodyków swego czasu umieścił na swojej okładce grafikę informującą, że energia odnawialna ma swoje korzenie w nazizmie - ten fakt z pewnością przejdzie do historii polskich okładek prasowych. Zdaniem części prawicowych publicystów (także tych, którzy publikują głównie na swoich tablicach na Facebooku i internetowych forach), nic nie stanowi bardziej dobitnego dowodu na przynależność do loży masońskiej niż przyznawanie się do wegetarianizmu lub stawanie w obronie Puszczy Białowieskiej.

 

Jednak osobą (a właściwie Osobą), która stoi za koncepcją zrównoważonego rozwoju oraz poszanowania każdego stworzenia, nie jest żaden polityk, społecznik czy finansista, lecz sam Stwórca. Pismo Święte obfituje przecież w opisy czułości Boga wobec człowieka, ale także wobec naszych braci mniejszych. Słowa Ojca: "Jeśli spotkasz wołu twego wroga albo jego osła błąkającego się, odprowadź je do niego. Jeśli ujrzysz, że osioł twego wroga upadł pod ciężarem, nie ominiesz, ale razem z nim przyjdziesz mu z pomocą" (23,4n) są przecież ujmującym nakazem troski o słabsze istoty (w tym wypadku parzystokopytne, ale śmiem sądzić, że chodzi o wszelkich reprezentantów królestwa zwierząt). Sam Jezus, opowiadając przypowieści o kąkolu, drzewie figowym czy w końcu o zagubionych owcach, zachęca do kontemplacji przyrody, która może przybliżyć nas do rozumienia spraw duchowych.

 

Doskonale wiedzieli o tym niektórzy święci, którzy nauczali, że w pięknie tego świata można odnaleźć ślady Bożej obecności. Poza znanym zapewne Czytelnikom świętym Franciszkiem warto zgłębić także "ekologiczne" nauczanie świętego Bonawentury, który zachęcał: "Otwórz więc oczy, nakłoń duchowe uszy, rozwiąż swe usta i przyłóż swoje serce, abyś we wszystkich stworzeniach zobaczył, dosłyszał, pochwalił, ukochał, uszanował, uwielbił i uczcił swojego Boga, by przypadkiem nie powstał przeciw tobie cały świat", czy samego Jana Pawła II. Papież Polak, wywodzący się przecież tak samo jak my z kraju mlekiem i węglem słynącym, pisał, że wypoczywa się najlepiej, gdy "kontakt z przyrodą staje się kontaktem z Bogiem obecnym w przyrodzie i obecnym w duszy ludzkiej". Postawa proekologiczna nie tylko nie jest zatem niezgodna z nauczaniem Kościoła - zachwyt przyrodą i szacunek do każdego stworzenia są na stałe zapisane w kościelnym nauczaniu.

 

Komu bije dzwon

 

W ochronie środowiska nie chodzi jednak, co czasami sugerują miłośnicy "teologii schabowego", o postawienie interesu ropuch, chrząszczy czy lasów bukowych ponad interesami człowieka - czas, abyśmy przyswoili tę prostą prawdę, że niszcząc przyrodę, stopniowo eksterminujemy własny gatunek. Dla pokolenia naszych dziadków, którzy wychowali się jeszcze na zrębach pozytywistycznego umiłowania nauki i wszelkiego postępu, idea nieco bardziej "powściągliwego" rozwoju mogła wydawać się niezrozumiała. Co więcej, sądzę, że ludzie, którzy pamiętają czasy permanentnych niedoborów, z jakimi wiązała się gospodarka zdalnie sterowana, mieli pełne prawo do tego, by - gdy w marketach w końcu zapełniły się półki - kupować bez ograniczeń.

 

Prognozy naukowców nie są jednak na tyle optymistyczne, byśmy my, dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie, mogli upajać się szalonym konsumpcjonizmem. Zasoby ziemi nie są nieograniczone - a czas wyczerpania się (lub raczej wyczerpania przez nas, ludzi) ropy, węgla czy nawet wody pitnej zbliża się coraz większymi krokami. Świat, w którym ludzie będą walczyć zbrojnie o dostęp do wody i niezatrutego powietrza, ze sfery wyobrażeń pisarzy science fiction przesuwa się ku rzeczywistości - i to takiej, która może "zaskoczyć nas" już za kilka dekad. W chwili obecnej miliony ludzi - zwłaszcza tych słabszych lub zamieszkujących kraje Trzeciego Świata - odczuwają dramatyczne skutki nieumiarkowania w korzystaniu z ziemskich zasobów.

 

Przemysłowe hodowle zwierząt rzeźnych przyczyniają się do pustynnienia coraz większych obszarów w Afryce (a więc także do głodu), kupowanie ogromnych ilości ubrań w sieciówkach umacnia system wyzysku pracowników na południu globu, a zanieczyszczenie powietrza na skutek palenia w piecach wszystkim, czym się da, przyczynia się do poważnych chorób dzieci (także tych mieszkających jeszcze pod sercami matek), seniorów i innych. Nie da się więc pogodzić deklarowanej troski o życie poczęte z paleniem opon na łące.

 

Postawa ekologiczna dla współczesnego katolika nie jest zatem jedynie opcjonalnym dodatkiem do modlitwy i chodzenia do kościoła, lecz realizowaniem przykazania miłości bliźniego oraz powściągania swojej chciwości. Ewangelia uczy nas przecież, że dobro naszego bliźniego jest ważniejsze niż nasza chęć folgowania sobie - ograniczenie ilości plastikowych torebek, które zużywamy, oszczędność wody czy ograniczenie ilości spożywanego mięsa (osobiście jestem orędowniczką całkowitej rezygnacji z tego - z miłości nie tylko do zwierząt, ale i do ludzi) to nie wyrazy nadęcia czy zadurzenia w hipsterskiej subkulturze, ale wyraz odpowiedzialności za nasze wspólne dobro - które otrzymaliśmy przecież od Szefa.

 

Nie odmrażajmy sobie uszu

 

Warto zadać tutaj także pytanie o to, czemu część ludzi Kościoła obawia się ekologów i nie chce przyznać, że ochrona środowiska jest czymś, o czym katolik powinien myśleć bardzo poważnie. Sądzę, że w znacznej mierze wynika to z tego, iż osobami zaangażowanymi w działania na rzecz przyrody bywają niekiedy celebryci, którzy nie mają w zwyczaju narzucać się Bogu. Jednak odrzucanie idei troski o środowisko z racji tego, że zachęcają do tego osoby, z którymi pod względem religijnym nie jest nam po drodze, jest poważnym, a jednocześnie infantylnym błędem w stylu "na złość mamie odmrożę sobie uszy". To, że w buncie przeciwko piosenkarce, która chroni pszczoły, ale jednocześnie opowiada się za legalizacją aborcji, zaczniemy wyśmiewać troskę o te jakże ważne w ekosystemie owady i ekologię jako taką, nie sprawi, że zmniejszymy liczbę terminowanych ciąż, lecz że znacząco przyspieszymy zniszczenie naszej planety.

 

Musimy uświadomić sobie, że - jeśli chodzi o troskę o środowisko - gramy do jednej bramki. Powietrzem zawierającym toksyczne opary oddychamy wszyscy - a płuca prawaków, lewaków, osób głęboko wierzących i zagorzałych ateistów są dokładnie takie same. Myślę, że sprawy nie ułatwiają też niektóre interpretacje cytatu "Czyńcie sobie ziemię poddaną", na który często powołują się duchowni sympatyzujący z ekosceptykami. Rzecz jasna, nie chodzi o to, by te słowa z Pisma wymazać, ale o to, żeby w końcu zrozumieć, iż czynienie sobie "ziemi poddaną" nie oznacza bezrefleksyjnego niszczenia, a raczej sensowne i przemyślane korzystanie z surowców - tak, aby wystarczyło ich również dla przyszłych pokoleń.

           

Ekologiczna wiosna Kościoła

 

Na szczęście we współczesnym Kościele nie brak jest ludzi, którzy rozumieją wagę problemu - i zwracają uwagę na to, że życie tak, jakby miało nie być jutra i przyszłych generacji, kiepsko współgra z chrześcijańskim nakazem miłowania innych tak samo jak siebie. Na konieczność wyplenienia z siebie myślenia o świecie jak o prywatnej zagrodzie zwracali uwagę papieże - wspomniany już św. Jan Paweł II oraz Benedykt XVI, który głosił, że istnieje "bardzo ścisły związek między szacunkiem dla człowieka a ochroną świata stworzonego" . Co jakiś czas przypomina o tym Franciszek, który w swojej "zielonej" encyklice "Laudato si’" tłumaczył, że kryzys moralny, ekologiczny oraz ludzka chciwość są ze sobą sprzężone i - jeśli się nie opamiętamy - pociągną nas na dno.

 

Głos miłośników polowań jest obecnie w Kościele "równoważony" przez członków REFA, czyli Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu oraz kapłanów prowadzących nabożeństwa ze zwierzętami, które są organizowane "w pobliżu" wspomnienia świętego Franciszka. Nie próżnują również katoliccy publicyści - Michał Kuźmiński przeprowadza dla "Tygodnika Powszechnego" wywiad z Martą Dymek z "Jadłonomii", zaś Szymon Hołownia w swojej dopiero co wydanej ksiażce "Boskie zwierzęta" upomina się o szacunek dla tych, którzy - mimo że nie mówią ludzkim językiem - z pewnością są wyposażeni w liczne ludzkie odruchy. Choć w naszej Wspólnocie wciąż nie brak tych, którzy na ciecierzycę, energooszczędne świetlówki i torby wielorazowego użytku patrzą z nieufnoscią, to jednak sądzę, że Kościół - także ten hierarchiczny - budzi się z ekologicznego letargu. Teraz pora na nasz ruch.

           

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl