Nie obalajmy kapłaństwa

America Magazine James Martin SJ
data07.06.2019 13:02

(fot. Grant Whitty / Unsplash)

Nietrudno sobie wyobrazić, jaka mogłaby być reakcja, gdyby napisano "Czy naprawdę jest ktoś, kto lubi imamów?". Ale jeśli chodzi o księży, okazuje się, że nienawidzenie ich jest w porządku.

 

W wydaniu "New Yorkera" z 11 grudnia 2000 roku krytyk literacki James Wood rozpoczyna przegląd pism J. F. Powersa pytaniem "Czy naprawdę jest ktoś, kto lubi księży?". Przeczytałem ten artykuł będąc kilka miesięcy po święceniach kapłańskich. Trudno było mi zrozumieć nie tylko to, jak inteligentna osoba mogła napisać coś takiego, ale jak prestiżowy magazyn mógł coś takiego wydrukować.

 

Nietrudno sobie wyobrazić, jaka mogłaby być reakcja, gdyby krytyk literacki "New Yorkera" napisał "Czy naprawdę jest ktoś, kto lubi imamów?" albo "Czy naprawdę jest ktoś, kto lubi rabinów?". Prawdopodobnie rozpętałaby się burza wypowiedzi. W następstwie ataków z 11 września 2001 roku wśród lawiny artykułów można było zauważyć przemyślane głosy odróżniające islamistów od terrorystów, którzy dopuszczają się przestępstw (i duchownych, którzy ich do nich zachęcają), a komentatorzy dokonywali rozsądnych rozróżnień pomiędzy działaniami kilku a moralnością wielu.

 

Ale jeśli chodzi o księży, okazuje się, że nienawidzenie ich jest w porządku. Albo przynajmniej zastanawianie się, czy ktoś naprawdę ich lubi.

 

Pomyślałem o tym artykule, kiedy zobaczyłem najnowsze wydanie "The Atlantic", na okładce którego widnieje ciemne zdjęcie katedry św. Patryka z nagłówkiem: "Abolish the Priesthood" ("Obalcie kapłaństwo").

 

Już sama okładka nie była najlepsza, a towarzyszący jej artykuł Jamesa Carolla był jeszcze bardziej rozczarowujący. Coś, co miało być "głębokim zanurzeniem" magazynu w kryzys duchowieństwa, wyrządza raczej krzywdę czytelnikom i ogółowi społeczeństwa.

 

Zasadniczo długotrwałe (i, co prawda, w niektórych miejscach ostrożne) badanie Carrolla nad kryzysem nadużyć duchownych można sprowadzić do jednej sentencji: to wina kapłanów. Swoją wypowiedź sprowadza do godnej podziwu konkluzji, że "samo kapłaństwo jest toksyczne". Używając starego powiedzenia, że temu co łatwo potwierdzić, można łatwo zaprzeczyć, odpowiedziałbym: nie, nie jest. 

 

Caroll, bystry krytyk społeczny i genialny pisarz, powinien znać się na sytuacji lepiej. Problemem nie jest kapłaństwo - problemem jest klerykalizm, ten złośliwy "gatunek" teologii i duchowości, który mówi, że kapłani są ważniejsi niż świeccy, że słowo kapłana lub biskupa jest bardziej godne zaufania niż słowa ofiar (lub rodziców ofiar), i że kapłani są bardziej wartościowi niż ludzie świeccy. Teologia katolicka jest czasami wykorzystywana do wspierania tego rodzaju supremacji. Mówi się, że podczas święceń kapłan przechodzi "ontologiczną" zmianę. Wiara, że ta zmiana czyni go "lepszym" niż laik, leży u podstaw klerykalizmu i znacznej części kryzysu nadużyć.

 

W związku z tym zgadzam się całkowicie z Jamesem Carrollem. Rozumiem jego gniew i udrękę w związku z kryzysem nadużyć, a nawet je podzielam. Problem polega jednak na tym, że jego artykuł konsekwentnie łączy kapłaństwo z klerykalizmem. Zasadniczo angażuje się w stereotyp. Krótko mówiąc, nie wszyscy księża są klerykałami. Nawet większość z nich nimi nie jest.

 

Spójrzmy na inne miejsca, w których dochodzi do nadużyć seksualnych, żeby zrozumieć błędną logikę, która pojawiła się w "The Atlantic". Eksperci twierdzą, że większość nadużyć dotyczy rodzin: ojców (i ojczymów) żerujących na dzieciach i nastolatkach. Ale niewiele osób sugeruje, że małżeństwo lub rodzina są bankrutującymi instytucjami lub że powinniśmy "obalić ojcostwo". Dlaczego nie? Ponieważ większość ludzi rozumie, że wykorzystujący ojcowie to mniejszość. Przyczyny nadużyć ze strony ojców (i ojczymów), podobnie jak w przypadku księży, są złożone.

 

To samo dotyczy szkół. Przemoc seksualna w szkołach publicznych (jak również w szkołach prywatnych) została dobrze udokumentowana. Niektóre przypadki są tak przerażające, jak te, które miały miejsce w Kościele. Jednak pomimo wielu przypadków wykorzystywania seksualnego przez nauczycieli, doradców i trenerów, niewiele osób mówi o konieczności zniesienia szkół publicznych (to znaczy systemu, który doprowadził do przypadków nadużyć) albo o zniesieniu zawodu nauczyciela. Dlaczego? Ponieważ unikamy stereotypów.

 

Z wyjątkiem, gdy sytuacje te dotyczą księży katolickich.

 

Caroll za swój cel obiera również (tak jak czyni to w swoich książkach i artykułach) celibat. Ale to kolejny ślepy zaułek. Jeśli to celibat byłby podstawowym problemem, prowadzącym do nadużyć to powinniśmy podejrzewać każdą niezamężną ciotkę i każdego nieożenionego wujka, każdego brata i każdą siostrę oraz każdą wdowę i każdego wdowca o bycie oprawcą. Czy osoba natychmiast może zostać oskarżona o molestowanie dzieci, gdy tylko zaczyna żyć w celibacie?

 

Głównym tematem artykułów Carolla, zwłaszcza tych dla "The Boston Globe", napisanych u szczytu kryzysu wykorzystywania seksualnego w Kościele, jest własna historia dziennikarza z czasów, gdy był on jeszcze księdzem. W "The Atlantic" napisał, że gdyby pozostał duchownym, jego wiara, pozostając taką jak była wtedy, uległaby zepsuciu.

 

Czy rzeczywiście tak by się stało? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć, ale pragnę, by wątpliwości dały Carollowi realną korzyść. Być może tak będzie, nie mam pojęcia. Ale to nie znaczy, że przebywanie w kapłaństwie psuje wszystkich kapłanów, lub większość, albo po prostu wielu. Jego artykuł poza tym także przytakuje z aprobatą "dobrym księżom" i mówi o kościele jako "największej organizacji pozarządowej na planecie, w ramach której bezinteresowni mężczyźni i kobiety troszczą się o biednych, uczą niewykształconych, uzdrawiają chorych i pracują nad zachowaniem minimalnych standardów wspólnego dobra".

 

Mówiąc dosadnie, jeśli 5 procent księży katolickich jest sprawcami przemocy, to 95 procent nie. Nawiasem mówiąc, liczby są w rzeczywistości mniejsze dla kapłanów niż dla mężczyzn w ogóle. Pośród tego nienawistnego, skorumpowanego, mizoginistycznego systemu, jak opisuje to ten artykuł, w jaki sposób rozliczamy dobrych kapłanów?

 

Może powinienem wymienić kilkuset dobrych i świętych kapłanów, albo kilka bądź kilkaset tysięcy. Ale zastanawiam się, czy nawet długa lista może zdziałać jakieś dobro dzisiejszych czasach. Bo w zasadzie można obwiniać wszystkich księży i całe kapłaństwo za kryzys nadużyć. Zamiast tego zadajmy pytanie, które od dawna chciałem przedstawić panu Woodowi, a teraz panu Carrollowi: czy wzburzenie pogardy wobec kapłanów czyni jakieś dobro? Czy to pomaga nam stawić czoła kryzysowi seksualnemu?

 

Czy może sprawia, że ludzie bardziej się nienawidzą?

 

Tekst ukazał się na łamach "America Magazine". Przełożyła Magdalena Syrda.

 

James Martin SJ jezuita, kierownik duchowy, popularny amerykański pisarz religijny i publicysta w "America Magazine"