"Nigdy nie będę świętym. Staram się po prostu być kimś ciut lepszym"

Karol Kleczka Karol Kleczka
data18.05.2017 07:00

(fot. Hayk_Shalunts / shutterstock.com / "Gary Cooper Off Camera: A Daughter Remembers")

Był jednym z najbardziej znanych aktorów Złotej Ery Hollywood. Wystąpił w rolach głównych w ponad osiemdziesięciu filmach i zdobył masę nagród, w tym trzy Oscary i Złotego Globa. Mało kto wie, że w swym życiu przeżył niezwykłe nawrócenie.

 

Gary Cooper to niezaprzeczalnie legenda kina. Choć dziś jest kojarzony głównie z westernami i dawnym kinem akcji, to potrafił także stworzyć niezapomniane role bohaterów codzienności, którzy stając wobec przeciwności gotowanym im przez świat, są w stanie składać z siebie ofiarę. Widziano w nim idealnie skrojonego amerykańskiego herosa - wysokiego, przystojnego mężczyznę o piorunującym spojrzeniu, który łączy w sobie cechy kochanka, zawadiaki, ale też kogoś, z kim mógłby się identyfikować przeciętny człowiek.

 

Jeśli spojrzeć na wspomnienia o aktorze, to jednym z najczęściej pojawiających się zwrotów jest "autentyczny". Cooper posiadał niezwykle cenną cechę rzutowania swojej osobowości na granych przez niego bohaterów i z tego powodu wydawał się aktorem dysponującym szczególną naturalnością w adaptowaniu do nowych ról.

 

Hollywood huczało od plotek na temat jego romansów. Często wchodził w przelotne związki z poznanymi na planie aktorkami, co na początku lat 30. przyniosło mu załamanie nerwowe. By odzyskać równowagę psychiczną, udał się do Europy. Niedługo po powrocie do Stanów poznał o dwanaście lat młodszą Veronicę "Rocky" Balfe, która została jego żoną. Rocky była bywalczynią nowojorskich salonów, ale także wierzącą katoliczką. Mieli jedno dziecko - córkę Marię, o której Cooper mówił: "Nigdy nie słyszałem o tym, by zrobiła coś, co nie byłoby uczciwe. Ona jest moim życiem".

 

Małżeństwo pomogło ustatkować się aktorowi, lecz nie na długo. Choć Cooper starał się dbać o rodzinę, to jednak już w latach 1946-1947 wrócił do przelotnych romansów z gwiazdami poznawanymi na planie filmowym. "Jeśli urodził się do występowania przed kamerą, to także do uwodzenia. Czerpał przyjemność z patrzenia na kobiety, słuchania ich i sprawiania im przyjemności. Taki człowiek się nie zmienia" - wspominał aktora Ted Nugent ze studia Paramount.

 

Romanse ponownie spowodowały kryzys osobisty. Choć rola szeryfa Willa Kane’a w klasyku "W samo południe" przyniosła mu nagrody Złotego Globa i Oscara, to w 1951 roku wszedł z małżonką w separację. Dwa lata później ponownie udał się do Europy. Jednym z planowanych miejsc podróży był Watykan, który odwiedził w towarzystwie nastoletniej Marii Cooper.

 

26 czerwca miało miejsce spotkanie, które wpłynęło na całe jego przyszłe życie. Jego przyjaciele wiedzieli, że Cooper uda się na audiencję z papieżem Piusem XII, dlatego poprosili aktora o przywiezienie pobłogosławionych pamiątek. Córka, która towarzyszyła Gary’emu w trakcie audiencji, wspomina, że ramię ojca było całe obwieszone różańcami, ale z uwagi na problemy z kręgosłupem aktor przewrócił się w trakcie przyklękania przy mijającym ich papieżu.

 

Wszystkie różańce i obrazki, które Cooper trzymał w dłoniach, wypadły z nich i gdy hollywoodzki gwiazdor zbierał je z ziemi, zauważył przy swej twarzy szkarłatne buty i białą szatę. Aktor bardzo zawstydził się tym wydarzeniem, lecz papież Pius XII spojrzał na niego z życzliwym uśmiechem.

 

Choć nadal przydarzały mu się romanse, to aby być bliżej rodziny, zaczął regularnie chodzić na niedzielne msze z żoną i córką. Kazania księdza Harolda Forda zrobiły na nim wielkie wrażenie. Rocky nie przymuszała męża do uczestnictwa we mszach, bo - jak wspomina córka Maria - nikt nie byłby w stanie zmusić jej ojca do czegoś, czego sam nie chciał. Ksiądz Ford zaczął spędzać z Cooperem coraz więcej czasu, także jako towarzysz na wyprawach wędkarskich czy podczas nurkowania.

 

Z czasem w aktorze zaczęła następować zmiana. Ksiądz Ford stał się dla Coopera przewodnikiem duchowym, a ich wspólne wypady coraz częściej obfitowały w rozmowy na temat wiary. W końcu po kilku latach, 9 kwietnia 1959 roku, Cooper przyjął katolicki chrzest w kościele pw. Dobrego Pasterza w Beverly Hills.

 

Sam aktor tak wspominał drogę do katolicyzmu: "Zeszłej zimy zacząłem częściej zastanawiać się nad czymś, co długo towarzyszyło moim rozmyślaniom. Mówiłem sobie: «Coop, chłopie, powinieneś być wdzięczny za wszystkie dobre rzeczy, których doświadczyłeś w swym życiu». Wtedy na poważnie zacząłem myśleć o religii. Wiem, że nigdy nie będę świętym. Nie mam takiego hartu ducha. Staram się po prostu być kimś ciut lepszym, a to może mi się uda".

 

Dwa lata później nagłówki gazet przekazały tragiczną informację: "Gary Cooper ma raka". Wcześniej wiedziała o tym żona aktora, lecz ukrywała to przed mężem niemal przez rok.

 

Przyjaciele, którzy odwiedzali chorego aktora, spodziewali się ciężkiej atmosfery w jego domu, ale zamiast niej widzieli pogodnych ludzi, którzy czerpali radość i dawali ciepło. W ten sposób rodzina Cooperów przechodziła przez ten trudny czas. Cooper był znacznie bardziej wyluzowany niż osoby, które go odwiedzały. Rocky wspominała, że tym, co trzymało go w optymistycznym nastroju, była jedna rzecz - jego wiara. Gdy choroba postępowała, nigdy nie pytał "Dlaczego ja?" i nigdy nie narzekał. W tym czasie często czytał książki arcybiskupa Fultona J. Sheena, zwłaszcza "Peace of Soul" ("Pokój duszy"). Nigdy nie poznał trapisty Thomasa Mertona, ale lektura "Nikt nie jest samotną wyspą" dała Cooperowi wiele pocieszenia i otuchy w ostatnich tygodniach życia.

 

Zmarł 13 maja 1961 roku na raka prostaty i jelita. W ostatnich dniach żegnał się z bliskimi słowami: "Wiem, że to, co się dzieje, jest Bożą wolą. Nie boję się przyszłości".