Czego nie dowiecie się na kursie przedmałżeńskim. Małżonkowie nieprzygotowani na stratę

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data25.03.2019 13:06

(fot. depositphotos.com)

Choć większość młodych ludzi, decydujących się na zawarcie związku małżeńskiego, chciałoby w przyszłości zostać rodzicami, to jednak warto pamiętać, że "prawdziwą rodziną" stają się oni już w momencie złożenia przysięgi małżeńskiej, a nie zajścia w ciążę lub urodzenia dziecka.

 

Podczas liturgii ślubnej w jednym z psalmów, które może usłyszeć młoda para, mowa jest o małżonce będącej jak płodny szczep winny i siedzących dookoła stołu synach. Kiedy słyszymy te słowa, to zdaje nam się, że opisują one oczywisty obrazek z życia, jakie już wkrótce stanie się udziałem pary stojącej przy ołtarzu. Czasami jednak rzeczywistość małżeńska wygląda zupełnie inaczej od tej, która wydaje się naturalna - powiększenie rodziny nie zawsze bywa kwestią jedynie decyzji młodej pary. Niestety, na kursach przedmałżeńskich o tej możliwości rozwoju wydarzeń mówi się niezbyt wiele.

 

Czas nerwowego oczekiwania

 

Kiedy podczas kursów przedmałżeńskich mówi się o planowaniu rodziny, to zazwyczaj mamy wówczas na myśli NPR, używany w celu odłożenia poczęcia. W ten sposób sugerujemy młodym ludziom (choć nie wprost), że jeśli przestaną unikać współżycia w dni uznane za płodne, to efektem będzie ciążą. Tymczasem badania z zakresu medycyny rozrodu wskazują, że poczęcie dziecka nie zawsze jest tak proste. Obecnie tylko 30 procent kobiet zachodzi w ciążę w pierwszym cyklu starań, 59 procent zachodzi w ciążę w trzecim cyklu (3 miesiące); 80 procent zachodzi w ciążę w szóstym cyklu (6 miesięcy); 85 proc. zachodzi w ciążę w dwunastym cyklu (czyli po roku starań). Jeśli po tym czasie - mimo regularnego współżycia - nie pojawia się ciąża, należy zgłosić się do lekarza w celu ustalenia przyczyny niepłodności.

 

Należy także pamiętać, że okres starań o dziecko, w przeciwieństwie do zdrowo rozwijającej się ciąży, może być dla pary bardzo trudny, stąd też niektóre małżeństwa określają go mianem "czasu nerwowego oczekiwania". Przedłużające się miesiące oczekiwania na pozytywny wynik testu ciążowego czasami wiążą się z kryzysem małżeńskim, zdarza się, że mąż i żona obwiniają się nawzajem o niemożność spłodzenia dziecka, a dalsza rodzina zadaje pytania w stylu "To kiedy będzie maluszek?", co powoduje dodatkowy stres. Część małżonków w takiej sytuacji oddala się od siebie, czego efektem jest rzadsze współżycie i… mniejsze szanse na ciążę. Niekiedy leczenie niepłodności ogranicza się jedynie do stymulacji hormonalnej - kiedy indziej wymagany jest zabieg (na przykład usunięcie endometriozy). W niektórych przypadkach jednak szanse na poczęcie dziecka w sposób naturalny są bliskie zeru - w takich przypadkach jedyną szansą na biologiczne potomstwo staje się metoda in vitro, która jednak jest uznawana przez Kościół katolicki za nieetyczną.

 

Gdy dziecko odchodzi przedwcześnie

 

Niestety, widok dwóch kresek na teście ciążowym nie zawsze oznacza, że już za kilka miesięcy para usłyszy na porodówce krzyk nowo narodzonego potomka. Ciąża - a zwłaszcza pierwszy trymestr (czyli trzy miesiące) - bywa dla przyszłych rodziców bardzo trudna. Nie zawsze jest tak, że największym wyzwaniem dla przyszłej mamy jest poradzenie sobie z porannymi mdłościami, a dla taty - sprawne skręcenie nowych mebelków. Czasami para musi mierzyć się z trudnościami związanymi z donoszeniem ciąży - jeśli ciąża zakończy się przed 22. (według niektórych źródeł przed 20.) tygodniem, mówimy o poronieniu. Prawa natury bywają w tym względzie okrutne dla osób pragnących mieć potomstwo - poronienia na najwcześniejszym etapie (gdy kobieta nawet nie wie, że była w stanie błogosławionym) to nawet połowa (!) wszystkich ciąż. Utraty dzieci w pierwszym trymestrze dotykają od 10 do 20 procent kobiet. Zdaję sobie sprawę z tego, że żadna z osób, która chciałaby zostać rodzicem, nie chce myśleć o tej ponurej statystyce. Niestety jednak - choć zabrzmi to bardzo brutalnie - utraty dzieci, które nie zdążyły złapać pierwszego oddechu, są wpisane w biologię rozrodu naszego gatunku. Na chwilę obecną lekarze nie są w stanie temu zapobiec. Wiemy natomiast, że - wbrew licznym społecznym przekazom i zabobonom - kobieta nie ponosi odpowiedzialności za poronienie. Ciąża nie jest chorobą i nie stanowi przeciwwskazania do normalnego trybu życia - nie jest zatem prawdą, że poronienie jest skutkiem jedzenia zbyt dużej ilości kiszonej kapusty, noszenia na rękach starszego dziecka lub pracy zawodowej w standardowych warunkach.

 

"Błagałam go: zostań ze mną, kochanie"

 

Jeżeli dziecko przyjdzie na świat po 22. tygodniu ciąży, mówimy o porodzie przedwczesnym, który stwarza niestety ryzyko wystąpienia wielu problemów charakterystycznych dla wcześniaków. Ciąża zagrożona wymaga prowadzenia spokojnego, raczej "osiadłego" (choć nie leżącego!) trybu życia. Czasami konieczna jest rezygnacja ze współżycia, przyjmowanie leków lub nawet hospitalizacja. Zagrażający poród przedwczesny nie zawsze kończy się jednak przedwczesnym porodem - a nawet jeśli tak się stanie, to, dzięki rozwojowi neonatologii, coraz więcej wcześniaków ma szanse na przeżycie i cieszenie się dobrym zdrowiem w przyszłości. Wielkim dramatem dla małżonków staje się natomiast sytuacja, gdy pomimo wysiłków ich samych oraz służby zdrowia dziecko rodzi się przedwcześnie i - mimo stosowania nowoczesnego leczenia - umiera.

 

Rodzice zmarłego dziecka nierzadko szukają winy w sobie, ginekologu prowadzącym ciążę lub też czują wściekłość na Boga. Anna*, która straciła przedwcześnie urodzone dziecko, opowiada, że po tym dramatycznym wydarzeniu miała żal do zmarłego synka: "Kiedy był przez kilka dni w inkubatorze, błagałam go: zostań ze mną, kochanie. Modliłam się, prosiłam lekarzy, żeby reanimowali go, ile tylko się da, ponieważ wiedziałam, że wcześniaki to mali wojownicy. Ale po jakimś czasie stan mojego synka zaczął się pogarszać. Miałam poczucie, że on nie chciał ze mną zostać, że nie chciał walczyć. Wiem, jakie to głupie, ale czułam złość na niego - nawet mniej na lekarzy i położne. Potem z tego wszystkiego wziął się wstręt do siebie". Anna nie jest jednak jedyną osobą, która w tak dramatycznej sytuacji zareagowała w ten sposób - gdy rodzice mierzą się ze śmiercią ukochanego maleństwa, w ich sercach i umysłach pojawiają się najróżniejsze myśli i emocje - i żadna z nich nie jest niewłaściwa.

 

Małżeństwo to nie tylko rodzicielstwo

 

Choć większość młodych ludzi, decydujących się na zawarcie związku małżeńskiego, chciałoby w przyszłości (zwykle całkiem niedalekiej) zostać rodzicami, to jednak warto pamiętać, że "prawdziwą rodziną" stają się oni już w momencie złożenia przysięgi małżeńskiej, a nie zajścia w ciążę lub urodzenia dziecka. Choć katolickie małżeństwo wymaga otwartości na życie, to jednak nie przestaje ono być ważne, gdy to upragnione nowe życie "nie chce" się pojawić. Niestety, w Polsce nie brakuje małżeństw, które w sytuacji problemów z zajściem w ciążę lub strat prokreacyjnych postrzegają siebie jako parę "gorszą od innych", "nieudolnych małżonków" lub nawet "pokaranych przez Boga za grzechy młodości". Nie każda para, która doświadczyła trudności z zajściem w ciążę lub poronienia, spotkała się z życzliwością otoczenia - niekiedy i tak już zrozpaczeni i udręczeni małżonkowie spotykają się z we wścibstwem, "dobrymi radami" lub nawet irracjonalnymi oskarżeniami ze strony dalszej rodziny i sąsiadów. Taka sytuacja bywa niekiedy najtrudniejszym etapem związku: część par oddala się od siebie, ma problemy ze współżyciem (wynikające ze strachu przed kolejnym poronieniem) lub też podejmuje pochopną decyzję o staraniu się o adopcję. Czasami osoby takie - zwłaszcza kobiety - czują się winne, że nie mogą "dać dziecka" ukochanej osobie, i porównują się z innymi.

 

Jednak nawet trwała bezpłodność nie przekreśla ważności związku małżeńskiego. Para, która nie może mieć dzieci, nadal ma prawo do obdarzania się nawzajem miłością, pielęgnowania swojej relacji i bliskości - także tej fizycznej. To nie przypadek, że podczas liturgii sakramentu małżeństwa pytanie księdza o to, czy para chce przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, pojawia się dopiero po pytaniach o niewymuszoną chęć zawarcia małżeństwa i o wolę wytrwania w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli. Tą chorobą i złą dolą bywa niekiedy właśnie bezpłodność, której - choć jest straszną przypadłością - małżonkowie mogą stawić czoła razem.

 

Prawo do do bliskości

 

Jednym z trudniejszych momentów dla par po utracie dziecka jest powrót do współżycia. Niektórym osobom wydaje się, że w sytuacji żałoby (zwłaszcza po własnym maleństwie) czerpanie przyjemności z seksu byłoby czymś niewłaściwym - inni próbują natomiast jak najszybciej zajść w kolejną ciążę, co jednak czyni ich współżycie pełnym napięcia. W tak dramatycznych okolicznościach nie należy robić niczego wbrew sobie - jeśli para czuje, że chciałaby znów być blisko siebie fizycznie, to nie ma powodu, by "zawieszać" życie seksualne. Małżonkowie po poronieniu nie tracą prawa do bliskości - nawet jeśli w danej chwili nie planują kolejnego dziecka. Seks katolików nie służy przecież wyłącznie prokreacji, ale także budowaniu jedności w związku.

 

Jeśli natomiast któraś ze stron wolałaby odczekać pewien czas (na przykład w związku z odczuwanym lękiem przed ponowna utratą), to również nie ma w tym nic złego - spadek libido w okresie żałoby nie jest patologią. Działanie wbrew sobie może spowodować zaburzenia erekcji u mężczyzn lub ból u kobiet - a to może wpłynąć negatywnie na stan psychiczny małżonków. Po utracie dziecka warto więc na spokojnie porozmawiać o tym, kiedy chcielibyśmy powrócić do seksu - choć taka rozmowa nie należy do łatwych, to jednak jest dla przyszłości związku bardzo istotna. Jeśli jednak pomimo upływu czasu para nie umie wrócić do normalnego życia seksualnego, nie czerpie z niego radości lub też stosunkom towarzyszy poczucie winy, warto udać się po pomoc do seksuologa.

 

Ból nie powinien być tabu

 

Kiedy słucham opowieści o niepłodności, utratach dzieci przed narodzeniem lub na krótko po nim, odnoszę wrażenie, że nikt nie rozmawia z młodymi ludźmi o tej smutnej ewentualności. "Absolwenci" kursów przedmałżeńskich często całkiem nieźle orientują się w metodach naturalnego planowania rodziny - niewiele jednak miejsca podczas przygotowania do małżeństwa poświęca się bólowi związanemu z utratą dziecka, który (niestety!) staje się rzeczywistością części młodych małżeństw.

 

Sądzę, że podczas spotkań w kościele czy poradni małżeńskiej narzeczeni powinni dowiadywać się, jakie mogą być przyczyny problemów z płodnością, jak często one występują i co w tej sytuacji można zrobić. Osoby, które planują niedługo stanąć na ślubnym kobiercu, muszą wiedzieć, że w sytuacji bezowocnych starań o dziecko lub jego przedwczesnego odejścia naturalne jest odczuwanie wszelkich emocji: od smutku i złości, po zazdrość i poczucie pustki. Warto, aby parafie i poradnie informowały przyszłych małżonków o tym, że istnieją specjalne grupy wsparcia dla osób długo starających się o potomstwo, a także wspólnoty zrzeszające tak zwanych "Aniołkowych rodziców", czyli ludzi, którzy przeżyli tragedię utraty dziecka. Jeśli ból związany z utratą nie mija, a żałoba przeciąga się, małżonkowie powinni znaleźć się pod opieką psychologa lub psychiatry.

 

Nade wszystko jednak narzeczeni muszą wiedzieć, że nawet brak potomstwa nie czyni ich związku "jałowym" czy mniej wartościowym. Choć brak możliwości poczęcia i urodzenia dziecka bywa wielkim ciosem, to jednak nie przekreśla szansy na wierną i piękną miłość.

 

* Imię zostało zmienione

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog, absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego (spec. psychologia zdrowia i kliniczna), czynny psychoterapeuta pracujący w nurcie systemowym, w trakcie szkolenia w Ośrodku Szkoleń Systemowych w Krakowie, trener umiejętności społecznych I stopnia. Na co dzień pracuje z pacjentami indywidualnymi, parami i rodzinami oraz prowadzi szkolenia i warsztaty dla dzieci, nauczycieli i rodziców. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl