Szymon Hołownia o koszmarze hodowli przemysłowej zwierząt

Szymon Hołownia
data30.11.2018 08:54

(fot. YouTube.com)

"Delikatne" mięsko? Z "kurczaczka", rzecz jasna: wesoło machającego skrzydełkiem na opakowaniu? Ów kurczaczek na wolności mógłby dożyć nawet ośmiu-dziesięciu lat, ale specjalnie dla nas zabity został w trzydziestym dziewiątym-czterdziestym drugim dniu (nie tygodniu!) życia.

 

Proszę poczytać w sieci dumne prospekty polskich ubojni, jak szczycą się szybkością swej pracy i liczbą pozbawianych życia zwierząt. Danych z Polski nie mam, te z USA (przytaczane przez Ayshę Akhtar) pokazują, że przy szybkości uboju sięgającej ośmiu tysięcy czterystu sztuk drobiu na godzinę około trzech procent nie zostaje prawidłowo ogłuszonych przed ko­lejnymi etapami uśmiercania. "Na żywo" umiera więc ponad dwa tysiące zwierząt podczas jednego ośmiogodzinnego dnia pracy. Zwierzęta przy rozładunku, przeczuwając, co je czeka, często się zanieczyszczają.

 

Akhtar podbija jeszcze muśnięty wyżej temat zagrożenia dla zdrowia ludzi, jakie generuje uprzemysławianie produkcji zwierzęcej. Opisuje w swojej książce badania dowodzące, jak skokowo zwiększa się liczba niektórych (bo nie wszystkich) chorobotwórczych drobnoustrojów w odchodach zwierząt poddanych stresowi transportu lub oczekiwania na ubój. Jako specjalistka od zdrowia publicznego (pracująca w państwowej służbie bezpieczeństwa żywności) osobny rozdział poświęca zagrożeniu epidemiologicznemu, ja­kie mogą stanowić olbrzymie farmy, w których patogeny mogą sobie do woli mutować w tysiącach organizmów (dużo skuteczniej, niż zrobiłyby to w ludzkich skupiskach: szpitalach, więzieniach, internatach).

 

Świńskie grypy i ptasie grypy przemnożone przez taką skalę niosą ryzyko pandemii, która może zebrać setki milionów ofiar (a epidemiolodzy zgodnie mówią, że kolejna wielka światowa zaraza to nie kwestia "czy", tylko "kiedy"). Połowa produkowanych na świecie antybiotyków trafia do zwierząt, tworząc wspaniały poligon doświadczalny, na którym bakterie wytwarzają sobie lekooporność (by później, bo dlaczego nie, przywalić w człowieka). Z drobnoustrojami nie wygramy - pisze Akhtar - one żyją na innej skali czasu, u nich pokolenie to dwadzieścia cztery godziny, u nas - trzydzieści lat. I co nam przyjdzie z bycia mądrymi po szkodzie, z pisanych wtedy łzawych esejów: ach, gdybyśmy byli mądrzy, gdybyśmy umieli dostrzec, że w przyrodzie nic nie ginie i ból zwierząt zemści się kiedyś w bólu naszych dzieci?

 

Powtarzam: nie musimy rezygnować z mięsa. Ale urealnijmy się wreszcie. "Delikatne" mięsko? Z "kurczaczka", rzecz jasna: wesoło machającego skrzydełkiem na opakowaniu? Ów kurczaczek na wolności mógłby dożyć nawet ośmiu-dziesięciu lat, ale specjalnie dla nas zabity został w trzydziestym dziewiątym-czterdziestym drugim dniu (nie tygodniu!) życia.

 

Przez pierwszych kilka dni komputer w kurniku gospodarstwa "wielkotowarowego" fundował mu białe noce, słońce zobaczył (może) po raz pierwszy w dniu, kiedy wyłapano go wraz z tysiącami towarzyszy i poupychano w klatkach, którymi wyruszyły w podróż do rzeźni. (Jak wygląda to łapanie, opisuje Kapela, który zatrudnił się, za sto złotych, na jedną noc do tej pracy w jednym z kurników w Dolnośląskiem: przerażone, bite ptaki, wypróżniające się w stresie na ludzi, pokrwawione ręce, duszności łapaczy).

 

A ostatnim jego wspomnieniem było nie podwórko mojego wujka w Bielsku Podlaskim, lecz wiszenie głową w dół z nogami uwięzionymi w taśmociągu wiozącym go do pomieszczenia, gdzie opuszczono go do wody przewodzącej prąd (Kapela zatrudnił się też w ubojni, właśnie "na podwieszaniu": "Z początku trochę kręciło mi się w głowie, bo taśma krążyła wkoło i gdy zbyt długo się w nią wpatrywa­łem, by wybrać kurczaka do złapania, wariował mi błędnik. Po paru takich sytuacjach czułem się jak w transie. Wirujące koło i ja, moje ręce łapią i zawieszają kurczaki. Próbowałem poczuć się jak w filmie.

 

Udawać, że ciało, które łapie kurczaki, należy do kogoś innego, a ja jestem tylko jego chwilowym pasażerem. (...) Ale to byłem ja. To moje ręce łapały kury za uda, aby rozprostować ich nogi i umieścić kurze stópki w metalowych uprzężach. Czułem ich ciepłe ciała, czułem, jak stawiały opór. Czułem ich pióra i dzioby na swoich dłoniach. Wiele dni później miałem jeszcze strupy na rękach"). Owszem, kurczak ekologiczny, z tak zwanego chowu ekstensywnego, też zginął (choćbyśmy nie wiem jak to wypierali, nie da się zjeść kurczaka, który nie doświadczył śmierci), mógł jednak chociaż wyjść z kurnika, połazić po trawie, nie podawano mu mieszanek paszowych przyspieszających wzrost.

 

Jajeczka! Kochamy jajeczniczki, jajka na miękko! Włosi, by uczcić zmartwychwstałego Pana, masowo zarzynają malutkie jagnięta, u nas Jego symbolem są jajka. Głównie "trójki" (to wciąż ponad osiemdziesiąt procent kupowanych przez Polaków jaj; dla porównania: w Wielkiej Brytanii czterdzieści siedem procent rynku to "jedynki"; dodajmy, że kontrole Inspekcji Handlowej w 2016 roku wykazały, iż w Polsce prawie trzydzieści procent jaj jest niewłaściwie oznakowanych, ktoś robi na tym grube kanty). Znoszą je kury (w Polsce jest ich mniej więcej tyle samo co Polaków) żyjące (około dwóch lat) w klatkach, w których na jedną przypadać musi siedemset pięćdziesiąt centymetrów kwadratowych powierzchni (i to po wywołującej lamenty w środowisku drobiarskim zmianie nakazującej wprowadzenie "klatek wzbogaconych", powiększonych o rozmiar dłoni mężczyzny; "klatka wzbogacona" - co to jest swoją drogą za cudowny oksymoron!).

 

Kura to - dla przypomnienia - ptak, a wspomniana powierzchnia to trochę więcej niż kartka A4 (ptaki mają więc dla siebie za życia mniej miejsca niż w piekarniku). Kura ma też mieć dostęp - w budynku - do miejsca do grzebania oraz gniazda do znoszenia jaj. Na świecie wyciska się dziś z nioski jakieś trzysta jajek rocznie, w Polsce, jak wynika z danych GUS, średnio - dwieście dziewiętnaście (znów dla porównania: kur bankiwa, dziki przodek kury domowej, składał w naturze około dziesięciu-dwunastu jaj rocznie).

 

Biznes jajczarski odpowiada też za jeszcze jedno horrendum: gazowanie lub mielenie żywcem dopiero co wyklutych kurcząt płci męskiej, które do niczego mu się nie przydadzą (wrzuca się je też do foliowych worków na śmieci, gdzie - po zawiązaniu tychże - się duszą). Ta odrażająca praktyka wywołuje tak powszechny sprzeciw, że wielkie firmy spożywcze uczestniczą w tworzeniu technologii pozwalającej rozpoznawać płeć kurzego zarodka na początku jego rozwoju w jajku i w ten sposób oszczędzić cierpień po wykluciu (w Niemczech ten system miał zacząć powszechnie działać już w 2016 roku, podwyższając koszt jajka w przeliczeniu o mniej więcej osiem groszy).

 

Kiedy się o tym wszystkim słyszy, na myśl przychodzi stara żydowska mądrość głosząca, że aby mieć prawo do zabicia i zjedzenia kurczaka, trzeba najpierw spędzić z nim trzy dni pod jednym dachem. Chcecie zabijać zwierzęta? Dajcie im wcześniej żyć. I nigdy nie pozbawiajcie ich życia machinalnie, bezmyślnie. Religijnym aspektem współczesnej eksploatacji świata zwierząt zajmę się w następnym rozdziale, tu zostawię tylko cytat ze szwajcarskiego teologa Karla Bartha: "Człowiek nie może traktować owej potrzeby defensywnych i ofensywnych czynności przeciw światu zwierzęcemu jako czegoś naturalnego ani włączać ich w swoje postępowanie lub sposób myślenia jako normalny element.

 

Musi zawsze z niechęcią odnosić się do owej możliwości, nawet jeśli z niej korzysta. Zawsze zawiera ona w sobie niełatwe, ostre pytanie: kim jesteś, człowieku, by twierdzić, że do tego musisz się uciekać, by utrzymać, wspierać i upiększać swe własne życie?".

 

Jeśli nowoczesny agrobiznes owych pytań zadawać sobie nie będzie, budować będzie na fundamencie pychy, a wiadomo, jakie owoce dają ostatecznie złe drzewa, nawet jeśli tym­czasem zielenią się tak jak wszystkie inne. Jaś Kapela cytuje tak idiotyczną, że aż zabawną w swoim bambistyczno-antropo-centrycznym zadufaniu refleksję pewnego polskiego potentata przemysłu jajczarsko-drobiarskiego (po której człowiek sam się zastanawia, czy skoro tak się sprawy mają, i jemu nie lepiej zamieszkać w więzieniu): "Nie wiadomo, która kura jest szczęśliwsza.

 

Te podwórkowe muszą przecież walczyć o pożywienie z innymi. Muszą też obawiać się jastrzębi, lisów i kun. Kura w klatce ma ciasno, ale ciepło. Czystą wodę i pełnoporcjową karmę ma pod dziobem. Może to jej się lepiej żyje?". Scully opisuje swoje rozmowy z przedstawicielami przemysłu mięsnego (weterynarzami) wyjaśniającymi mu, że kluczowe dla dobrostanu świni nie jest to, czy trzymana jest w metalowej klatce czy kojcu, w którym może się obrócić, ale to, czy system działa prawidłowo; nauka mówi nam bowiem, że świnia nie wie nawet, iż może się odwrócić - ona chce jeść i czuć się bezpiecznie, i to może czuć również w kojcu.

 

Scully kwituje: "Co za szczęśliwy zbieg okoliczności, że świnia - która nie wie nawet, że może się odwrócić - z jakiegoś przedziwnego powodu próbuje się odwrócić, chce tak dokładnie tego samego co farmer. (…) Jak nisko możemy upaść, gdy w ludzkim umyśle obowiązek i zysk nagle i w cudowny sposób zaczynają przemawiać jednym głosem!".

 

Fragment pochodzi z książki: "Boskie zwierzęta" >>