Spór o słowa

Joanna Lubecka / pk
data16.11.2015 08:00

(fot. Benoit Daoust / Shutterstock.com)

Historia będzie dla mnie łaskawa, bo sam mam zamiar ją napisać - powiedział niegdyś Winston Churchill. Miał rację. Do historii przeszedł jako wybitny, odważny mąż stanu, o którego depresjach i nadużywaniu alkoholu mało kto pamięta.


Parafrazując słowa Churchilla można powiedzieć: kto nie pisze historii, nie może liczyć na jej łaskawość. Narracja historyczna to również walka o pamięć kolejnych pokoleń, o miejsce narodów w historii świata, a te buduje się słowami.


Gdzie jest więc granica między opisem historii, a wykorzystaniem narracji historycznej jako narzędzia polityki? Czy sam fakt służebnej roli historii wobec polityki jest naganny?


Słowo historia z języka greckiego oznacza: badanie, dochodzenie do wiedzy. Jak pisze wybitny francuski myśliciel Paul Ricoeur: "zawodowy historyk niezmiennie powtarza sobie w duchu pytanie: skąd mogę wiedzieć co napiszę?" A więc zadaniem historyka jest badanie i opisywanie dziejów. Opis kronikarzy, dziejopisów, relacje świadków są tym, co pozostało nam po faktycznych wydarzeniach. Ale z założenia będą to opisy subiektywne, nacechowane własnymi przeżyciami i poglądami autorów, modą i stylem epoki, w której pisali. Hannah Arendt pisze, że historia jest selekcją z potencjalnie nieograniczonego obszaru przeszłych, przeżytych biernie lub czynnie historii, a Ricouer ujmuje to jeszcze prościej: "Skoro nie można przypomnieć sobie wszystkiego, nie można też wszystkiego opowiedzieć".


Historyk skazany jest więc z natury swojej profesji na wybór. Innego wyboru dokona naoczny świadek wydarzeń, innego historyk opisujący post factum, inne wydarzenia za ważne uzna liberał, a inne konserwatysta, inaczej historię piszą zwycięzcy, a inaczej przegrani. Wybitny francuski historyk Marc Bloch zwraca też uwagę na tzw. "fałszywe świadectwa", a więc sfałszowane na etapie powstawania lub przerobione w późniejszym czasie dokumenty. Historia zna od starożytności tzw. damnatio memoriae, a więc skazanie na niepamięć, wymazywanie z historii osób, które według decydentów nie zasłużyły na to, by się w niej znaleźć. Tak starano się postąpić z faraonem Amenhotepem IV, z Herostratesem, który spalił świątynię Artemidy w Efezie, czy z Jeżowem, którego Stalin kazał "wycinać" ze zdjęć.


W narracji historycznej słowo, pojęcie odgrywa zasadniczą rolę. Warto zwrócić uwagę na słowa-klucze, które mimo, iż są tylko pojedynczymi słowami, opisują szerszą rzeczywistość lub nawet skomplikowaną sytuację międzynarodową np. żelazna kurtyna, zimna wojna, Holocaust. Niektóre niosą również duży ładunek emocjonalny i w różnych krajach mogą mieć inne znaczenie np. słowo "wyzwolenie" w 1945 r. co innego będzie znaczyło dla Niemca, dla Polaka, czy Francuza.


Nie przez przypadek w różnych językach istnieją idiomy przedstawiające słowo jako narzędzie walki. Mówimy: wojna na słowa, słowo jak sztylet, słowo jak brzytwa, słowa kaleczą itd. W dyspucie międzynarodowej dotyczącej historii nie chodzi tylko o różnicę zdań, ale również o narzucenie własnej interpretacji słowom i pojęciom. Państwa, narody walczą o narzucenie "monopolu interpretacji", a tym samym o to, by historia była dla nich łaskawa…


Jesteśmy w stanie zrozumieć konieczność takiego międzynarodowego PR, co więcej również oczekiwalibyśmy od własnych rządów, aby taki PR prowadziły. Gdzie jest więc problem? Gdzie jest granica wykorzystania historii w polityce wewnętrznej i przede wszystkim międzynarodowej?


Sposób obchodzenia świąt narodowych, publiczne uczczenie bohaterów, ale przede wszystkim edukacja historyczna w szkołach, są elementami polityki historycznej. Jako pierwsi rolę oświaty historycznej docenili Prusacy. Jak pisał znawca Prus Stanisław Salmonowicz: "Monarchia popierała oświatę z przesłanek ideologicznych, jako metodę ideologicznego nacisku na poddanego". Być może taki model nie budzi naszego entuzjazmu, ale w dobry sposób ukazuje instrumentalizację historii dla potrzeb polityki. Nieco upraszczając, można stwierdzić, iż skuteczność tego modelu edukacji została dowiedziona na polach bitew, co dobitnie spuentował ówczesny czołowy francuski polityk Leon Gambetta, po przegranej z Prusami wojnie 1870 roku: Ostatnią wojnę wygrał pruski nauczyciel.


Historya - jak pisał Fryderyk Nietzsche - służy przede wszystkiem działaczowi i mocarzowi, czy mówiąc bardziej współcześnie: historię piszą zwycięzcy. Problem w tym, że bycie zwycięzcą może być rolą przejściową, przemijającą.


Współcześnie rolę polityki historycznej demokratycznego państwa najlepiej określił wybitny polski historyk myśli politycznej Tomasz Merta: nie powinna ignorować pojęcia prawdy historycznej, musi pozostawać w ścisłej z nią relacji. Nie można fałszować historii albo usuwać z niej rzeczy niepięknych, nieładnych.


Pozostaje jednak pytanie, co zrobić, gdy inni nie stosują się do tych zasad, mówiąc o polskich obozach, wypędzonych bezprawnie Niemcach, "wyzwolonych" przez Sowietów ziemiach polskich?


Poruszonej w artykule tematyce będzie poświęcona konferencja naukowa: "Semantyka historyczna. Narzędzie opisu historii, czy narzędzie polityki". 20 listopada 2015 r., Akademia Ignatianum w Krakowie, ul. Kopernika 26, s. 412.

 


dr Joanna Lubecka - historyk, politolog, adiunkt w Instytucie Politologii Akademii Ignatianum oraz pracownik Oddziału IPN w Krakowie.