Miała być "masakra". Lekarz kilkakrotnie zachęcał do aborcji

TakRodzinie Natalia Rakoczy
data09.11.2017 07:00

(fot. shutterstock.com)

Lekarz przy każdej wizycie namawiał, aby dokonali aborcji, nim będzie za późno. A urodziła się parka ślicznych chłopczyków. Podwójne szczęście.

 

Szczęście chodzi parami

 

Małgosia i Adam dziecka pragnęli od samego początku małżeństwa, zanim dorobią się pięknego domu z pokaźnym metrażem, nowoczesnego samochodu i zrobią oszałamiającą karierę. Byli otwarci. Nie kalkulowali. Jednak minął rok, a nic się nie działo.

 

W pakiecie od Pana

 

"I wtedy pojechaliśmy do Częstochowy prosić Matkę Bożą o dzidziusia" - wspomina Adam. W końcu lekarze znaleźli przyczynę, przeprowadzili zabieg i Małgosia zaszła w ciążę. Zbliżało się Boże Narodzenie. W styczniu czekała ich kolejna niespodzianka - to nie był pojedynczy podarunek, ale prawdziwy Boży pakiet. Małgosia była w ciąży bliźniaczej.

 

Niestety - zagrożonej. Pani doktor skierowała ich do lekarza w Lublinie, a on, gdy obejrzał rozwijające się płody, polecił im "znanego specjalistę" w Warszawie. Cóż było robić? Dobro dzieci było najważniejsze, więc pojechali. "Kiedy lekarz mnie zobaczył, powiedział tylko, że to jest «masakra» i trzeba jak najszybciej usunąć ciążę - wspomina Małgosia. - Stwierdził, że jeśli bliźnięta cudem się urodzą, to będą obciążone wszystkimi możliwymi wadami genetycznymi".


Prawdziwy szok. Radość w jednej chwili prysła jak bańka mydlana. Miało być inaczej - szczęśliwe oczekiwanie i urodzenie upragnionych dzieci, a teraz informacja, że "to do niczego się nie nadaje". Adam i Małgorzata czuli się jak uderzeni obuchem. Trudno było pozbierać rozsypane myśli, które atakowały ich słowami lekarza "specjalisty". "Długo ze sobą rozmawialiśmy, na szczęście żona mocno trwała przy tym, że nie usuwamy ciąży. Jednocześnie uspokajała mnie, aby nie brać sobie do serca tego wszystkiego, co mówił ten lekarz" - wspomina Adam.

 

Niezwykła opiekunka


Mijały kolejne dnie i tygodnie, pełne napięcia i niepokoju o to, co przyniesie przyszłość. Wizyty u lekarza były bardzo trudne, niosły ogromną dawkę bólu. Do gabinetu ginekologicznego Małgosia musiała wchodzić sama, w dodatku za każdym razem zaczynała się ta sama historia: usilne namawianie lekarza, aby dokonali aborcji, że to jest jedyne słuszne rozwiązanie, że nie ma innego wyjścia. "I wtedy moja teściowa powiedziała nam o Nowennie Pompejańskiej.

 

Od razu chwyciliśmy za różaniec, czując, że to dla nas ostatnia deska ratunku" - wspomina Adam. Małgosia miała w sercu głęboką wiarę, że Bóg ich z tym wszystkim samych nie zostawi, że Matka Boża także czuwa. Jeden, drugi, trzeci dzień nowenny i wciąż byli bombardowani okropnymi wiadomościami: że w brzuchu powstała cysta, która jest większa niż dzieciątko, że istnieje taka to a taka wada, że rozwój źle przebiega itd. Jednak nie zeszli ze swojego modlitewnego posterunku. Przetrwali wszystkie trudne wieści i dobrnęli do dziękczynnej części nowenny. 


"Ostatni dzień części błagalnej przypadał w pierwszy piątek. O godzinie 15.00 mieliśmy telefon z instytutu genetyki, że padła kolonia komórek i trzeba zrobić ponowne ich pobranie" - stwierdza Małgosia. Wtedy już poczuła w sercu, że Matka Boża coś "kombinuje", więc ogarnęły ją radość i spokój. Rzeczywiście, po nowych badaniach zaczęły do nich spływać dobre wieści: że kręgosłupy prawidłowo się rozwijają, że z narządem słuchu jest w porządku, że cysta zanika. "W części dziękczynnej co chwilę docierała do nas jakaś dobra nowina" - dodaje z radością Małgosia.

 

I tak dobrnęli do porodu. "19 maja poszłam na wizytę kontrolną i czułam, że tego dnia zacznie się poród. Powiedziałam lekarzowi o wszystkich symptomach, ale on o niczym nie chciał słuchać, uważając, że zna się lepiej. Było to dla mnie ważne, bo kilka godzin wcześniej miałam dostać specjalny hormon przyspieszający rozwój płuc wcześniaków. Lekarz odmówił jego podania, a po południu już rodziłam".

 

Brykające urwisy


Kiedy chłopcy wyszli na świat, lekarz nie mógł uwierzyć, że są w tak dobrym stanie. Wiele jego diagnoz w ogóle się nie sprawdziło. Małgosia ucałowała swoje maleństwa i od razu "odpłynęła". W końcu mogła spocząć po walce, którą stoczyła o dzieci. Chłopcy zostali przewiezieni do Centrum Zdrowia Dziecka, bo pomimo tak dobrego stanu potrzebowali jednak specjalistycznej opieki. Mieli m.in. problemy z układem pokarmowym i moczowym. Dla rodziców zaczął się kolejny niełatwy czas leczenia bliźniąt. "Po porodzie byliśmy z dziećmi w Warszawie przez około siedem tygodni, aby chłopcy mogli przejść kolejne operacje".


Następne dwa lata także były pełne rodzicielskich zmagań. Rok temu Kubuś miał operację, po której leżał na OIOM-ie, a w tym samym czasie rozchorował się jego braciszek. Jednak dla rodziców wystarczającą nagrodą jest widok dwóch brykających urwisów, których wszędzie w domu jest pełno. Wszystko ich interesuje, mężnie przechodzą trudne chwile, które nie są w stanie zabić ich dziecięcej radości. "Kiedy na nich patrzymy, to wiemy, że ta gehenna miała sens. Bo są oni. I wszystkie troski przy nich odchodzą w cień. Gdyby pani widziała, jakie to są żywiołowe chłopaki! W miejscu nie usiedzą!" - stwierdzają z radością, pokazując zdjęcie roześmianych bliźniaków.


Gosia i Adam ciągle się uśmiechają. Mają w sobie ogromne zapasy optymizmu, a przede wszystkim wiary, że wszystko dobrze się potoczy. Taką siłę daje im miłość: miłość do Boga, dzieci i miłość do siebie nawzajem. "Mam najlepszą żonę na świecie, ona jest niepoprawną optymistką, zawsze radosna. Moje dzieci nie mogłyby mieć lepszej matki" - stwierdza z dumą Adam. "A ja mam najlepszego męża. Na porodówce lekarki pytały mnie, gdzie ja takiego znalazłam. Tak o mnie dbał… Ten chłop to szczere złoto!".