O samotności, w której można doświadczyć Boga

Szum z Nieba Wojciech Werhun SJ
data07.07.2019 08:00

(fot. Steve Halama / unsplash.com)

"Może to zaboleć i zabrzmi zbyt prosto. Ale taki główny kierunek, który pozwala pójść do przodu, to zaprzyjaźnić się z «ciemnością»". Przeczytaj poruszający wywiad z jezuitą, który spędził kilka miesięcy wśród Eskimosów na Alasce.

 

Joanna Sztaudynger: Czego szukałeś na Alasce?


Wojciech Werhun SJ: Mieszkam i studiuję w Bostonie. Odczuwam zmęczenie zachodnim światem, interesują mnie ludzie żyjący z dala od tego, rdzenna ludność, która nie pędzi, nie planuje wszystkiego tak jak my. Miałem wrażenie, że tam jest coś innego - jakaś prostota, cisza, bliskość przyrody - co pozwali mi w bardziej dziki sposób dotknąć Boga.

 

Byłeś na zachodzie Alaski, to nie jest urokliwe miejsce, jakie znamy z filmów. Domy wyglądają jak kontenery, na pierwszy rzut oka nic nie zachwyca.


Tak, dodatkowo wioska, w której mieszkałem, licząca tysiąc mieszkańców, otoczona jest tundrą, pełną kałuż. Nie ma dojazdu, nawet nie ma dokąd uciec. Zimą dzień trwa cztery godziny. Jest dużo wypadków, ludzie są bliżej śmierci, czasami samolot nie jest w stanie dolecieć tam przez tydzień. Żyje się ciężko, jest mało jedzenia. Ludzie do księdza przychodzą z bardzo poważnymi problemami. Tam słyszysz o problemach życia lub śmierci. Pomimo tego, że mnie to obciążało, to samo patrzenie przez okno dawało mi odpoczynek. Niebo tam jest piękne, ciągle się zmienia na skutek silnego wiatru, odbija się w kałużach… Ta pustka jest piękna. Cisza i moje samotne życie tam pomogły mi odczuć Boga.

 

Nie bolała cię ta samotność?


Od pięciu lat żyję za granicą. Jakkolwiek dobrze by nie było, nie da się pozbyć wrażenia obcości, bycia nie do końca przyjętym, zrozumianym. Podobnie jest na Alasce. Moje poczucie samotności tam wynika z tego, że inaczej myślimy, a różnice w pojmowaniu pewnych rzeczy są tak duże, że nie sposób się zrozumieć. Nawet pogadać tak po prostu "o niczym" jest trudno. W takich sytuacjach odczuwałem brak wspólnoty. Nie przeżywam jednak mocno samotności, odczuwam obecność Boga i to mi wystarcza. Moja modlitwa zwykle jest "ciemna" i nie słyszę Boga, ale świat naokoło pokazuje mi, że On jest. To rodzi we mnie wdzięczność i zaczynam się cieszyć z faktu, że Bóg sobie jest i ja też po prostu jestem.


Jacy są Eskimosi, czego się od nich nauczyłeś?


Eskimosi bardzo szanują prywatność drugiego człowieka. Jeśli zadają ci pytanie, czy jadłeś już kolację, to jest to zaproszenie, żeby przyjść do nich. Nie spytają wprost. Ale jeśli odpowiesz, że już jesteś po kolacji, to na pewno nie będą cię namawiać, żebyś wpadł jeszcze do nich. Jeśli się jednak u nich znajdziesz i usiądziecie razem do stołu, to nie trzeba rozmawiać. Je się w milczeniu i to nie jest krępujące. Czasami ktoś coś opowie o sobie, inni wysłuchają bez przerywania, ktoś inny też coś o sobie opowie. Ale nikt nikogo nie wypytuje, nie komentuje, nie ocenia. Nawet jeśli pojawiają się odmienne zdania na jakiś temat, to nie ma dyskusji, chęci przekonania siebie nawzajem. Każdy mówi to, co myśli, i tyle. Ta kultura ciszy mnie urzeka.

 

To zupełnie inaczej niż u nas. My w takich sytuacjach czujemy wręcz przymus zapełnienia tej ciszy.


Stosunek Eskimosów do siebie nawzajem uczy mnie też czegoś o Bogu. Dawniej wejście do domu eskimoskiego przykrywały dwie warstwy skór. Gdy gość przychodził w odwiedziny, przeciskał się przez pierwszą warstwę i stawał w ciszy pomiędzy skórami. Czekał aż domownicy zapytają "Waqa?", czyli  "Po co przyszedłeś?".  Po usłyszeniu odpowiedzi gospodarze mogli powiedzieć "wejdź" albo "wyjdź", i gość z szacunku do domowników by sobie poszedł i wrócił innym razem. Podobnie jest z Bogiem. On nie jest jak gra komputerowa, która uruchomiona natychmiast wchodzi ze mną w interakcję. Przychodzę na modlitwę, staję w ciemności i ciszy, "między skórami" i czekam na pytanie: "Waqa?". Może dojść do spotkania, ale nie musi. Podobnej reakcji z mojej strony może spodziewać się Bóg. Ja i On to dwie odrębne osoby, które nie zawsze w tym samym momencie chcą rozmawiać. To mi daje poczucie wolności i tego, że szanujemy siebie nawzajem. Jak mi Pan Bóg nie odpowie teraz, to przyjdę później.

 

Czy to znaczy, że w Chevak nie doświadczysz serdecznych relacji?


Ależ tak! Od roku mieszkam w Stanach, gdzie jesteśmy terroryzowani tym, że jako księża nie możemy zbliżać się do dzieci, gdzie dostajemy bardzo precyzyjne wytyczne, jakie relacje mogą nas łączyć z nieletnimi. A tam, gdy tylko przyjechałem, dzieci mnie wręcz oblepiły! Nie wiedziałem, jak się zachować. Na serdeczność ze strony dorosłych musiałem jednak poczekać. W tym społeczeństwie ceni się ludzi starszych, więc ja - biały trzydziestolatek, który nie potrafi łowić ryb, naprawić quada, a do tego ksiądz katolicki - budzę mieszane uczucia.  Na początku trudno mi było mówić kazania czy spowiadać, bo czułem, że nic nie znaczę. Ale gdy później odczułem sympatię z ich strony, było już lepiej.

 

Twoi rówieśnicy by powiedzieli, że to mało prestiżowa sytuacja.


O tak! Ale ja jestem zmęczony prestiżem. Może to moje jezuickie skrzywienie, ale wierzę, że trzeba iść tam, gdzie nikt nie chce. W Chevak nie ma bardzo wielu katolików, na pasterkę z całej wioski przyszło dwieście osób. Ale są to ludzie bardzo wierzący, cały świat tłumaczą Bogiem. My się odwołujemy do biologii, psychologii czy innych nauk społecznych, a oni, nie znając tego, we wszystkim widzą Jezusa. Kiedyś spotkałem starszego pana i jego rodzinę. Jak wyniknęło z rozmowy, kilkoro z jego dzieci (a potem też wnuków) zostało przez ich rodzinę adoptowanych. Poruszyło mnie to bardzo i wyraziłem uznanie, że coś takiego zrobili. Ten starszy pan popatrzył na mnie jak na debila. Dla nich oczywiste jest, że jak dziecko zostaje samo, to trzeba się nim zająć. Jeśli jedne dzieci wychodzą już z domu, to jest miejsce, by zaadoptować kolejne. Ich poczucie wspólnoty i odpowiedzialności za siebie nawzajem jest niezwykłe. Gdy ktoś umiera, to cała wioska odpowiada za jego pogrzeb.

 

To takie proste, a dla nas nieoczywiste.


Nie jest tam jednak tak bezproblemowo. Kultura zachodnia przyniosła bardzo wiele złego. Dużo ludzi jest uzależnionych od alkoholu i marihuany, chowają się przed innymi, ale i bywają agresywni. A wszyscy mają iPhone'y! I dokładnie można wskazać moment rozpoczęcia się tego kryzysu - gdy w wiosce stały się popularne telewizory i pojawił się Internet. To rujnuje wspólnotę. Młodzi się wciągnęli, zupełnie bezkrytycznie z tego korzystają.

 

To jest paradoks: mamy na co dzień tak łatwy dostęp do siebie, dbamy, żeby być cały czas w kontakcie, na bieżąco - a jednak problem braku obecności drugiego człowieka i kontaktu z samym sobą się pogłębia. Jakbyśmy uciekali od zwykłości, normalności, zapatrzeni w to, co pokazują w sieci inni.


Jesteśmy wychowani w społeczeństwie, które docenia tylko sukcesy, każe cały czas coś zdobywać, nie pozwala na przeciętność. Gubimy się w tym. To bywa przyczyną stanów depresyjnych, które przeżywane są podobnie jak poczucie dużej samotności, ciemności, odczucie bycia pozostawionym samemu sobie.

 

Masz pomysł, jak sobie z tym radzić?


Trudno powiedzieć krótko, bo może zaboleć i zabrzmi zbyt prosto. Ale taki główny kierunek, który pozwala pójść do przodu, to zaprzyjaźnić się z "ciemnością". Zaakceptować, że to jest część mnie, taki jestem. Takie jest nasze życie - raz jesteśmy w bliskiej relacji z kimś, innym razem jesteśmy sami. Czujemy obecność Boga, a czasami nie czujemy. Bywamy rozumiani lub nikt nas nie rozumie. Taka jest prawda o nas, a uciekanie przed nią wychodzi nam na złe. Możemy spróbować w pewien sposób oswoić tę samotność, polubić ją, przytulić i zaprzyjaźnić się z nią. Bo ona jest częścią nas. Ja w obecności Boga znajduję spełnienie. W tej ciszy i pustce krajobrazu Alaski, w takim odarciu ze wszystkiego - pojawia się odczucie, że nie jestem sam. To nie znaczy, że jest fajnie. Ale zaakceptowanie tej pustki i ciemności, pogodzenie się z nią i uświadomienie sobie, że świat się na tym nie kończy, może być pomocne. Od dziecka uczy się nas, że jak coś idzie źle, to jest źle. Niepowodzenia pokazuje się jako klęskę, a nie jako proces. Nie uczymy się wzrastać, ale uczymy się, że musimy być idealni. Albo jest super, albo nie ma wcale. Wystarczy spojrzeć na najpopularniejsze programy telewizyjne - to są wszelkiego rodzaju talent show. Podziwiamy idoli, nie chcemy przeciętności. Ja sam muszę uczyć się przestać od siebie wymagać najlepszych kazań na świecie, mogę mówić takie normalne. Normalny ksiądz też jest dobry.

 

Wojciech Werhun SJ - jezuita, żeglarz i egzegeta. Twórca inicjatywy modlitewnej "Wolni Strzelcy", współtwórca "Banity" na FB, autor rekolekcji z mieczem "Projekt F.A.C.E.T."