Między chęcią a przymusem - czy naturalna metoda zawsze jest zgodna z naturalną potrzebą?

Magdalena Syrda Magdalena Syrda
data16.08.2018 09:32

(fot. Kleiton Silva on Unsplash)

Potrafimy się powstrzymać przed współżyciem, tylko czy to nie sprawia, że dochodzimy do pewnej granicy naturalności NPR? Że jej naturalność kończy się na nieingerowaniu w ciało środkami hormonalnymi bądź mechanicznymi i zderza z potrzebą cielesnej bliskości, miłosnego aktu?

 

"Nigdy nie powierzymy matkom decyzji o przyszłych pokoleniach naszego narodu" - te słowa miał powiedzieć pewien lekarz okręgowy w Niemczech, gdy pod koniec XIX wieku po kraju rozniosła się wieść o wynalezionej przez jednego z ginekologów, Wilhelma Mensingę, antykoncepcji dopochwowej1.

 

Obawy Kościoła były zrozumiałe - człowiek zaczął ingerować w naturę, w prokreacyjną funkcję seksu, czyli pochodzący od Boga biblijny apel do rozmnażania się. Bano się, że akt seksualny stanie się powszechną rozrywką, będzie służył wyłącznie przyjemności, co przyczyni się do popularności rozwiązłego trybu życia. Jednak nikt nie dostrzegł, albo raczej udawał, że nie widzi, jaki cel przyświecał Mensindze. Dla wielu kobiet kolejna ciąża była zbyt dużym obciążeniem fizycznym czy ekonomicznym, bo często prowadziła do ich śmierci i półsieroctwa kilku (czasem kilkunastu) pozostawionych pociech.

 

Także społeczeństwo świeckie - zwłaszcza mężczyźni - szeroko krytykowało wynalazek. Oburzeni postępkiem ginekologa mężowie ani myśleli pozwolić swoim żonom na stosowanie "diabelskiego wynalazku". Nie brakło również głosów krytyki ze strony kobiet, ale wiele z nich, zmęczonych kolejną ciążą i nie radzących sobie z pogodzeniem jednocześnie roli matki, żony i gospodyni, liczyło na poprawę swojej sytuacji. Sprzeciw wobec zastosowania antykoncepcji wynikał z niezgody na ingerencję w ciało małżonki, do którego prawo miał tylko mąż, do tego stopnia, że to on miał nad nim władzę. Możliwość dopuszczenia do głosu kobiet wyrażających poparcie dla nowo opracowanej metody zagrażała ówczesnemu ładowi. Tam, gdzie jedni widzieli zagrożenie zagrożenie ingerencji w Boży świat, inni po prostu nie dopuszczali możliwości, iż kobieta może decydować o sobie i swoim ciele.

 

Trwające kilka lat spory zakończyło opracowanie nowej metody pomagającej kontrolować liczbę poczęć, dziś znaną nam pod nazwą "kalendarzyka". Polegała ona na wyznaczaniu dni płodnych i niepłodnych na podstawie długości cyklu i obliczeń, ile dni upłynęło od ostatniej miesiączki. Szkopuł w tym, że zaproponowana metoda opierała się na złych obliczeniach, stosujące ją kobiety przekonane, iż kochają się z mężami w dni niepłodne, czyniły to właśnie w czasie owulacji. Musiały minąć dziesięciolecia, aby usprawnić "kalendarzyk", choć nawet mimo naniesionych w nim poprawek, wielokrotnie zawiódł niejedną parę. Kościół jednak chętnie zaakceptował taką formę planowania rodziny, zadowalając się odkryciem dni niepłodnych, które musiał stworzyć Bóg i całkowicie zaufał lekarzom w kwestii ich wyznaczenia.

 

Potrzeba było wielu przemian społecznych, trwających jeszcze długie lata, kolejnych nowych sporów, zmian w myśleniu i postrzeganiu świata, odwagi w rozwoju badań, by dziś mówić o antykoncepcji nieco innym tonem, znaleźć dla niej alternatywę i przede wszystkim oddać głos kobiecie. Tylko jak to rzeczywiście wygląda?

 

Sprzeczne intencje

 

Współczesny świat oferuje szereg sposobów zapobiegania ciąży i choć przestały być one tematem sporów na gruncie społecznym i prawnym (czego dowodzi szeroka dostępność środków antykoncepcyjnych - sytuacja, jaka jeszcze kilkadziesiąt lat temu byłaby nie do pomyślenia), nie zyskały dalej poparcia ze strony Kościoła. Argumentując swój sprzeciw wobec mechanicznych i chemicznych środków antykoncepcyjnych, Kościół wymienia wiele powodów, które są całkowicie zrozumiałe2, jednak nie zawsze jednoznaczne z myśleniem i motywacją osób, które na antykoncepcję się decydują bądź chciałyby to uczynić. Pomija fakt, że organizm każdej kobiety działa inaczej, a niekiedy stanowi duże odstępstwo od założonej normy. Zdaje się nie zauważać, że czasem stawia nas w sytuacjach, w których walczymy z naturalnymi potrzebami. I te problemy chciałabym rozważyć.

 

"Kalendarzyk" dawno już odszedł w zapomnienie, jeśli chodzi o metody określania dni płodnych, choć w pamięci wielu małżeństw pozostanie już na zawsze, często wyśmiewany, postrzegany jako bardzo nieudany eksperyment. Niektórzy mylnie sądzą, że to właśnie o nim mowa, gdy na arenę małżeńskiego współżycia wkracza Naturalne Planowanie Rodziny (NPR), choć myślę, że to przypadki coraz rzadsze. Oparte na Metodach Rozpoznawania Płodności (MRP) jest jedyną alternatywą dla antykoncepcji, którą uznaje Kościół.

 

Koniecznie trzeba zauważyć, że nie jest to sposób na zapobieganie ciąży, ale świadome planowanie współżycia, podejmowanie odpowiedzialnej decyzji, kiedy możemy posiadać potomstwo, a kiedy nie. Ponadto jest całkowicie naturalny, polega na dokładnej obserwacji zmian zachodzących w ciele kobiety, bez konieczności stosowania szkodliwych środków chemicznych. Zagłębiając się w temat NPR, spotkałam się z wieloma pozytywnymi opiniami małżeństw z różnym stażem, które dzięki MRP świadomie poczęły swoje dzieci i równie świadomie uniknęły kolejnych ciąż. Głosów zadowolenia nie było jednak wśród kobiet, które z różnych względów mają zaburzenia cyklu, a jego obserwacja często nie daje jasnych wyników.

 

Granica naturalności

 

Zwolennicy NPR rzadko kiedy widzą przeszkody w stosowaniu go. Niekiedy można odnieść wrażenie, że właściwie wcale ich nie ma. Tymczasem nie każda kobieta radzi sobie z wynikającymi z niego wyzwaniami. Być może brzmi to, jakbym użyła zbyt mocnego słowa, bo co jest trudnego w obserwacji śluzu, mierzeniu temperatury i notowaniu tego na wykresie? W tym nic, ale w tym, z czym to czasem się wiążę, mogą pojawić się kłopoty.

 

Specjaliści od NPR uważają, że aby wejść we wprawę w poprawnej obserwacji i mieć pewność, co do jej wyników, potrzeba około trzech miesięcy. Jeśli dopiero planuje się zamążpójście, dobrze zatem zacząć stosować MRP kilka miesięcy wcześniej, aby w pełni skorzystać z dobrodziejstwa nocy poślubnej, o ile nie wypadnie w dni płodne (chyba że para od razu decyduje się na dziecko). Cała nasza obserwacja zostaje przerwana, co oczywiste, w momencie ciąży, ale już po niej musimy zaczynać wszystko od początku. W powszechnej opinii okres karmienia piersią jest niepłodny, ale tylko jeśli spełni się określone warunki. Nie ma jednak stuprocentowej pewności, że nie zdarzy nam się owulacja, a obserwacje zaburzonego wówczas cyklu na nic się nam nie zdadzą. Kolejnych kilku miesięcy potrzeba nam, by znów mieć pełną kontrolę nad kobiecym cyklem, a więc konieczna jest wstrzemięźliwość.

 

Sytuacja komplikuje się po cesarskim cięciu, gdy przez kolejny rok kobieta nie może, dla dobra jej zdrowia, zajść w ciążę. Tym bardziej wymagana jest ostrożność. Można dalej nie rozumieć, w czym problem, mówić, że małżeństwo to nie tylko seks, że są inne sposoby zaspokajania potrzeby bliskości, ale dlaczego musimy się ograniczać, dlaczego musimy hamować nasze popędy?

 

Nie jesteśmy zwierzętami, potrafimy się "powstrzymać", tylko czy to nie sprawia, że dochodzimy do pewnej granicy naturalności NPR? Że jej naturalność kończy się na nieingerowaniu w ciało środkami hormonalnymi bądź mechanicznymi i zderza z potrzebą cielesnej bliskości, miłosnego aktu?

 

Choć celem stosowania się do metod NPR nie jest zapobieganie ciąży, ale świadome planowanie potomstwa, skonfrontujmy to z faktami - przez większość pożycia małżeńskiego stosowane jest po to, aby nie począć kolejnego dziecka. Zwykle zakłada się, jak dużą rodzinę pragnie się mieć, założenie z czasem może ulec zmianie, ale dochodzi się do momentu, gdy stan mieszkańców naszego domu w pełni nas satysfakcjonuje. Nie zamierzam obalać słuszności nienazywania NPR antykoncepcją, którą sama rozumiem jako sztuczną ingerencję w działanie organizmu.

 

Zmierzam do tego, że w przypadku nieplanowania dziecka kobieta nie może uprawiać seksu w dni płodne, wtedy, gdy jej ciało najbardziej się tego "domaga", gdy hormony działają na korzyść seksualnego popędu, śluzu w pochwie jest najwięcej, co sprzyja odczuwaniu przyjemności. Musi zatem stoczyć walkę ze swoją naturalną potrzebą, choć, o ironio, stosuje naturalną metodę. W przypadku stosowania tego przez kilkadziesiąt lat małżeństwa takich walk stacza naprawdę sporo. Choć może z czasem udaje się na stałe wyciszyć targające nią popędy?

 

Czy dziś (w końcu) możemy?

 

Nie każda kobieta ma to szczęście zostać obdarzoną regularnym cyklem. O ile nie jest to spore zaburzenie, niewynikające z choroby i niewymagające leczenia, NPR znajduje na tym polu zastosowanie. Uważna obserwacja pozwala ustalić różne fazy cyklu i zaplanować współżycie. I do tego momentu sprawy mają się dobrze. Sytuacja się komplikuje przy różnego rodzaju poważnych zaburzeniach, jak np. PCOS (które często prowadzi do niepłodności, ale nie w większości przypadków) bądź rozpoczynająca się menopauza.

 

Obserwowanie wówczas nieregularnie pojawiającego się śluzu, wyglądającego jak ten w czasie dni płodnych, choć wcale ich nie oznaczający, bądź mierzenie ciągle skaczącej temperatury nie jest miarodajne. Przysparza za to kobietom wiele stresu, a samym parom frustracji, gdy żyją w ciągłej niepewności, "czy dziś możemy". Zaczynają męczyć się z metodą, a nie czerpać z niej korzyści. Dochodzi do skrajnych sytuacji, gdy okres wstrzemięźliwości seksualnej sięga ponad pół roku. I nie chodzi tu już nawet o zaspokojenie fizycznej potrzeby, ale budowanie więzi między małżonkami i bliskości emocjonalnej, w którym to akt seksualny odgrywa znaczącą role - a uściślając, wytwarzana w jego trakcie oksytocyna, często nazywana hormonem miłości bądź hormonem więzi. Ponownie stajemy naprzeciw naturze.

 

Z wyzwaniami, jakie stawia NPR, mierzą się również pary, które z pewnych względów (zazwyczaj ekonomicznych - praca w innym mieście/kraju, delegacje) mają naprawdę bardzo niewiele czasu, by móc się do siebie zbliżyć. Trudne bywa do praktykowania również wśród małżeństw posiadających dzieci, ciągle czymś zajętych w zgiełku codziennych obowiązków, nieregularnych pór snu, stresu i zabiegania. Wiadomo, niektórym się udaje, innych jednak to przerasta. Właśnie w tym tkwi sedno problemu. Każdy związek jest inny, mierzy się z innymi wyzwaniami i każdy potrzebuje indywidualnego rozpatrzenia. Bo wśród chóru zadowolonych kobiet dochodzą szepty tych, którym jest znacznie trudniej. Nie chodzi o wypisywanie wszystkim małżeństwom instrukcji, jak najlepiej ze sobą współżyć, ale dostrzeżenie, że ludzie mają powody, dla których chcieliby móc, choć przez krótki okres, zrezygnować z NPR i wybrać inną metodę.

 

Nie neguję sensowności stosowania MRP, doceniam jego ogromny wpływ na możliwość lepszego poznania przez kobietę własnego ciała i odkrywania, jak ono pracuje. Rozumiem jego wykorzystanie do planowania rodziny i krytyczne głosy w stosunku do antykoncepcji. Brakuje mi jednak w nauce Kościoła otwartości na szczególne przypadki, na te wyjątki, które przez lata żyją w ciągłej frustracji, toczą walkę między psychicznym komfortem, pozwalającym im na spokojne współżycie z małżonkiem/małżonką a trwaniu w zgodzie z obowiązującą doktryną. I choć nikt nie skanduje już "Nigdy nie powierzymy matkom...", dla wielu kobiet jest to sukces połowiczny, czują się dyskryminowane, że to one muszą rezygnować ze współżycia, gdy ich ciało najbardziej go pragnie, podczas gdy dla mężczyzny jest to taki sam okres wstrzemięźliwości jak każdy inny.


1 J. Thorwald, Ginekolodzy, Warszawa 2016, s. 179.
2 http://www.nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/stara_strona/numery/022009/09.html

 

Magdalena Syrda - studentka filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego