Małżeństwo to przekraczanie granic

Konrad i Hanna Sawiccy
data09.05.2012 14:09

(fot. ~Rich Johnson~/flickr.com/CC)

Decyzja o ślubie przyszła całkowicie naturalnie. Była po prostu kolejnym etapem rozwoju znajomości i naszego zakochania. Podszyta ekscytacją i czystą radością, taką, jaką odczuwa się przed czymś niezwykle ważnym - mrowiące ściskanie w środku i niecierpliwość ogarniająca całe ciało od stóp do głów. Ani przez chwilę nie mieliśmy wątpliwości: jeżeli wspólne życie, to tylko ślub kościelny i powaga ślubowania sobie w obliczu Boga.

 

Kilka dni temu minęło sześć lat od początku przygody przeżywanej w roli męża i żony. Od dnia, w którym sakrament małżeństwa na stałe wkroczył w nasze życie i wprowadził je w inny wymiar. To był piękny dzień. Z uśmiechami na twarzach, z wewnętrznym spokojem i niezwykłą radością kroczyliśmy do ołtarza, by wypowiedzieć przysięgę małżeńską, przekroczyć granicę życia w pojedynkę i zacząć kolejny etap, teraz już wspólnej drogi.
 
Ale skąd właściwie wzięło się w nas to szczere przekonanie o tym, że do udanego, trwałego i owocującego związku potrzebujemy sakramentu? Po co nam był ten ślub oraz cały ambaras z tym związany? Czy nie mogliśmy po prostu zamieszkać razem i w ten sposób wejść w nowe życiowe role?
 
Jeśli razem, to w całości
 
Już u początku naszej znajomości wyszło na jaw, że dla nas obydwojga wiara jest czymś ważnym. Skoro tak, to poza tym, że stopniowo zbliżaliśmy się do siebie na płaszczyźnie intelektualnej, psychicznej, społecznej i fizycznej, w sposób naturalny również nasze sfery duchowe poczęły ciążyć ku sobie. Zrozumieliśmy, że jeśli ten element zaniedbamy, nasza miłość będzie niepełna, bo zostanie ogołocona z jednego z istotnych wymiarów dotychczasowego życia oraz naszego człowieczeństwa. A co to za miłość, która zamiast pomnażać i wzbogacać wnętrza, czyni je uboższymi? Stąd był już tylko krok do decyzji, by w miarę możliwości razem uczestniczyć w niedzielnych mszach oraz próbować wspólnej modlitwy.
 
Ten czas zbliżania się do siebie to były dni pięknego zakochania, ale jednocześnie dni ciężkiej pracy nad sobą. Szybko okazało się, jacy jesteśmy słabi, odmienni i egoistyczni. Z perspektywy czasu widzimy, jak ważny był dla nas okres narzeczeństwa i ile znaczył kurs przedmałżeński - oba stanowiły wspaniałą lekcję naszej bliskości. Jak ważne jest, by ten czas dobrze przeżyć, by zatrzymać się w pędzie zakochania, by omówić i przemyśleć wspólnie istotne tematy.
 
My wybraliśmy wyjazdowy, trzydniowy kurs dla narzeczonych. Takie zamknięte wspólne rekolekcje, z czasem na modlitwę, ciszę i rozmowę. Czas, w którym mogliśmy się skupić na sobie - parze planującej małżeństwo. To było niezwykłe spotkanie - nauka prawdziwej rozmowy o sprawach najważniejszych. Rozmowy, od której dzięki formule tego kursu, nie można było uciec. Czy wiemy, jacy jesteśmy? Jaka jest moja, twoja, nasza hierarchia wartości? Jaką mamy wiedzę o sobie nawzajem? Jak widzimy nasze wspólne funkcjonowanie w szarej codzienności? Czy potrafimy ze sobą rozmawiać? Czego oczekujemy od małżeństwa? Jak wygląda wiara każdego z nas osobno, a jak wspólnie? Czym jest dla nas nierozerwalność małżeństwa, miłość i odpowiedzialność? Tyle różnych pytań, tyle dyskusji, nawet łez, tłumaczenia sobie nawzajem rzeczy i spraw faktycznie najważniejszych.
 
Właśnie ten czas narzeczeństwa ukoronowany kursem przedmałżeńskim - odpowiednio, poważnie przeżytym, nie odbębnionym czy odfajkowanym dla jakiegoś papierka - uświadomił nam niezwykle dobitnie, jak dużo pracy jest jeszcze przed nami w małżeństwie, ile mamy braków, jaki ogrom tematów musimy jeszcze przepracować, zbudować od zera, ile granic przekroczyć, jak wiele jest spraw, o których na co dzień musimy pamiętać, byśmy mogli razem żyć w pełni. Nie ma co ukrywać, byliśmy tym wszystkim nieco onieśmieleni, a nawet momentami przerażeni, ale podeszliśmy do tego z wiarą i przekonaniem, że łaska sakramentu małżeństwa będzie nam pomagała realizować te zamierzenia.
 
Królewskie misterium
 
"Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł stać się Bogiem" - ta krótka sentencja przypisywana św. Atanazemu Wielkiemu wyraża w skrótowej formie istotę chrześcijańskiego orędzia i powołania. Wszyscy ochrzczeni wezwani są do tego, by mieszkając na tej ziemi, stawać się stopniowo coraz bardziej mieszkańcami Królestwa Niebieskiego. A ponieważ dzięki zmartwychwstaniu Chrystusa bramy Królestwa zostały otwarte, można Go doświadczać już teraz. Małżeństwo jako jeden z sakramentów tę drogę umożliwia - pozwala na przekraczanie ziemskich granic i "zaglądanie" do Królestwa. Więcej, małżeństwo to "ściąganie" tego Królestwa na ziemię, co teologia nazywa antycypacją.
 
Chrześcijaństwo od samego początku pojmowało małżeństwo jako rzeczywistość zwiastującą radość Królestwa Bożego i życia wiecznego. W ten sposób znana przecież od wieków instytucja małżeństwa została wzbogacona o dodatkowy wymiar. Gdy cywilne "tak" powoduje zapisanie związku kobiety i mężczyzny w urzędzie, sakramentalna przysięga zapisuje ich wspólnotę w niebie.
 
Dlatego byliśmy świadomi tego, że najważniejsze w dniu ślubu jest misterium naszego ślubowania, owo sakramentalne "ściąganie" nieba na ziemię. Właśnie takie myślenie dawało nam spokój i radość, a jednocześnie poczucie wagi tego, co ma się wydarzyć w kościele. Sprawy weselnego przyjęcia, sukni, fotografa i całej masy innych elementów przesunęły się naturalnie na dalszy, dużo dalszy plan. Nie było szaleńczej gonitwy, panicznego odhaczania z listy wykonanych spraw, nie było nerwów i nieporozumień. W tym ślubnym dniu najważniejsi czuliśmy się MY i nasza miłość, którą będziemy sobie ślubować wobec Boga.
 
Łaska ratunkowa
 
Św. Paweł w piątym rozdziale Listu do Efezjan porównuje miłość małżeńską do miłości Chrystusa względem Kościoła. "Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół" (Ef 5,25). Oznacza to również, że tak jak Chrystus stał się człowiekiem dla zbawienia ludzi w Kościele, tak i małżonkowie wzajemnie  zobowiązują się do odpowiedzialności za swoje zbawienie. Zatem chrześcijańskie wezwanie do permanentnego uświęcania oraz nieustannej troski o swoje osobiste zbawienie. zostaje rozszerzone o obowiązek troski o zbawienie małżonka. I tak kolejny raz życie małżeńskie wykracza poza granicę życia ziemskiego. Owszem, mamy dbać o zaspokajanie potrzeb materialnych, społecznych, kulturalnych. Sakrament wynosi jednak ten obowiązek wyżej i każe spoglądać dalej - poza granice tego życia.
 
Św. Paweł uświadamia nam również, że małżeństwo w swym najgłębszym wymiarze nie służy jedynie zaspokajaniu wzajemnych potrzeb i nie jest tylko środkiem do przekazywania życia. Jest wyjątkowym związkiem dwojga ludzi, którzy mocą sakramentu mogą przekraczać własną, ludzką naturę.
 
Bo ta natura jest bardzo krucha, przekonujemy się o tym na co dzień. Wiemy, że jesteśmy słabi. Wiemy, że jeżeli choć przez chwilę w bezsensownym pędzie codzienności zaniedbamy się, zagubimy naszą rozmowę, bliskość psychiczną i fizyczną, to MY, które stworzyliśmy sakramentem zaczyna pękać i psuć się. Wszystko traci wtedy sens. Gdy zdarza się taki okrutny czas niekochania, ranimy się, sprawiając sobie ból. Jakże trudno jest z tego się wydobyć!
 
A jednak udaje się za każdym razem. I dzieje się to w iście niewytłumaczalny sposób. Choć oczywiście, łasce sakramentu należy też pomóc. To nie magia. Wiemy, że trzeba się wtedy zatrzymać, wyciszyć, wezwać Boga, wspólnie się modlić, chociaż w takich chwilach jest to bardzo trudne. Trzeba pokory. A Bóg czyni z nami cuda. Daje siłę do przezwyciężenia i przetrwania trudności, daje w końcu radość zgody.
 
Takie sytuacje uświadamiają nam, że gdy jest między nami jakiekolwiek nieporozumienie, to nie potrafimy się w rezultacie niczym cieszyć. Świat jest szaro-bury, a radość zaledwie połowiczna. Jej pełnię można osiągnąć tylko wtedy, gdy patrzymy na siebie z czułością i miłością. To są również chwile, gdy boleśnie pojmujemy, jak niewiele trzeba, by doprowadzić do katastrofy powolnego rozpadu. Fakt, że żyjemy nadal w tak szczęśliwym związku, poczytujemy za efekt ciężkiej codziennej pracy, wspartej niezwykle silnie mocą sakramentu.