Wychowujemy syna z zespołem Downa. Nie chcieliśmy nawet słyszeć o aborcji

Łukasz Głowacki / Piotr Kosiarski / Michał Lewandowski
data20.03.2018 09:11

(fot. archiwum prywatne Łukasza Głowackiego)

Kiedy wracałem ze szpitala, po prostu krzyczałem na Boga. Najpierw trzy poronienia, a teraz informacja o niepełnosprawności dziecka - mówi Łukasz Głowacki.

 

Piotr Kosiarski, Michał Lewandowski: Wiedzieliście, że Antoś może urodzić się z zespołem Downa?

 

Łukasz Głowacki: Moja żona i ja bardzo długo staraliśmy się o dziecko - wcześniej przeżyliśmy trzy poronienia. Dlatego zrobiliśmy badania prenatalne, które były zalecane przez lekarzy. Wykazały one zwiększone prawdopodobieństwo wystąpienia zespołu Downa. Zachęcano nas, by wykonać amniopunkcję, która z dużo większą pewnością potwierdzi lub wykluczy tę wadę u naszego dziecka. Ale jest to badanie inwazyjne, które może doprowadzić do poronienia (ryzyko wynosi 1-2 proc.). A takiego ryzyka nie chcieliśmy podejmować, tym bardziej, że jedyną rzeczą, którą proponował lekarz w przypadku potwierdzenia zespołu Downa, było wykonanie "terminacji ciąży", czyli aborcji.

 

Państwo nie chcieli nawet o tym słyszeć.

 

Takie rozwiązanie w ogóle nie wchodziło w grę - my kochaliśmy to dziecko. Jak rodzice, którzy tęsknią i nie mogą doczekać się aż pojawi się w domu. Dlatego ucięliśmy tę propozycję krótko: "nie".

 

Potem poszliśmy z tymi wynikami do naszego lekarza prowadzącego, który zapytał nas o to, co zrobimy, gdyby się okazało, że to rzeczywiście jest zespół Downa. Kiedy powiedzieliśmy, że z całą pewnością nie wchodzi w grę aborcja, profesor powiedział: "Zrobimy jeszcze USG genetyczne. Jeśli wyjdzie dobrze, nie ma się czym przejmować". Wynik był pozytywny, anatomicznie Antoś rozwijał się prawidłowo, podobnie układ krwionośny i samo serce. To nas uspokoiło, a perspektywę zespołu Downa oddaliło - przestaliśmy się nią martwić. Dzięki temu czas oczekiwania na Antosia był bardzo szczęśliwy.

 

Szukał pan informacji o zespole Downa w Internecie?

 

Oczywiście. Ale w tamtych czasach można było tam znaleźć głównie czarne scenariusze, opisy wad towarzyszących - to były bardzo dołujące perspektywy. Na szczęście u naszego profesora byliśmy już po tym penetrowaniu sieci. Jego "proszę się nie martwić" było istotniejsze niż informacje z Internetu. Dał nam do zrozumienia, że niezależnie od wszystkiego, powinniśmy bardzo dbać o ciążę. I tego się trzymaliśmy.

 

Takim elementem stabilizującym była modlitwa - zarówno przed poczęciem, jak i w okresie ciąży.

 

Niestety, obawy się potwierdziły.

 

Antoś urodził się w Poniedziałek Wielkanocny, miesiąc przed terminem (nasze maluchy często spieszą się, żeby pokazać się światu). To, że ma podejrzenie zespołu Downa nie było radosną nowiną. Zaczął się dla nas bardzo trudny czas.

 

Jak wyglądają początki?

 

Wszystko zależy od tego, w jakiej kondycji rodzi się dziecko. Zespołowi Downa towarzyszą często poważne komplikacje, które wymagają interwencji chirurgicznej. Antosiowi zostało to oszczędzone; wprawdzie pierwsze dwa tygodnie spędził w inkubatorze na oddziale neonatologicznym, z krótkim epizodem zagrożenia życia, ale potem był już tylko małym bobasem, którym trzeba było się najnormalniej w świecie zajmować. Uniknęliśmy tego, czego doświadcza znaczna część rodziców dzieci z zespołem Downa.

 

Jakie wsparcie jest potrzebne?

 

Poza diagnostyką konieczne jest zlokalizowanie i zneutralizowanie wszystkich wad towarzyszących.

 

Ale poza opieką nad dzieckiem bardzo ważne jest zapewnienie wsparcia psychologicznego rodzicom. To pierwszy krok, który powinien być realizowany systemowo. I chociaż rodzice, w większym lub mniejszym stopniu, przygotowują się na narodziny chorego dziecka, to jednak potwierdzenie tego faktu jest bardzo trudne do przyjęcia.

 

Skąd pewność, że dziecko ma zespół Downa?

 

Podejrzenie nie oznacza pewności. Maluchy z zespołem mają pewne charakterystyczne cechy, które wskazują na ich genetyczne obdarowanie, ale pewność dają dopiero wyniki badań genetycznych. A na nie trzeba czekać, nawet kilka tygodni. I to jest trudny czas, kiedy jeszcze mamy nadzieję, że podejrzenia się nie potwierdzą, a skośne oczy to tylko uroda wcześniaka, zaś wiotkość mięśni - przypadek. Samo potwierdzenie diagnozy można chyba porównać do ciosu w głowę. 

 

Mieliście pretensje do Boga?

 

Mieszkamy na obrzeżach Łodzi i jadąc z centrum do domu, musimy pokonać kilka kilometrów wiodących przez las. Wtedy ruch na tej ulicy był niewielki. Kiedy wracałem nią ze szpitala, to po prostu krzyczałem na Boga, nie miał wtedy z nami lekko. Pytaliśmy, dlaczego tak bardzo dostaliśmy po głowie - najpierw trzy poronienia, a teraz informacja o niepełnosprawności dziecka.

 

Tym, co nas podtrzymywało, było przytulanie i modlitwa małżeńska.

 

Wspomniał pan, że w takiej sytuacji pomocy potrzebują również rodzice.

 

Na szczęście nasza rodzina i przyjaciele otoczyli nas wsparciem. Tak się szczęśliwie złożyło, że moja rodzona siostra i siostry cioteczne, podczas studiów, prowadziły w jednej z łódzkich parafii świetlicę dla dzieci z zespołem Downa. Dzięki ich wiedzy nie musiałem szukać w Internecie informacji o tym, co robić dalej. Dlatego, jeszcze w szoku związanym z narodzinami Antosia, mogliśmy podjąć konkretne działania - obiecaliśmy sobie, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby nasz syn rozwijał się jak najlepiej.

 

Bardzo ważne były dla mnie rozmowy z rodzicami dzieci z zespołem Downa. Co ciekawe, jedno z takich spotkań zorganizował przyjaciel - pojechałem na badania do szpitala i kolega, który mnie badał, powiedział, że musi wyjść, ale jest tu pielęgniarka, która wszystkim się zajmie. I, całkiem "przypadkowo", okazało się, że ona też ma dziecko z zespołem Downa. Innym razem, w radiu, w którym pracuję, znajomy nagrywał jakiegoś audiobooka i w przerwie nagrań przedstawił mi lektora, który... ma dorosłą już córkę z zespołem Downa.

 

Takie "przypadkowe" rozmowy i te, które sam inicjowałem, były dla mnie ważne. Dzięki nim pesymistyczna perspektywa naszego życia nabierała realnych kształtów.

 

Czego najbardziej brakuje w Polsce, żeby rodziny chorych dzieci miały łatwiej?

 

Przede wszystkim systemu, który pozwalałby rodzicom skuteczniej i według pewnych standardów, dbać o dzieci. Maluchy z zespołem Downa wymagają pilnej rehabilitacji. Wiotkość mięśni sprawia, że niektóre czynności - podnoszenie główki, raczkowanie, chodzenie - przychodzą dużo później i wymagają mądrze zaplanowanej pracy. Nie można liczyć, że przyjdą same. A jeśli dochodzą do tego wady i niwelujące je zabiegi i operacje, to taka rehabilitacja jest niezbędna, by ten utrudniony start w życie wesprzeć.

 

Wyobrażam sobie, że w Polsce mógłby istnieć jakiś "system powitalny", punkt, do którego można zadzwonić, który może nawet sam kontaktowałby się z rodzicami - nie przez jakiegoś chłodnego urzędnika, ale kogoś empatycznego, rozumiejącego sytuację, w jakiej znaleźli się rodzice - i w profesjonalny sposób informował, co należy robić dalej. Czas naszych maluchów płynie bardzo szybko.

 

Oczywiście rodzice, którzy korzystają z internetu, szybko znajdą miejsca, w których można zadać pytanie, na które równie szybko padnie odpowiedź. Udzielą jej inni rodzice, dla których wywołany problem jest już rozwiązany.

 

Ale nie wszyscy korzystamy z internetu, a jeżeli tak, to przecież wielokrotnie przekonaliśmy się, że może on być źródłem nieprawdziwych informacji i fałszywych opinii. Dlatego dobrze byłoby, gdyby fachowa wiedza była też przekazywana w inny sposób.

 

Następna kwestia dotyczy pieniędzy. Jeżeli dziecko urodzi się w ubogiej rodzinie, obecny system wsparcia nie pozwala na to, żeby dobrze się nim zająć. Rehabilitacja na każdym etapie bardzo dużo kosztuje. Oczywiście istnieją fundacje i stowarzyszenia, które w takich sytuacjach pomagają - można starać się o odpis 1% czy udział dzieci w projektach finansowanych przez samorządy czy PFRON ze wsparciem logopedycznym, psychologicznym czy ruchowym. Niestety, takie projekty konkursowe bywają realizowane bardzo krótko - czasem pół roku, trzy kwartały czy rok. To za mało, żeby podjąć skuteczną rehabilitację.

 

Kolejna sprawa dotyczy wydawania orzeczeń o niepełnosprawności. Niektóre komisje wydają je na maksymalnie dwa, trzy lata. Dlaczego? Przecież przez ten czas zespół Downa nie wyparuje, nie da się go usunąć chirurgicznie czy farmakologicznie. A wyjazd na kolejne komisje to stres dla dzieci, rodziców (wystarczy poczytać komentarze na ten temat w grupach w portalach społecznościowych), niepotrzebne wydatki i emocje.

 

Rodzice dzieci z zespołem Downa martwią się też tym, co będzie, gdy umrą. Na szczęście w tej kwestii jest coraz lepiej, ponieważ ludzie sami się organizują i tworzą wspólnoty. Ta tendencja przychodzi do nas z Zachodu i w tej kwestii możemy opierać się na tamtejszych doświadczeniach. Mam nadzieję, że kiedy Antoś będzie już dorosły, zdążymy wybudować taki ośrodek, w którym będą mieszkać i pracować osoby z zespołem Downa. To może być hotel, gospodarstwo ogrodnicze, może jakiś inny rodzaj usług.

 

Jak wygląda wasz zwykły dzień? Od rana do wieczora.

 

Antoś chodzi do przedszkola. To jest zwykłe przedszkole. Nie specjalne, nie integracyjne. Wymaga jednak rehabilitacji w różnych obszarach. Jednym z nich jest mowa, wciąż się jej uczy. Myślę, że nasz dzień nie różni się wiele od dnia rodziców innych przedszkolaków. Był czas, kiedy Antoś wstawał wcześniej niż my, teraz jest inaczej i musimy go ściągać z łóżka, żeby zdążyć do przedszkola (śmiech). Potem droga, przedszkolne śniadanie, na które czasem się spóźniamy.

 

A przedszkole? Jak tam spędza czas?

 

Tak jak inne przedszkolaki. Ponieważ jednak nie ma tam specjalnej rehabilitacji dla osób z zespołem Downa, kilka razy w tygodniu odwozimy Antosia trochę później albo odbieramy go trochę wcześniej, żeby móc zawieźć go do jednego z dwóch lub trzech logopedów, do których uczęszcza. Bierze też udział w innych formach rehabilitacyjnych.

 

Plan wygląda na intensywny.

 

I jest intensywny, wymaga dobrego planowania i elastyczności w sytuacjach niestandardowych. Ale potem wracamy do domu, gdzie toczy się normalne życie - ze starszym bratem, babcią, psem, sąsiadami. Antoś ma rzeczywiście intensywne życie zwykłego dziecka.

 

Zapomina się o zespole Downa?

 

Na co dzień tak. I to już od kilku lat. Początkowo to właśnie on trochę przysłaniał Antosia. Ale był kiedyś taki moment, że spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi, skośnymi oczkami, otoczonymi ślicznymi, długimi rzęsami, spojrzał i sprawił, że zapomniałem o jego nadzwyczajnym bogactwie genetycznym. To było moje dziecko. Kochane dziecko.

 

To był ważny moment. Inny, jeszcze ważniejszy duchowo, to była Msza w intencji Antosia u oo. dominikanów. I Ewangelia, która przypadała na ten dzień - o uczniach idących do Emaus. Kiedy jej słuchałem, uświadamiałem sobie, że to jest opowieść o nas. Uczniowie Jezusa uciekali z Jerozolimy, przygnieceni Jego śmiercią, nie ufający doniesieniom o Zmartwychwstaniu. Zostawiali za sobą zgruchotaną przeszłość, a przyszłość jawiła im się w najczarniejszych barwach.

 

Ja czułem się tak samo jak uczniowie. Nasz wyczekiwany synek miał pewnie nigdy nie chodzić do przedszkola, które skończył jego starszy brat, nie będzie grał w piłkę, jeździł na rowerze, czytał książek. Tak widziałem przyszłość. Czułem, że ja też uciekam ze swojej Jerozolimy i jestem w drodze do jakiegoś Emaus.

 

Nie było żadnego światła w tej ciemności?

 

W przypowieści do uczniów przyłączył się w pewnym momencie Jezus. A oni Go nie poznali. Wtedy na naszą sytuację padło nowe światło. Przecież to jest opowieść o mnie. Takie sytuacje zdarzają się od tysięcy lat i ludzie sobie z nimi radzą. Wystarczy tylko uświadomić sobie, że nie jestem sam, a internetowe kasandryczne wizje mogą być prawdziwe, ale nie w każdym przypadku.

 

Po tej Mszy wszystko zaczęło się zmieniać. Nie momentalnie, ale powoli. Odzyskałem zmysł powonienia, który straciłem po narodzinach synka. Po kilkunastu dniach mogłem wyjść na balkon, nabrać powietrza i poczuć wiosnę. A ponieważ dochodziły do tego pierwsze spojrzenia, pierwsze uśmiechy, pierwsze złapanie za palca, przestaliśmy myśleć z żoną tylko o zespole Downa, a nawet o nim zapominaliśmy. I tak jest do dzisiaj.

 

Oczywiście w życiu są różne etapy i pewnie jeszcze nie raz przyjdzie nam zmierzyć się z tą rzeczywistością. Ale wtedy zrozumiałem, że właśnie kończy się ten czas, który trzeba przetrwać, trudny okres, w którym zespół Downa jest na pierwszym miejscu. Potem to ustępuje. Zostaje dziecko, któremu trzeba przewinąć pieluchę, wyprasować ubranka, nakarmić, odciągnąć pokarm w nocy, wyleczyć, zadbać o badania, zbadać poziom hormonów, które muszą być monitorowane dla dobra rozwoju, zwłaszcza intelektualnego.

 

Normalne, codzienne życie?

 

Tak, tylko mamy trochę więcej wizyt u lekarzy, rehabilitantów. Oczywiście zupełnie inaczej wygląda sprawa, jeśli chodzi o edukację. Antoś jeszcze nie mówi. Zespół Downa wiąże się w dużej mierze z upośledzeniem intelektualnym. I jako rodzice mamy tutaj duże pole do popisu.

 

Na czym polega rola rodziców w wychowaniu dziecka z zespołem Downa?

 

Przede wszystkim na jak najwcześniejszym uświadomieniu sobie, co mają do zrobienia. Antoś potrzebuje na przykład tego, żebyśmy mu czytali, jak najbardziej otwierali jego umysł na świat, powtarzali z nim pewne czynności. Wymaga to więcej czasu, poświęcenia, samozaparcia. Ale to jest konieczne. Oczywiście nie chodzi tutaj o katorżniczą pracę, ale o zabawę. Sami przygotowywaliśmy sobie pomoce naukowe, które uczyły Antosia kolorów, kształtów, zapachów. Tego wszystkiego, czego normalnie dziecko uczy się w przedszkolu. Staramy się nieustannie polepszać naszą znajomość tego, czego potrzebuje. Doskonalimy się w tej pomocy. Przez to jeszcze lepiej poznajemy nasze dziecko.

 

W jednym z tekstów napisał pan, że obawiał się tego, że brak kontaktu Antosia z normalnym przedszkolem, do którego chodził pana starszy syn, pozbawi go możliwości rozwoju, na przykład nauki czytania książek. Jak to wygląda teraz?

 

Każdy z rodziców ma nadzieje, które wiążą się z dzieckiem. One oczywiście mogą się nie ziścić. Jeśli dziecko rodzi się z niepełnosprawnością, często popadamy w czarnowidztwo, prorokujemy, że wiele rzeczy na pewno będzie poza jego zasięgiem.

 

Ja miałem taki etap, kiedy naczytałem się w sieci tego, jak ciężkie jest wychowanie dziecka z zespołem Downa. Kiedy mijałem przedszkole u sióstr felicjanek, bardzo żałowałem, że Antosiowi nigdy nie będzie dane pojawić się w tych murach. I właśnie wtedy, podczas zakupów, spotkałem dyrektor placówki, która zapytała mnie, kiedy Antoś przyjdzie do przedszkola. "Siostra chyba nie wie, że Antoś ma zespół Downa". Wtedy mnie zaskoczyła, bo odpowiedziała: "no to co?".

 

Jak wyglądało samo wejście Antosia w mury przedszkola?

 

W tej konkretnej placówce nigdy nie było wcześniej niepełnosprawnego dziecka, dlatego musieliśmy trochę opowiedzieć o tym, jak trzeba zajmować się Antosiem. Zwróciliśmy szczególnie uwagę na to, że nie należy mu pobłażać, a na pewne rzeczy patrzeć uważniej. Zorganizowaliśmy spotkanie z psychologiem, żeby nauczyciele, także z innych miejsc, mogli nauczyć się czegoś nowego. To było pierwsze zderzenie i pierwsza rzecz, jaką Antoś zmienił w powszechnym systemie kształcenia (śmiech).

 

A co z czytaniem? Nie bał się pan, że syn nigdy nie pozna książek?

 

Sam bardzo wiele czytałem, kiedy byłem dzieckiem. Bardzo zależy mi na tym, żeby on również mógł poznawać nowe światy i rzeczy. Jeszcze nie czyta, na razie zna literki, ale od bardzo wczesnego dzieciństwa uwielbiał książki oglądać. Czerpie z nich radość i wierzę w to, że w końcu doprowadzimy do tego, że będzie w tej kwestii samodzielny. Podobnie z jeżdżeniem na rowerze. Proszę sobie wyobrazić, że bardzo wiele dzieci z zespołem Downa potrafi poruszać się na jednośladzie. Myślę, że już tej wiosny, kiedy opadną śniegi, Antosiowi uda się przejechać pierwsze metry samemu, już bez naszej pomocy.

 

Obawy się rozwiewają?

 

Tak, te wszystkie zamknięte drzwi, które widzieliśmy wtedy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że bardzo wielu rzeczy Antoś nigdy nie zrobi. Ale moje czarnowidztwo, które wynikało z lektury tego, co przeczytałem w Internecie, wyparowało.

 

Dane są wstrząsające. Ponad 90% dzieci z zespołem Downa jest zabijanych w krajach Europy Zachodniej. Co zrobić, żeby taka tendencja nie pojawiła się również w Polsce?

 

Pierwsza sprawa to nadzwyczajne wsparcie, jakie musi zostać udzielone rodzinom, w których pojawiło się dziecko z zespołem Downa. One nie mogą czuć się odrzucane przez system i system nie może rzucać im kłód pod nogi. To jest podstawowa sprawa. Druga to taka, że my, rodzice, musimy nauczyć się przebywać z dziećmi niepełnosprawnymi w przestrzeni publicznej. Chodzi o to, żeby te dzieci były obecne, żeby inni ludzie widzieli, że my się ich nie wstydzimy, że jesteśmy z nich dumni. To także wyjście naprzeciw tych wszystkich słów, które są krzywdzące i ranią zarówno rodziców, jak i dzieci niepełnosprawne. Spotkanie, osobisty kontakt sprawiają, że pęka wiele stereotypów. Inna sprawa, że my, rodzice, nie powinniśmy kreować siebie na pokrzywdzonych, takich, którym trzeba nieustannie współczuć.

 

Jakieś przykłady?

 

Byłem kiedyś z Antosiem na bierzmowania mojej chrześnicy. Zaczął bawić się z jednym z obecnych tam chłopców. Ten po chwili odszedł do swojej mamy i teatralnym szeptem zapytał: "Dlaczego ten chłopak ma takie skośne oczy?". Mama mu odpowiedziała, że o takie rzeczy nie wolno pytać. Nie wytrzymałem i odpowiedziałem mamie, że o takie rzeczy właśnie trzeba pytać. Porozmawialiśmy chwilę, chłopaki dalej się bawili. Oczywiście mógłbym potraktować wspomnienie o skośnych oczach jako atak, ale to była naturalna ciekawość. Im więcej rodzice dzieci z zespołem Downa będą tłumaczyć innym, tym będzie lepiej. Ludzie, którzy dowiadują się, że ich dziecko jest niepełnosprawne, muszą się poczuć zaakceptowani przez społeczność. Chodzi o naturalną solidarność wobec tych, którzy mają po prostu trudniej. A rodzice dzieci niepełnosprawnych mają po prostu trudniej.

 

A przykre sytuacje?

 

Miałem to szczęście, że nigdy nie spotkałem się z przejawami nieżyczliwości ze strony ludzi, którzy mijali mnie i Antosia na ulicy. To, z czym się spotykałem, to zaciekawienie, czasem ostro ciosane, ale generalnie była to wielka serdeczność i otwartość.

 

Wrócimy jednak do pytania o aborcję. Jak rozmawiać z rodzicami, którzy stoją przed decyzją o tym, czy urodzić dziecko, które jest niepełnosprawne?

 

Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć przyszłości naszych dzieci. Rzeczą, jaką możemy im dać, i jak uważam, jest to najważniejsze, jest miłość. Z tej miłości wynikają bardzo konkretne działania. Przyszłość naszych dzieci jest kartą, którą zapiszą one same. Wierzę, że dla każdego Bóg przeznaczył jakieś miejsce. Jeśli pojawia się informacja, że dziecko będzie miało zespół Downa albo inną formę niepełnosprawności, to możemy być pewni jednej rzeczy: pojawia się w naszym życiu wielka miłość. Ona być może będzie trudna, ale nie ukrywajmy - każda miłość jest trudna. Musimy mieć świadomość, że nie ma ograniczeń dla dzieci z zespołem Downa. Myślę, że mogą rozwinąć się w sposób niezwykły.

 

Czyli to zwykły proces wychowania?

 

Zwykły i niezwykły. To wychowanie będzie miało etapy, kiedy nasza - rodziców - uwaga będzie musiała być większa, niż w przypadku dzieci, które do tej pory może wychowaliśmy. One, po prostu, wymagają naszego czasu, uwagi, wysiłku, pieniędzy. Ale te wszystkie rzeczy, które "stracimy", bardzo szybko do nas wracają. Często w sytuacjach bardzo zaskakujących.

 

To znaczy?

 

W uśmiechu, przywiązaniu, czasem złości. Musimy być świadomi tego, że świat wewnętrzny dziecka z zespołem Downa nie różni się bardzo od świata, jaki my mamy. Ono jest szczęśliwe, buduje swoje szczęście w świecie, jaki zna. To nie jest świat gorszy od naszego. To świat, w którym naprawdę może być szczęście.

 

Każdego z nas czeka śmierć. Większość z nas czekają choroby. Czasem ciężkie, trudne, takie, które dotkną nas nagle. Zespół Downa to nie jest katar, nie da się go wyleczyć operacyjnie, usunąć. Jest jednak coraz więcej metod, by uczynić świat, w którym żyją nasze dzieci, światem bardziej zrozumiałym, takim, w którym będą sobie radzić lepiej.

 

A wiara pomaga?

 

Jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to w sytuacji, kiedy dowiadujemy się o zespole Downa, modlitwa jest tym, co pozwala lepiej się nam do tego przygotować. A do tego jest jeszcze modlitwa tych, których o to poprosimy. To potężne wsparcie. Potem też, dzięki wierze, odkrywają się nowe sensy tego, co nas spotkało. Przemodliwszy naszą sytuację, możemy szukać konkretnych rad ze strony kogoś, kto już przeżył spotkanie z zespołem - jako rodzic, brat, rehabilitant czy opiekunka. Dewiza "Ora et labora" - sprawdza się wszędzie.

 

* * *

 

Łukasz Głowacki - dziennikarz, szef Radia Plus Łódź, korespondent KAI, współpracownik TVP Łódź, twórca kanału Maskacjusz TV, z wykształcenia fizyk, zaangażowany w ruch formacyjny "Domowy Kościół"

 

Piotr Kosiarski - redaktor portalu DEON.pl. Prowadzi bloga Mapa bezdroży

 

Michał Lewandowski - dziennikarz DEON.pl, publicysta, teolog. Prowadzi autorskiego bloga "teolog na manowcach"