Ostatni jezuita w Aleppo [WYWIAD]

Anna i Karol Wilczyńscy / islamistablog.pl
data18.02.2017 14:00

(fot. islamistablog.pl)

Prowadzi klinikę, centrum rozdawania paczek, kuchnię, która karmi 10 tysięcy osób dziennie. Jeśli go zabraknie, zasłabnie, zachoruje - to wszystko może przestać działać. Poznajcie świadectwo Samiego Hallaka SJ.

 

Naszą rozmowę z ojcem Samim poprzedziła wizyta we wszystkich biurach, które prowadzi Jezuicka Służba Uchodźcom (JRS) w Aleppo. Klinika z kilkoma gabinetami specjalistycznymi, apteka z darmowymi lekami, wielki magazyn z paczkami żywnościowymi, słynna kuchnia gotująca ok. 10 tysięcy posiłków dziennie, czytelnia, specjalne miejsce nauki dla studentów lokalnego uniwersytetu… i wiele więcej. Z zaskoczeniem przyjęliśmy informację, że wszystkie te dzieła spoczywają na ramionach jednego księdza.

 

Gdy weszliśmy do zimnego pokoju (w mieście od kilku lat nie ma prądu i ogrzewania; temperatury w styczniu i lutym często w nocy spadają poniżej zera), czekał na nas zmęczony ojciec Sami, rodowity mieszkaniec Aleppo. Zwykła kurtka, zmęczone oczy i paczka papierosów w dłoni od razu dały nam do zrozumienia, że jego życie nie jest łatwe. "Przynajmniej bomby nam już na głowę nie spadają" - odpowiedział z uśmiechem na naszą sugestię, że dziś w nocy miał chyba ciężki sen. "Life must go on, you know" ("Wiecie, życie musi toczyć się dalej").

 

W ciągu 30 minut, które udało mu się dla nas wyrwać, zadaliśmy mu wiele pytań o sytuację w Syrii, o to, co może przynieść pokój jego ojczyźnie, ale też o to, czym jest dla niego bycie jezuitą oraz czy chrześcijanie na Bliskim Wschodzie są naprawdę prześladowani. To było jedno z najciekawszych naszych spotkań w Syrii.

 

Wywiad został przeprowadzony w języku angielskim i arabskim.

 

Karol Wilczyński, DEON.pl: Jak długo ojciec jest w Aleppo?

 

Sami Hallak SJ: Jestem tu przez cały okres kryzysu [w ten sposób Syryjczycy określają wojnę domową, która trwa od 2011 roku - przyp. KW].

 

Anna Wilczyńska, islamistablog.pl: Skąd ojciec pochodzi?

 

Właśnie stąd, jestem z Aleppo. Urodziłem się tutaj, choć przez 10 lat pracowałem też w Homs [trzecie co do wielkości miasto Syrii - przyp. AW].

 

KW: Jak to się stało, że ojciec został jezuitą?

 

[śmiech] Dawno nikt mnie o to nie pytał. To trochę taka historia miłosna. Studiowałem inżynierię na uniwersytecie, gdzie jezuici mieli duszpasterstwo. Mieliśmy tam trzy różne pomieszczenia do nauki. Od czasu do czasu przychodziłem i korzystałem z tych pokojów, bo tam było bardzo cicho. Dzięki temu spotykałem też jezuitów, poznawałem ich oraz to, w jaki sposób działają i myślą. I zapragnąłem zostać jednym z nich.

 

Ojciec Kamil, który już nie żyje, towarzyszył mi na początku drogi. Nakazał, bym najpierw dokończył studia i zdobył tytuł inżyniera. Powiedział, że dzięki temu będę mógł wejść do zakonu w wolności, mając w razie odejścia perspektywę pracy i działania gdzieś indziej. No więc gdy uzyskałem dyplom, wstąpiłem do jezuitów.

 

AW: Co jest teraz ojca głównym obowiązkiem w Aleppo?

 

Obecnie jestem koordynatorem projektów. Zazwyczaj jednak byłem po prostu rekolekcjonistą. Prowadziłem warsztaty z duchowości dla moich rodaków, tutaj w Syrii, ale też w Libanie czy Egipcie. Uczyłem również w naszym centrum teologii w Aleppo. Oprócz tego pisałem książki.

 

AW: O czym?

 

O ochronie środowiska, teologii feministycznej oraz historii sztuki. Specjalizuję się we wschodniej ikonografii. Szczególnie mocno badałem ikony od strony technicznej, "inżynieryjnej". Architektura ikony - to jest to [śmiech]! Zresztą, nawet jeśli pisałem, to nie robiłem tego jako naukowiec, ale chciałem przede wszystkim docierać do zwykłych ludzi. Tłumaczyłem też sporo rzeczy z francuskiego.

 

KW: Ilu jezuitów tak naprawdę pracuje w Aleppo?

 

Oficjalnie jest nas dwóch, ale tak naprawdę zostałem tutaj sam. Jest jeszcze mój towarzysz, delegat organizacji "Pomoc Kościołowi w Potrzebie", ale ze względów osobistych musiał wyjechać. Więc aktualnie jestem sam.

 

KW: Czy jezuici kogoś przyślą, by pomógł ojcu?

 

Mam nadzieję. Choć według prowincjała w tym okresie nikt nie przyjedzie. Od czasu do czasu ktoś przyjeżdżał, ale tylko na 2-3 dni. Generalnie mało jezuitów chce pracować na Bliskim Wschodzie, w naszych klasztorach mieszkają dwie - trzy osoby.

 

AW: Gdy rozmawialiśmy w Damaszku z kard. Mario Zenarim [nuncjuszem apostolskim w Syrii - przyp. AW], określił on sytuację w Syrii jako "najniższy poziom piekła". Jak ojciec nazwałby sytuację panującą w Syrii dzisiaj?

 

W sumie ciężko jest mi wydać jakiś ogólny sąd na temat tego, co się tu dzieje. W Aleppo sytuacja jest inna niż gdzie indziej. Do czasu zakończenia bombardowań w grudniu sytuacja była bardzo zła. Nie widzieliśmy żadnego rozwiązania dla tego kryzysu. Spadały na nas bomby. Wychodząc z domu, nikt nie był pewien, czy wróci. W połowie grudnia w nasz budynek uderzyła rakieta, było bardzo dużo strat. Jednak po wyzwoleniu dostrzegamy, że wielkie potęgi - Rosja, USA, Iran, Turcja - zaczynają się dogadywać w sprawie Syrii. Wojna, którą widzimy, jest teatrem. Ludzie giną, często oddani pewnej sprawie, ale wcale nie od tego zależy nasz los. Wszystko decyduje się ponad naszymi głowami, właściwie zanim dojdzie do bitew czy nalotów.

 

KW: Czyli jest jakaś szansa dla miasta?

 

Według oficjalnych informacji rządowych w tym roku nie zostaną podjęte żadne działania dla Aleppo. Co więcej, minister, który odwiedził miasto, ani razu nie wspomniał o przyszłym roku. Powiedział jasno: "w tym roku nie mamy pieniędzy, by przeprowadzić jakąkolwiek rekonstrukcję czy odbudowę miasta". Wydaje mi się, że to znak, że nic jeszcze nie jest pewne. Wszystko zależy od dogadania się wielkich potęg, które o nas decydują. Z drugiej strony ludzie czują się choć troszkę lepiej. Nie ma już bomb, rakiet i strzałów. Dzieci mogą spokojnie spać. Nie ma jeszcze w prawdzie wody, prądu, gazu i benzyny, ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Brak tych rzeczy stał się codziennością, naszym normalnym życiem. Oczywiście szczególnie brak czystej wody jest ogromnym cierpieniem.

 

AW: Ale ma ojciec nadzieję na ogólną poprawę sytuacji w Aleppo?

 

Na co mam nadzieję… Chciałbym, żebyśmy zmienili sposób rządzenia tym krajem. Oni muszą się zmienić. Choć nie ma żadnych znaków, że zmiana się dokona. Rząd zachowuje się tak samo jak przed wojną. Nie ma żadnej zmiany, żadnych nowych praw, wolnych wyborów. Nic się nie dzieje. Nie wiem, czy cokolwiek się poprawi.

 

KW: Co jest źródłem kryzysu w Syrii?

 

To bardzo trudne pytanie. Na początku wszystkie manifestacje ludzi wołały o wolność i sprawiedliwość. Ale to bardzo szybko się skończyło. Nie umiem ściśle określić powodu, dlaczego tak się stało.

 

KW: Czy w Syrii mamy do czynienia z konfliktem religijnym?

 

Sądzę, że chrześcijanie nigdy nie byli stroną w tym konflikcie. Kryzys ma charakter religijny, ale wewnątrzmuzułmański - między szyitami a sunnitami. Jeśli chodzi zaś o polityczną stronę, to chrześcijanie nie mieli i nie mają w Syrii organizacji politycznej ani partii. Są zwykłymi obywatelami.

 

KW: Niektórzy, szczególnie często w Polsce, twierdzą, że na Bliskim Wschodzie mamy do czynienia z ogromnym prześladowaniem, "ludobójstwem" chrześcijan. Czy zgadza się z tym ojciec?

 

Nie, oczywiście, że nie. Ale to moja opinia. Chrześcijanie od trzydziestu albo nawet czterdziestu lat marzą przede wszystkim o jednym - emigracji. Chcą wyjechać do Europy lub najlepiej do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka ich już całkiem sporo. Od tego czasu jesteśmy świadkami masowej emigracji chrześcijan, jazydów i przedstawicieli innych mniejszości religijnych na Bliskim Wschodzie. Ta wojna jest dla nich tylko potwierdzeniem, że wyjazd jest właściwą decyzją. Czasami szukają dla emigracji odpowiedniego powodu, wymówki. I mówienie o prześladowaniach czy zabójstwach chrześcijan jest taką wymówką.

 

KW: Ale chrześcijanie też naprawdę cierpią.

 

Tak, ale prawdą jednak jest to, że w wojnach na Bliskim Wschodzie ofiarami są wszyscy, przede wszystkim muzułmanie. Gdy bomba spadła w Aleppo na kościół, mówili: "Widzicie? Bombardują nasz kościół!". Ale dziesiątki takich bomb spadły też na meczety. Takimi bombami nie da się precyzyjnie kierować. Tak samo mówią w przypadku porwań: "Widzicie? Porywają chrześcijan!". Ale przecież porywa się też dziesiątki tysięcy muzułmanów. Nie sądzę więc, byśmy mieli tu do czynienia z jakimś celowym prześladowaniem chrześcijan. To wymówka. Chrześcijanie w tym kraju to Syryjczycy. I wszyscy Syryjczycy cierpią tak samo. Jedźcie do wschodniego Aleppo, w niemal stu procentach zamieszkanego przez muzułmanów. Zobaczcie, co tam się stało.

 

AW: Jaka jest zatem przyszłość chrześcijan w Syrii? Wszyscy wyjadą na Zachód?

 

Jak mówiłem, oni myślą tylko o tym od wielu lat. A Kościół nie zrobił nic, by przekonać ich, że powinni pozostać. Biskupi mówią im: "Musicie pozostać", ale przecież nie ma żadnego powodu, by to robili. Nie ma teologicznych powodów ku temu, że obecność chrześcijan na Bliskim Wschodzie jest niezbędna. Że mamy tu jakąś ważną rolę do odegrania. Co więcej, nikt tak naprawdę nie dokonuje poważnej refleksji na ten temat. Mówi się: "Żyjemy tutaj, urodziliśmy się tutaj, bo Bóg chce od nas czegoś ważnego. Ma dla nas tutaj ważną misję". Ale nikt się głębiej nie zastanawia, co to może znaczyć. A teologia przecież nic nam na ten temat nie mówi.

 

<<Dowiedz się o działaniach JRS w Aleppo>>

 

Nawet watykańskie dokumenty na temat obecności chrześcijan na Bliskim Wschodzie mówią, że "nasza obecność tutaj jest misją", ale lokalne Kościoły muszą zbadać sens tej misji. Co tak naprawdę mamy tutaj do zrobienia? Nikt nic o tym nie mówi. Bardzo nam brakuje refleksji na ten temat. I dlatego chrześcijanie zaczynają myśleć, że są w złym miejscu, że muszą wyjechać na Zachód. I wyjeżdżają. Co więcej - wyjadą wszyscy. W prowincji Aleppo mieliśmy 106 tysięcy chrześcijan. W tej chwili pozostało już jedynie 22-23 tysiące. Ta liczba zmniejszyła się proporcjonalnie do ogólnej liczby mieszkańców [z ok. 5-6 mln do 1,5 mln obecnie - przyp. AW].

 

KW: Co to znaczy, że "Kościół nie zrobił nic"? Co powinien był zrobić?

 

Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Kościół powinien był [coś] zrobić. Obecnie jest już za późno. Powinien był zrobić plan dla rozwoju społecznego. Powinien był otworzyć się na innych Syryjczyków, przede wszystkim muzułmanów. Kościół w Aleppo żył na wyspie: mieliśmy swoje wspólnoty, swoje stowarzyszenia, swoje grupy skautów, swoje akcje charytatywne. I nie mieliśmy żadnego kontaktu ze wspólnotami muzułmanów, stowarzyszeniami miejskimi, innymi skautami czy niekościelnymi akcjami charytatywnymi. Żyliśmy jak w twierdzy, nie kontaktując się w ogóle z muzułmanami. Ta sytuacja doprowadziła nas do poczucia zagrożenia. Myślenia o innych jako o zagrożeniu dla naszej tożsamości.

 

Oczywiście nie pomagała w tym sytuacja prawna w Syrii. Bo np. muzułmanin nie może zostać chrześcijaninem, ale chrześcijanin muzułmaninem - owszem. Albo w przypadku mieszanych małżeństw: chrześcijanin żeniący się z muzułmanką musi zmienić religię. Nie zmusza się do tego wprawdzie chrześcijanek wychodzących za muzułmanów, ale jej dzieci zawsze miały oficjalnie wyznawać islam. W przypadku śmierci męża wdowa, która nie przyjęła islamu, nie ma już żadnych praw, np. do spadku. Tego typu niesprawiedliwe prawa sprzyjały tworzeniu się atmosfery strachu i budowania Kościoła-twierdzy.

 

AW: Mówił ojciec o książkach na temat feminizmu. Jaka jest obecnie rola kobiet w Syrii?

 

Teraz tego nie widać, ale sądzę, że już niebawem będziemy mieli do czynienia z ogromnym problemem demograficznym. Mamy zbyt mało mężczyzn i chłopców [którzy zginęli w czasie wojny bądź uciekli za granicę przed poborem - przyp. AW]. W takich dzielnicach jak Jibreen czy wschodnie Aleppo, które najbardziej zostały dotknięte konfliktem, nie spotkacie mężczyzn. Pozostali tam jedynie starcy, dzieci i kobiety. Wiele kobiet. Ale nawet w przypadku chrześcijan statystycznie na jednego mężczyznę w wieku 18-40 lat przypada aż siedem kobiet w tym przedziale wiekowym.

 

To liczby, które wynikają z danych wśród osób, które zgłosiły się do naszych programów pomocowych. Wśród wolontariuszy, którzy zgłosili się do JRS, ta proporcja wynosi 1 do 3. Przy czym w niektórych miejscach, np. w magazynach, pracować mogą tylko mężczyźni, więc podejrzewam, że liczba mężczyzn jest nieco zawyżona.

 

AW: Jak JRS pomaga kobietom w Syrii?

 

Kobietom oferujemy pomoc w szukaniu i znalezieniu pracy. Przygotowujemy je tak, by mogły pracować w domu. Rząd chyba nic w tym kierunku nie zrobi. Ale pytanie, skąd weźmiemy robotników fizycznych? To będzie ogromny problem i nie wiem, jak go rozwiązać.

 


Anna i Karol Wilczyńscy - prowadzą bloga islamistablog.pl. Tam zamieszczają mini-reportaże oraz historie ludzi, których spotkali w czasie dwutygodniowej podróży do Syrii. Karol jest dziennikarzem portalu DEON.pl.