Opowieść ocalonej

Bartłomiej Sury Bartłomiej Sury
data20.03.2018 09:10

(fot. Allef Vinicius on Unsplash)

Gdy rozmawiamy, jest 8 marca. Dzień Kobiet. Dziś na ulice wychodzą manify, a w serwisach informacyjnych padają słowa takie jak prawo, wolność, równość. Siedzimy przy drewnianym stole, a w tle słychać dzieci, które bawią się w pokoju na pierwszym piętrze.

 

To był wybór trudny, ale zarazem oczywisty. W projekcie przyszłości nie było miejsca na sytuację, w której się znalazłam. Scenariusz życiowy miałam już przygotowany. Co więcej, nie chciałam wiązać się na stałe z człowiekiem, z którym się wtedy spotykałam.

 

A jednak pojawiały się osoby, które próbowały naruszać tę oczywistość. Podczas obowiązkowego spotkania z anestezjologiem usłyszała, że przecież można sobie poradzić, że powinna dopuścić chociaż możliwość rozmowy na ten temat.

 

Nieszczególnie mnie to interesowało. Nie chciałam nawet słyszeć takich rzeczy. Ci, którzy wtedy pojawiali się na mojej drodze, okazywali się przeszkodą w planie. W moim planie. W planie osoby samowystarczalnej, bo dorabiałam, więc mogłam sama sfinansować sobie zabieg. Nie chciałam szargać sobie nerwów kolejnymi rozmowami. Jeśli pojawi się ktoś, kto na przykład zaproponuje pomoc w wychowaniu dziecka, wątpliwości się nasilają. Plan nagle stanie się tylko jedną z opcji, a nie oczywistością.

 

Nawet dwie najbliższe przyjaciółki okazały się niepewne. Z jednej strony wspierały ("przecież jesteś młoda, dziecko to przeszkoda…"), a z drugiej strony przytulały i pytały, czy na pewno tego chce?

 

Wszystkie trzy nie dopuszczałyśmy do siebie myśli, czym jest to, co zamierzałam zrobić, chociaż w głębi serca we trzy wiedziałyśmy, czym to jest w rzeczywistości.

 

Przed zabiegiem ginekolog zaprosił ją na USG. Patrzyła. Słuchała. "Konieczność" przestała być abstrakcyjna. Lekarz był gotowy przeprowadzić całą procedurę, a jednocześnie wydawał się mieć nadzieję, że może jednak nie przyjdzie, zrezygnuje.

 

W nocy przed zabiegiem miała sen. Maleńkie dziecko, niemowlę, jakby po porodzie, całe skąpane w świetle. Ta wizja, jak zarzucona kotwica, przytrzymała ją w domu. Nie mogła zebrać się do wyjścia. Jak to będzie? Co się wydarzy? A jednak w końcu zmobilizowała wszystkie siły i ruszyła do gabinetu.

 

Szła przez miasto sparaliżowana lękiem, usztywniona strachem przed przyszłością. Konieczność. Tylko jeden możliwy scenariusz. Każda inna opcja to klęska. Jeśli tego nie zrobi, przegra życie.

 

Ojciec dziecka poszedł własną drogą, ona poszukiwała swojej.

 

Poznała mężczyznę, z którym postanowiła związać się na stałe. Długo udawała przed sobą i przed swoim narzeczonym kogoś, kim nie jest. Nie chodziło tylko o zabieg, ale o cały bagaż lęku, który nosiła. Krótko po ślubie przekonała się, że ich związek wisi na włosku. Razem z mężem zaczęła szukać jakiegokolwiek ratunku, który pozwoliłby ocalić małżeństwo. Nie interesowały ją fajerwerki pozytywnego myślenia. Propozycja Kościoła, choć mało spektakularna, wydawała się mocno osadzona w rzeczywistości. Trafiła na katechezy Drogi Neokatechumenalnej w jednej z parafii.

 

Co tydzień przychodziła do salki parafialnej. Razem z nią słuchało kilkadziesiąt osób. Żadnych specjalnych atrakcji, ksiądz i kilku świeckich w średnim wieku.

 

Każdy wieczór, podczas którego słuchała katechez, przynosił obraz świata zupełnie różny od tego, który nosiła dotychczas. Dziś jest świadoma, że była kolejną generacją ukształtowaną przez rewolucję ’68, podobnie jak jej rodzice. Wtedy odkryła, że rzeczywistość nie jest tak płaska, tak błaha.

 

Po pierwsze: dowiedziałam się, że miłość jest za darmo. Nie muszę nic robić, aby ją dostać. Rodziców często nie było w domu. Przez całe życie próbowałam zasłużyć na czyjąś uwagę. Co pomyślą o mnie inni? Co zrobić, aby mnie zauważyli? A tu całkowicie nowa perspektywa: nie muszę zapracować na bycie kochaną. Przed Bogiem.

 

Po drugie: kim jestem jako kobieta? Czy jedyna droga to praca i kariera? Wcześniej tylko taki scenariusz wydawał się mieć jakikolwiek sens. Czy moja fizyczność to narzędzie, którym mam się posługiwać, aby torować sobie drogę? Czy jestem skazana na wieczne sprzedawanie samej siebie przy pomocy swojej urody, makijażu, przy pomocy tego, co mówię i jak się zachowuję?

Usłyszałam, że wcale nie muszę kupczyć sobą, aby zaskarbić sobie czyjąkolwiek uwagę. Dowiedziałam się, że ciało jest święte, to znaczy nie jest towarem, nie jest przedmiotem handlu. Pojęłam, że bycie matką więcej niż dwójki dzieci może być piękne.

 

Po trzecie: Kościół po imieniu nazwał to, co zrobiłam. Wcześniej posługiwałam się określeniem "konieczność", to znaczy powtarzałam w kółko, że "byłam młoda, nie było innego wyjścia". Dowiedziałam się, że to nie była konieczność, lecz grzech, a grzech jest sprawą poważną i realną. Łatwo wypowiedzieć słowo "zabieg", bardzo trudno powiedzieć "morderstwo". Ostatecznie zrozumiałam, że jestem morderczynią. Ludzie mają różne znaki szczególne. Ja mam taki: "Grzech mój jest zawsze przede mną".

 

Gdyby nie fala miłości, świadomość zła zabiłaby mnie. Tylko dzięki niej mogłam się podnieść. Nie byłam skazana na myśl, że skoro zabiłam, muszę odebrać sobie życie. Gdy Judasz pojął, co właściwie zrobił, powiesił się. Został sam ze sobą. Umarłabym z rozpaczy, gdyby nie wiadomość, że wyrok śmierci za mój grzech został już wykonany na Krzyżu, a Ten, który go przyjął, żyje. I nie jest mną zgorszony.

 

Nocami, po katechezach, razem z mężem płakała z bólu i nadziei. Jednak słowa ocalenia to nie zaklęcia. Wciąż czuła się zdewastowana dotychczasowym życiem. Wciąż towarzyszył jej wstręt do samej siebie.

 

Być może do końca życia będę się budzić w nocy z myślą: "Boże, jak to możliwe, że kochasz kogoś takiego jak ja?".

 

Wtedy dowiedziała się, że wśród jej bliskich jest osoba, która też przerwała ciążę. Ta kobieta opowiedziała jej o kilku latach depresji, próbie samobójczej i nowym życiu, które w Kościele otrzymała od Boga. Dała jej bliskość. Zaakceptowała bez stawiania warunków. Innymi słowy, nie odrzuciła jej, nie dokonała na niej aborcji. Tylko ona, która sama przeszła przez tę dolinę śmierci, a teraz żyje, mogła tego dokonać. Do dziś bliskość tej kobiety dodaje jej sił.

 

To nie był ostatni dowód potwierdzający, że historia, która wydawała się przeklęta, mogła okazać się święta.

 

Ciągle myślałam o śnie i tym rozświetlonym dzidziusiu. Postanowiłam się wyspowiadać. Jeśli ksiądz mnie wyrzuci, to znaczy, że zasłużyłam. Jeśli powie, że nie mam wstępu do Kościoła, widocznie będzie miał rację. Było mi już wszystko jedno.

 

A jednak miałam nadzieję, ponieważ słyszałam już od pewnego czasu te fundamentalne słowa, które nie były tylko pustymi frazesami: "Bóg cię kocha"; "Bóg czeka na ciebie"; "Twoja historia ze wszystkim, co się wydarzyło, to święta historia"; "Bóg przewidział…".

 

Pamiętam też, że usłyszałam: "W konfesjonale jest Chrystus, który się z tobą spotyka, który może cię podnieść".

 

Dopiero podczas spowiedzi dowiedziała się, że tylko niektórzy księża mogą odpuszczać grzech, który tak bardzo ją napiętnował. Dziś jest inaczej, bo papież Franciszek w liście apostolskim "Misericordia et Misera" udzielił wszystkim kapłanom władzy rozgrzeszania osób, które przerwały ciążę. Pisał w nim: "Mogę i muszę stwierdzić, że nie ma żadnego grzechu, którego nie mogłoby objąć i zniszczyć Boże miłosierdzie, gdy znajduje serce skruszone, które prosi o pojednanie się z Ojcem".

 

Trafiła do konfesjonału, w którym spowiadał kapłan posiadający potrzebne pozwolenie biskupa.

 

Rozmawialiśmy bardzo długo. Wytłumaczył mi, że chociaż od początku docierały do mnie ślady świadomości zła, którego się dopuściłam, jednak zupełnie pozbawiona byłam innej, podstawowej świadomości. Faktu, że Bóg kocha mnie za darmo. Przez ten brak czułam się tak bardzo niekochana, że nie widziałam sposobności kochania innej osoby. W tym przypadku mojego dziecka.

 

Ksiądz oznajmił, że jej grzech jest odpuszczony, może teraz wstać i odejść od konfesjonału radosna, bo zdecydowanie ma powody do radości.

 

Towarzyszyła mi tak olbrzymia euforia, że nie potrafię odtworzyć dokładnie tamtej chwili. Pamiętam obrazy, zapach drewnianego konfesjonału, półmrok kościoła, kolory, światło. Szłam do spowiedzi umarła, wyszłam żywa.

 

Jeszcze długo po tym doświadczeniu dręczyła ją myśl, że przecież spowiedź mogła być nieważna, że tak nie powinno się zdarzyć, że może to jakieś oszustwo. Wciąż ścigały ją pęta Szeolu.

 

Kolejna ciąża nie została przerwana. Gdy dziecko się urodziło, w ogóle nie chciała go nosić, przytulać.

 

Urodził się dzidziuś, na którego czekałam. W głębi serca pragnęłam go mieć, tulić. Podali mi go, a mój odruch to: "Nie chcę! Nie nadaję się do tego!".

 

Niektórzy twierdzą, że syndrom poaborcyjny nie istnieje. Ja bardzo się odnajduję w wielu jego objawach. Tu nie chodzi o gorsze momenty, depresję, złe samopoczucie. Tu chodzi o pewną zakodowaną, zakorzenioną w moim umyśle wizję rzeczywistości.

 

Ta wizja jest taka: współżycie z mężczyzną oznacza śmierć. Taki paradoks. Coś, co daje życie, równa się śmierć. To kłamstwo jest wszczepione we mnie. Dlatego właśnie Kościół musi mi ciągle przypominać, że to iluzja. W innym przypadku byłabym skazana na nieustanne powtarzanie: "Nie jestem godna… nie jestem godna… nie jestem godna… Ja? Dla mnie tylko potępienie".

 

Dziś jest mamą pięciorga dzieci.

 

W jej otoczeniu jest sporo kobiet, którym nie po drodze z Kościołem. Kiedyś przy kolacji koleżanka jasno wyłożyła swój pogląd na sprawę: "Każda kobieta ma prawo decydować o sobie, nikt nie może się wtrącać w jej życie! Jak można to kwestionować?!".

 

Spotkały się rok później. Koleżanka ze łzami w oczach przepraszała ją za wszystko, co mówiła. Poroniła. Na własnej skórze przekonała się, jakie są praktyczne konsekwencje postawy, którą wcześniej manifestowała. W szpitalu lekarze nie traktowali poważnie dziecka na takim etapie rozwoju. Słyszała o płodzie, o resztkach poporodowych. Ale koleżanka była już kimś innym: była matką czekającą na narodziny. Przestała mówić o płodzie. To nie był płód, to było jej wyczekiwane dziecko, które straciła.

 

Zna dwie kobiety, które postanowiły urodzić, gdy podzieliła się z nimi swoją historią. Obie w bardzo podobnej sytuacji do tej, którą sama przechodziła. Jedna z nich jest samotną matką i żyje z dala od Kościoła.

 

Dwa lata temu miała się spotkać z dziewczyną, która planowała przerwać ciążę za granicą. Ostatecznie do rozmowy nie doszło, została odwołana w ostatniej chwili.

 

Wysłuchałam wiele rad, których owocem była pustka, i tylko jedną dobrą nowinę, która okazała się życiodajna. Tylko Kościół nie zostawił mnie z pustymi rękami, bo dał mi obietnicę wolności, która się urzeczywistnia, a nie jest wyłącznie teorią. Bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do jednego pytania: "Po co żyję? Po co żyję, skoro kiedyś umrę?".

 

Tylko ocalone od rozpaczy, które nie własną siłą stanęły na nogi, mogą śpiewać pieśń nadziei.

 

* * *


Bartłomiej Sury - redaktor Wydawnictwa WAM