Trzy razy śmierć

TakRodzinie Andrzej Łukasiak / pk
data08.04.2015 10:44

(fot. shutterstock.com)

Dwukrotnie był skazany na karę śmierci przez Niemców, raz przez NKWD. Historię dziadka moich dzieci poznałem, gdy prezydent Lech Kaczyński wręczył mu Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski.


Jako kolejarz przewoził meldunki przez linię frontu. Jako Wołyniak walczył z ukraińskim ludobójstwem w polskiej samoobronie. Jako żołnierz podziemia był "Legendą" w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej i zastępcą komendanta rejonu, por. Henryka Lewczuka  "Młota", w Zrzeszeniu "Wolność i Niezawisłość" na Ziemi Chełmskiej. Po ujawnieniu w 1947 roku i wyjeździe do Wrocławia tworzył organizację antykomunistyczną PAP. Jako Polak był dwukrotnie skazany na karę śmierci przez Niemców, aresztowany przez czasowo pełniących obowiązki Polaków NKWD-zistów w 1950 roku, po okrutnym śledztwie w UB w Łodzi po raz trzeci skazany na karę śmierci. Wyszedł na wolność w grudniu 1956 roku. W kręgu zainteresowań UB/SB pozostał do końca lat 80.


Ot, taki zwykły polski życiorys. Zwykły, bowiem człowiek, o którym mowa, pan Stanisław Maślanka, prywatnie jest moim teściem - ojcem mojej żony, dziadkiem moich dzieci i pradziadkiem wnuków, zwykłym emerytem mieszkającym w bloku na warszawskim Bródnie. Żeby było jeszcze ciekawiej, o większości faktów z jego burzliwej biografii dowiedziałem się wspólnie z żoną… dopiero dziesięć lat po naszym ślubie. Ojciec zwyczajnie starał się chronić swoją jedyną córkę, nie obciążając jej dziedzictwa koszmarem swoich wspomnień okresu wojny i stalinizmu. Katharsis przyszło wraz z wręczeniem mu przez pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski i publicznym przedstawianiem biografii odznaczonych. Ot, zwykłej polskiej biografii.


Śmierć pierwsza


Urodził się w 1924 roku w Kowlu w województwie wołyńskim w kolejarskiej rodzinie, i to z tradycjami. Rodzice pana Stanisława na Wołyń przyjechali służbowo po zakończeniu I wojny światowej, obejmując w imię odrodzonej ojczyzny polskie ziemie po zaborach i ustanawiając nad nimi swoją jurysdykcję.


Wybuch wojny pojawił się w życiu 15-letniego Stasia jak zły sen: niemieckimi bombardowaniami i sowiecką okupacją. Niemal natychmiast też pojawiła się polska konspiracja, a wówczas już nie Stasio, lecz pan Stanisław, jako kolejarz, szybko znalazł się w orbicie jej zainteresowań.


Gdy o czwartej rano 21 czerwca 1941 roku Niemcy zaczęli ostrzeliwać pozycje sowieckich pograniczników, wybuchła wojna między zaborcami.


"Było to tuż po wkroczeniu do Jagodzina (gdzie mieszkałem) Niemców - mówi pan Stanisław. - Zaczęli oni nocą, bo wtedy weszli, szukać Ruskich, którzy ukryli się po różnych kątach, i rozstrzeliwali ich na miejscu. Mnie też wzięli za jednego z nich. Już ustawili mnie pod ścianą i repetowali broń, ale była noc, a mnie postawili na rogu budynku. Skoczyłem w bok i dałem nura w ciemności. Strzelali za mną, ale nie trafili".


Wyrok śmierci został więc czasowo anulowany, ale nie na długo. Przedwojenni polscy kolejarze wrócili do pracy, ale służba kuriera AK obfitowała w niebezpieczeństwa. Na przykład niezwykle trudno było wytłumaczyć Niemcom, po co kolejarzowi worek niemieckich mundurów szmuglowanych do oddziału.


Śmierć druga


Wyrok śmierci wydany na partyzanta Stanisława Maślankę tym razem zmienił szczęśliwie niemiecki Oberinspektor straży kolejowej, przywłaszczywszy sobie przemycane prócz mundurów pieniądze (na szczęście nie znalazł fałszywych dokumentów). Biorąc pana Stanisława za "zwykłego" szmuglera, zwolnił go, a ufając jego domniemanej profesji, nawet nie mrugnął okiem, gdy następnym razem znalazł przy nim amunicję do holenderskich karabinów.


Powstanie 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, największej podziemnej jednostki podczas II wojny światowej, i wkroczenie Sowietów w 1944 roku po kilku epizodach wołyńskich rzuciło pana Stanisława Maślankę na ziemie przodków, w okolice Chełma, a od 1945 roku rozpoczął się dla niego okres działalności w poakowskim podziemiu niepodległościowym.


"Początkowo ono się różnie nazywało, ale szybko przybrało nazwę WiN, czyli «Wolność i Niezawisłość» - wspomina. - Ja znalazłem się w oddziale «Młota». Działał on w powiecie chełmskim i liczył czterdzieści parę osób. Należeli do niego głównie dawni partyzanci, którzy tak jak ja musieli chronić się w lesie przed UB".


Najbardziej spektakularna akcja oddziału "Młota", czyli wspólny z UPA atak na hrubieszowską placówkę UB, była jednak dla pana Stanisława nie do przyjęcia.


"Gdy «Młot» ogłosił, że mamy się przygotować do akcji, powiedziałem mu bez ogródek - rób, co chcesz, ale ja z Ukraińcami razem walczył nie będę. Palcem w bucie nie kiwnę i nigdzie z Ukraińcami nie pójdę. Po tym, co widziałem na Wołyniu, nie mogę patrzeć na ukraińskie mordy".


Śmierć trzecia


Dowodził za to oddziałem podczas innych potyczek z UB i KBW (Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego), by wreszcie ujawnić się w roku 1947 i wyjechać na Dziki Zachód - do Wrocławia. Tu jednak w roku 1950 dosięgło go długie ramię "sprawiedliwości ludowej".


"Zżyliśmy się ze sobą i w obcym środowisku potrzebowaliśmy ze sobą towarzyskiego kontaktu. - wspomina tamte czasy pan Stanisław. - Jeden drugiemu starał się pomagać itp. Bezpieka uznała zapewne, ze nasze spotkania mają charakter konspiracyjny. Pech chciał, że w Łodzi wpadło trzech byłych członków WiN-u, którzy kiedyś byli u mnie, i UB jakoś to pokojarzyło. Zostałem aresztowany, przewieziony do Łodzi i poddany bestialskiemu śledztwu. Przez tydzień nie dostałem nic do jedzenia i byłem przesłuchiwany dzień i noc, na okrągło. Bili mnie, czym popadnie. Tym, co akurat przesłuchujący miał pod ręką, dziurkaczem, linijką, otwarta dłonią. Gdy spadłem ze stołka, które UB przejęło w spadku po gestapo w Łodzi, ubowiec kopał mnie nogą. Ratowało mnie to, że pozwalano mi nocą wychodzić do ubikacji, gdzie piłem dużo wody. Inaczej bym nie przeżył".


"Namawiany" biciem nie chciał opuścić kraju, więc po krótkim procesie został skazany na karę śmierci. Pół roku spędził w celi śmierci, gdzie co noc nasłuchiwał hałasów wyprowadzania więźniów na rozstrzelanie. Gdy po owych sześciu miesiącach przewieziono go z Wronek do Rawicza, a tam trafił do wieloosobowej celi, domyślał się już, że zmieniono jego wyrok śmierci na dożywocie. Przez wiele miesięcy siedział w celi i nie wiedział, co z nim będzie. Oficjalnie dowiedział się o zmianie wyroku dopiero po dziewięciu miesiącach. Prócz nabycia gruźlicy kości, która o mało nie zakończyła się amputacją ręki, pan Stanisław nauczył się "pod celą" angielskiego oraz posiadł rzadką umiejętność gotowania jajka... na kaloryferze.

 

Na wolność wyszedł jako jeden z ostatnich dopiero w 1956 roku i wyjechał do Warszawy.


"[Koledzy] Poradzili mi, że takich jak ja w stolicy jest tysiące i tu bez trudu zginę w tłumie. Posłuchałem ich rady. Jeden z kolegów był dyrektorem instytutu. Od ręki przyjął mnie do pracy…". Ale nawet wówczas bezpieka nie spuszczała go z oka. W 1964 roku po słynnym napadzie na bank "Pod Orłami" w Warszawie na Jasnej, jak inni żołnierze Kedywu, został objęty śledztwem. Nie mogło się bowiem milicji zmieścić w "pałach", że tak świetnie zaplanowana i przeprowadzona akcja nie była dziełem byłych żołnierzy AK.


Mam honor znać go od trzydziestu trzech lat - podporucznika (dziś majora) Stanisława Maślankę, pseudonim "Legenda". W konspiracji od 1943 roku. Jednego z ostatnich żyjących żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK i WiN-owskiego oddziału "Młota" - ot, zwykłego Polaka.